EN
28.09.2021, 11:26 Wersja do druku

Nazywam się Tamara Biakow

 „Nazywam się Tamara Biakow i jestem legendą” Jacka Góreckiego w reż. Ewy Błaszczyk w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze  Magdalena Hierowska w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Katarzyna Stefanowska

Jak odnaleźć autentyzm w fikcyjnej opowieści o sławnej śpiewaczce Tamarze Biakow według autora tekstu Jacka Góreckiego, próbuje wykazać Ewa Błaszczyk w monodramie „Nazywam się Tamara Biakow i jestem legendą”. Opowieść snuje się wokół tragicznych doświadczeń żydowskiej śpiewaczki operowej, która przyszła na świat w Warszawie, a w latach sześćdziesiątych XX wieku zamieszkała w Ameryce. Ogromne sukcesy, okalające jej życie uznaniem w środowiskach twórczych, nie przyćmiły trudnej przeszłości pełnej kopców trumien i krwi niewinnych, a także wyzwoliły w niej drastyczną samoocenę. Przepełniona nienawiścią do samej siebie stosowała wewnętrzną grę pozorów szczęśliwego życia. Spełniała wszystkie swoje zachcianki, kupowała sobie aprobatę innych, a jednocześnie cierpiała, tonąc w rozżaleniu i świadomości trudnej przeszłości.  

Traumatyczne doświadczenia bohaterki ugruntowały ją w przekonaniu, że należy się wstydzić swojego pochodzenia. Usilne wybielanie skóry, skonfrontowane z przekonaniem nienawiści do „słowiańskich dziwek”, ukazuje kobietę bezsilną i pełną zawahań. Jednocześnie obecne w tekście, bogato podkreślane wulgaryzmy pozbawiają monodram wartości estetycznych i szacunku wobec ofiar holokaustu.

Obrazoburcze określenia zawarte w treści, podkreślające negatywną samoocenę bohaterki monodramu jako „dziewczynki ze zgniłej pizdy trupa holokaustu” i ogromne pokłady nienawiści wobec własnego pochodzenia, w odbiorze mogą sugerować nastroje pełne uprzedzeń wobec społeczności żydowskiej. Oczywiście owa zaciekłość wobec pochodzenia bohaterki tego spektaklu jest wytłumaczona ogromnym poczuciem zanikającej osobowości. Niepamięć przodków i historii z dziecięcych lat została zastąpiona formą niebytu i unicestwieniem wartości przekazywanych przez pokolenia.

Ewa Błaszczyk w tej roli stała się postacią nasyconą wielopokoleniową pokutą. Jej spolegliwa powierzchowność nie zdradza poziomu ordynarności przekazywanych treści, które wylewają się niczym obrzydliwy słowotok pogardy. Obsceniczny i rozwiązły dialog wewnętrzny niekiedy przygnębia prostotą formy, jednocześnie ukazuje iluzję pseudodobrobytu i rozchwiania wewnętrznego kruchej i podległej istoty. Szarpana niedorzecznością własnych przekonań, tworzy iluzję osoby silnej i odważnej, która okazuje się niekiedy obelżywym obrazem kobiety pozbawionej szacunku do samej siebie.

Bez wątpienia nadrzędnym celem tego spektaklu jest wywołanie zamętu i oszołomienie widza jakością rozchwianej narracji, nie wykazującej czytelnych wniosków. Poprzez tego typu wynaturzenia osobowości Tamary Biakow można się pokusić o stwierdzenie, że fikcyjna postać, dotknięta traumatycznymi doświadczeniami i brakiem kodeksu moralnego, jest pozbawiona również cech ludzkich. W tym wypadku atakowanie fikcją tego rodzaju budzi wątpliwości, czy warto opowiadać taką historię bez wyraźnego osadzenia jej w rzeczywistości. Jednocześnie ogrom przekazywanych i krzykliwych emocji nakreślony jest silnym oddziaływaniem. Pytania retoryczne o sens istoty człowieczeństwa sprawiają wrażenie, że w tej układance fałszywych poglądów znajduje się również część filozofii życia człowieka oskalpowanego z przeszłości. Bohaterka, pozbawiona stabilnej płaszczyzny i stabilizacji, pragnie w samotności i bez audytorium płakać pod wodą, nie dając ostrzegawczego komunikatu kolejnym pokoleniom.

Tytuł oryginalny

Nazywam się Tamara Biakow

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła