„Moralność pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.
Anna Augustynowicz spróbowała przebrać rodzinę Dulskich we współczesny kostium. Jej spektakl w warszawskim Teatrze Narodowym ma kilka dobrych, mocnych scen. Ale zmieniające się stylistyki opowiadania tej historii słabo się tłumaczą. No i niewiele w tym komizmu.
„Chcielibyśmy w naszym przedstawieniu odciążyć utwór Zapolskiej z tradycji grania „Moralności pani Dulskiej”. Próbujemy czytać tę partyturę tak, żeby w tych charakterach mogli się przejrzeć mieszkańcy kamienic, willi, bloków, a także ci, którzy wynajmują luksusowy loft. Chyba wszyscy jesteśmy w stanie po trosze odnaleźć się w znakomicie narysowanych przez Zapolską postaciach. I właśnie dlatego ten utwór wywołuje śmiech” – mówi reżyserka spektaklu w Teatrze Narodowym Anna Augustynowicz.
Powraca więc mit mechanicznego uwspółcześniania tej komedii. Augustynowicz nie jest pierwszą, która na niego stawia, może więc tamta tradycja,z którą niby walczy, się już właściwie rozmyła. Warto za to zauważyć, że śmiechu na widowni w dniu premiery nie słyszałem zbyt wiele.
Dulska w stylu Witkacego?
Zaczyna się owo uwspółcześnianie od dziwacznego początku. Postaci siedzą jak przy performatywnym czytaniu i recytują. Dostajemy grę w stylu „efektu obcości” Bertolda Brechta. Aktorzy bardziej opowiadają o swoich bohaterach niż się w nich wcielają, psychologii tu nie za wiele. Potem trochę zaczynają się ruszać, i nawet markować granie, ale nadal jest ponuro. Chwilami to ekspresja w stylu Strindberga, chwilami jakże znajoma stylistyka Augustynowicz, kiedy wystawia Witkacego czy Gombrowicza. Za to powtórzę: śmiechu przy tych grobowych aranżacjach, dziwnych gestach i minach, mało.
Mamy też spiętrzenie dziwności w potraktowaniu poszczególnych osób. Lokatorka eksmitowana przez Dulską z mieszkania w wykonaniu Anny Grycewicz nie szuka naszej sympatii, wije się jak wąż boa, a ja pytam, skąd w niej tyle Witkacowskiej groteskowości. Reżyserka przywiązywała do niej dużą wagę, to miała być postać przerażająca samą Dulską. Nie wiem jednak, czy ten efekt jest czytelny.
Mela, młodsza córka Dulskich, jest we wszystkich inscenizacjach miękką, dobrą dziewczyną. Michalina Łabacz drga w półerotycznych konwulsjach, właściwie dość podobna do siostry, cynicznej i uświadomionej Hesi (Paulina Szostak). Obie są sugestywne, ale jakby z innej sztuki. Mela drga wbrew tekstowi, a owo „wbrew tekstowi” jest jedną z cech tego przedstawienia.
Wszystko dzieje się zgodnie z nowymi trendami raczej współcześnie, takie są stroje kobiece, a już zwłaszcza męskie. Obyczajowość jest z innej epoki niż świat materialny. Czy ta historia zgodna jest ze dzisiejszymi kanonami obyczajowości? Czy wierzymy w naiwne nieuświadomienie Meli w dobie Internetu?
Ale reżyserka wierzy, musi wierzyć, że opowiada o ludziach z blokowisk i loftów, i chce osiągnąć to najprostszymi środkami. Z boku sceny widzimy łazienkę z klozetem (scenografia Marek Braun), raz posiaduje na nim Felicjan Dulski, raz Mela. Co paradoksalne, w tle słyszymy zdeformowane muzyczne kawałki retro.
Potem robi się żwawiej i bardziej zgodnie z logiką psychologicznej rozgrywki między postaciami. Chyba najlepszą jest scena w której znakomita Gabriela Muskała jako Juliasiewiczowa leczy Zbyszka (Kamil Mrożek) z dobrego odruchu i nawraca na kołtuństwo, a tak naprawdę na życiowy cynizm. Mamy brawurowe wkroczenie Beaty Fudalej jako plebejskiej Tradrachowej. Wtedy i Hanna Wojtóściszyn jako Hanka zmienia się z bezbarwnej służącej w postać bardziej ludową. W tej okolicy spektakl robi się żywy i przekonujący. Czy jednak nie nazbyt późno? Stylistyka się zmienia na bardziej realistyczną, choć wciąż tylko połowicznie komediową.
Dulska z feministycznej kliszy
Dulską gra Małgorzata Kożuchowska, co samo w sobie stało się małą sensacją, aktorka dopiero co była, a w zasadzie nadal jest amantką. Gra tę archetypiczną postać naprawdę, zgodnie z zapowiedzią Augustynowicz, wbrew tradycji jej grania. Nie idzie tak daleko jak Magdalena Cielecka w teatrze telewizji Marcina Wrony, nie jest dystyngowaną businesswoman. Ale jest niemal łagodna, jakby wycofana, w nierealistycznej scenie z Lokatorką gotowa wręcz do przejścia na drugą stronę.
Nie ma to oparcia w tekście, choć jest zagrane subtelnie i inteligentnie. Skądinąd Kożuchowska, sądząc po jej rolach filmowych, umiałaby być grubiańską Dulską z karykatury drobnomieszczki.
Augustynowicz przystawia do Dulskiej klisze feministyczne. Tłumaczy, że Aniela to ofiara patriarchalnego świata, choć rządzi i mężem (świetny Arkadiusz Janiczek jako prawie niemy Felicjan) i synem. To się udało kiedyś opowiedzieć Andrzejowi Wajdzie w serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”, ale on towarzyszył tej postaci od jej młodości wprowadzając ją do innych utworów. Tam widzieliśmy jej zgorzknienie jako produkt porażek, to był punkt wyjścia dla jej późniejszej natury (portretowanej przez wybitną Annę Polony). Próba opowiedzenia tego wyłącznie tekstem tej komedii kończy się za to bardzo ograniczonym sukcesem.
To konsekwencja losów tej sztuki dzisiaj. Ona jest bardzo dobrze napisana, nieprzegadana, ma świetne postaci i sytuacje, więc się po nią wciąż chętnie sięga. Ale służy wyważaniu otwartych drzwi, czyli walce z niedobitym mieszczaństwem, którego w takiej postaci jak na przełomie XIX i XX wieku już nie ma. Zarazem w strachu przed rzekomą nieaktualnością trzeba rodzinę Dulskich przebrać we współczesny kostium.
Istnieją bardziej uniwersalne, dziejące się niemal poza czasem, sztuki Zapolskiej – „Skiz” czy „Ich czworo” - ale wpychanie Dulskiej we współczesność prowadzi do kakofonii, nawet przy tak utalentowanej ekipie aktorskiej.