EN
28.02.2022, 09:10 Wersja do druku

Moralne centrum

„Alte Hajm / Stary dom" Michaela Rubenfelda i Marcina Wierzchowskiego w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu. Pisze Adam Domalewski w portalu Teatrologia.info.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Michael Rubenfeld i Marcin Wierzchowski wspólnie podjęli wysiłek opowiedzenia – w pewnym sensie na nowo – historii o wspólnej polsko-żydowskiej przeszłości. W spektaklu Alte Hajm/Stary dom oczywiście sięgają wstecz i w dość typowy sposób wracają do traumy Holokaustu, lecz ich perspektywa wyraźnie jest nastawiona na diagnozę współczesności. W nawrotach historii, powtarzanych wzorach zachowań i splątanych losach scenicznych postaci widzowie mają więc dostrzec nie tyle osąd nad historią, ile – mimo wszystko – promyk nadziei.

Alte Hajm/Stary dom to kwintesencja teatru opowieści. Michael Rubenfeld i Marcin Wierzchowski pieczołowicie, wręcz z mozołem budują wielowarstwową i wielopokoleniową (dochodzącą do pięciu „pieter”!) sagę dwóch – jak ma się okazać – połączonych ze sobą rodów: polskiego i żydowskiego. Na przemian oglądamy sceny współczesne (skupione wokół świętowania urodzin Adama, jednego z negatywnych bohaterów spektaklu) oraz historyczne (w których stawka jest dużo większa, chodzi bowiem o ocalenie ukrywającej się w piwnicy dziadka Adama rodziny żydowskiej). Widzowie stają przed niełatwym nieraz zadaniem powiązania ze sobą poszczególnych postaci oraz wątków tej opowieści. Ich głównym spoiwem jest tytułowy stary dom, w którym dawniej, w czasie II wojny światowej, rozegrały się tragiczne wypadki, dziś zaś staje się on areną rodzinnego zjazdu. Urodzinową niespodziankę szykują Adamowi (Sebastian Grek) wszyscy członkowie najbliższej rodziny – żona Kamila (Dorota Abbe), matka Wanda (Maria Rybarczyk), synowie Antek (Dawid Ptak) i Kacper (Jan Romanowski), brat Krystian (Andrzej Niemyt) oraz siostra Kaja (Martyna Zaremba-Maćkowska). Obecny jest także senior rodu, poruszający się na wózku Hubert (Paweł Hadyński), który cierpi na demencję. Wspólną radość z jubileuszu torpeduje jednak podejrzenie Adama (szkolnego pedagoga) o romans z szesnastoletnią uczennicą. Szybko okazuje się, że to podejrzenie jest słuszne. Żona bohatera, Kamila, długo i cierpliwie znosi świadomość zdrady, choć wiele to ją kosztuje. Jego synowie chcieliby romans ojca wykluczyć, gdy jednak staje się coraz bardziej oczywisty – nie mają pobłażliwości dla Adama, w przeciwieństwie do jego brata Krystiana, który gotów jest zaakceptować związek z nieletnią. Choć nieporozumienia narastają, rodzinny rytuał jest wytrwale podtrzymywany.

Na tym obyczajowym tle powracają widmowe obrazy z przeszłości, które okazują się wcale nie tak odległe za sprawą wspominanego dziadka Huberta. Sędziwego bohatera nawiedzają bowiem wizje z czasów wojny, gdy był zakochany w żydowskiej dziewczynie o imieniu Chaja. Ta wraz z ojcem Abramem (Michael Rubenfeld), siostrą (gościnie Aneta Jankowska) i bratem (Dariusz Pieróg) ukrywała się w piwnicy tego samego domu. Losy tej żydowskiej rodziny zostają przesądzone już na początku spektaklu, jednak mimo to wspomniane postaci wracają raz po raz na scenę. Ich obecność jest przez to osobliwa, hipnotyczna – nieprzypadkowo trochę jakby z zaświatów – czy to za sprawą kostiumu, czy choreografii (nie zawsze bowiem w scenach z ich udziałem pojawia się dialog), czy też codziennych rozmów prowadzonych w jidysz. Nawiedzony jest zatem sam dom (co rozumieć należy oczywiście szerzej i symbolicznie, jako że w tym domu wszyscy żyjemy), czego można się już domyślić patrząc na scenografię i tytuł spektaklu. Scena zdominowana jest przez zarys solidnej ziemiańskiej posiadłości: ciężki strop, popękane ściany, łyse belki, za którymi ukryto głębię sceny. To polski dworek, który wyobraźnia niejako automatycznie umiejscawia gdzieś na wschodzie kraju, choć w sumie nic na to nie wskazuje bezpośrednio.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Postać seniora rodu, rodzinny rytuał i powracające duchy z przeszłości przypominają niedawną, nową odsłonę Wesela Wojciecha Smarzowskiego. W polskim kinie i teatrze, a także oczywiście w literaturze, od lat „przepracowuje się” temat Zagłady i polskiej winy. Wierzchowskiemu najbliżej chyba jest właśnie do Smarzowskiego, bo opowiada o silnych uczuciach, w wielu czasowych planach i z wyraźnie zaznaczoną współczesną perspektywą. Nie ma tu oczywiście naturalizmu cechującego choćby sceny pogromu z Wesela, są jednak aktualne polityczne nawiązania – zwłaszcza do kryzysu na granicy z Białorusią. Dowiadujemy się, że prawnuk Huberta, Kacper, przez miesiąc niósł pomoc humanitarną i pomagał uchodźcom – to przedstawiciel politycznie zaangażowanej części pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków. Bohater ten pełni w spektaklu wyróżnioną rolę, co zostaje podkreślone przez fakt, iż ten sam aktor – Jan Romanowski – wciela się zarówno w Kacpra, jak i w jego pradziadka w młodości. Zakochany w Żydówce Hubert – tak samo jak po latach jego prawnuk – stara się ratować życie ludzkie, w czym oczywiście swoją rolę odgrywają młodzieńcze uczucia. I podobnie jak bywa to u Smarzowskiego, także ten bohater przedstawienia Alte Hajm/Stary dom skrywa w sobie niedostrzegalną na pierwszy rzut oka, mroczną tajemnicę.

Układanka z losów scenicznych postaci jest naprawdę przemyślana i imponująca – gdy tropimy zazębiające się wątki i historie, wszystko się zgadza. Mam jednak poczucie, że gdzieś w tym pomyśle, czyli w sercu spektaklu tkwi problem. Twórcy decydują się na wyjątkowo wymagającą i trudną formę komediodramatu (miejscami jest naprawdę zabawnie) – jednak sceny „rodzajowe” z życia przeciętnej współczesnej rodziny nieco przesłaniają historię sprzed lat i odbierają jej ciężar. Choć scenariusz zmierza do tego, by wszystkie występujące na scenie postaci ze sobą połączyć, zamysł ten trąci pewną sztucznością i nie wydaje się dostatecznie usprawiedliwiać swoistego przesytu panującego w tym przedstawieniu. Oglądając Alte Hajm/Stary dom miewałem poczucie nadmiaru rodzajowości, przez którą niknie prawdziwy dramat – nie tylko ten historyczny. Niewątpliwie temat Zagłady – wiemy to aż nazbyt dobrze – wymaga zawsze poszukiwania na nowo adekwatnego artystycznego języka. W przypadku poznańskiego przedstawienia odnosiłem niestety wrażenie, że odpowiedzią twórców na to wyzwanie jest „nadmiar” teatru i opowieści. Nie mam przy tym wątpliwości, że spektakl będzie cieszył się popularnością u widzów – jest sprawnie zrealizowany, dobrze zagrany (świetne role Anety Jankowskiej, Jana Romanowskiego i Małgorzaty Walendy), a przy wszystkich zmiennych nastrojach triumfuje jednak poczciwość i dobro (nawet jeśli bohaterowie do tych cnót nie dorastają). Choć mam też pełną świadomość, że można to przedstawienie odebrać całkiem inaczej, jako dzieło skutecznie trafiające do sumień.

Niewątpliwie bowiem właśnie o obudzenie sumień twórcom chodzi, a środkiem do tego ma być prezentacja różnych postaw prezentowanych przez bohaterów spektaklu. W tym względzie pojawia się inna wątpliwość, związana ze zbyt łatwym przyznaniem moralnych racji. Czy nie jest tak, że charaktery zostały zbyt silnie skontrastowane, a warcholstwu jednych ma być przeciwstawiona szlachetność innych? Ci drudzy służą tu właściwie jako moralne centrum opowieści – wśród postaci pełniących funkcję kompasów moralnych wymieniłbym na pewno Saula, Kaję i Kacpra. Dobrego przykładu dostarcza w tym względzie sceniczna obecność współscenarzysty, Michaela Rubenfelda, występującego w podwójnej roli – ojca Chai Abrama oraz Saula. Ten drugi bohater to amerykański Żyd, niemówiący po polsku, przybywający na urodziny Adama jako partner Kai. Ta właśnie dwójka stanowi jedyną dogadującą się i dobrze dobraną parę w tym przedstawieniu. Kaja i Saul, jako „obcy”, bo kosmopolityczni i patrzący z dystansu na „polskie piekiełko” ludzie, wyraźnie oddzielają się od reszty, na którą spoglądają z trudem maskowaną wyższością. O tej moralnej wyższości w kontekście swego pobytu na granicy wprost mówi także Kacper. Czy to jednak aby nie za proste?

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Tytuł oryginalny

Moralne centrum

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Adam Domalewski

Data publikacji oryginału:

24.02.2022