EN
11.05.2022, 11:24 Wersja do druku

Moda na sukces? – O spektaklu „Stracone złudzenia” wg Balzaka w reż. Jana Mikuláška z Divadla Na zábradlí w Pradze (DoKONTAKTU cz. II)

Jednym najważniejszych rozmów w Straconych złudzeniach Honoriusza Balzaka wydaje się ta odbywająca się między głównym bohaterem powieści, dwudziestojednoletnim poetą Lucjanem Chardonem vel de Rubempré a przebiegłym i zepsutym już mimo młodego wieku dziennikarzem, Stefanem Lousteau, do którego ten pierwszy udaje się po protekcję.

fot. mat. organizatora

Chardon, mimo że jest w Paryżu dopiero od kilku dni, zdążył już przeżyć porzucenie przez kochankę, bogatą panią de Bargeton oraz towarzyszące temu klasowe upokorzenie, dołączyć do bezkompromisowej (choć nieśmierdzącej groszem) artystycznej grupy Biesiada Daniela d’Artheza, wreszcie stracić wszystkie pieniądze, jakie otrzymał od swojej matki, siostry Ewy i jej męża (a zarazem swojego najlepszego przyjaciela Dawida), których zostawił w rodzinnym miasteczku Angoulême. Przykrą dla Chardona okazała się zwłaszcza ta ostatnia okoliczność – spełnienie marzeń o zostaniu pisarzem i wydaniu swoich utworów nie mogło się bowiem obejść bez pieniędzy. Wpada więc na pomysł zostania dziennikarzem, i w tym właśnie celu przychodzi do znanej restauracji, żeby poprosić o pomoc w tej sprawie Stefana Lousteau, osobistość niezwykle ekscentryczną i o nienajlepszej reputacji. Rozmowa między nimi jest długa i pełna różnych wątków, ale trzeba przyznać, że skorumpowany i amoralny dziennikarz niczego nie owija w bawełnę. Młody i naiwny poeta dowie się więc (a wraz z nim i my), do jakiego środowiska aspiruje, i jaką cenę będzie musiał zapłacić za realizację swoich marzeń.

Lousteau rozprawia się więc najpierw z tak pożądaną przez Chardona sławą: ta sława, tak upragniona, jest prawie zawsze koronowaną nierządnicą. Tak, dla niskich tworów literatury to niby biedna dziewczyna, która marznie na rogu ulicy; dla literatury drugorzędnej to utrzymanka, która wyszła z zamtuzów dziennikarstwa i której ja jestem sutenerem! Dla wielkiej, triumfalnej literatury zaś to świetna, zuchwała kurtyzana, która ma własną willę, opłaca podatki, przyjmuje wielkich panów, podejmuje ich i tyranizuje, ma liberię, powóz i może wierzycielom kazać czekać w przedpokoju. Następnie, wyczuwając podświadomie, kim jest jego rozmówca i jakie ma ambicje, kreśli jego psychologiczny portret, przedstawiając go jako prowincjonalnego naiwniaka, przybywającego do stolicy, żeby dzięki swojemu talentowi i ciężkiej pracy zawojować świat: Ci, dla których sława jest – jak dla mnie niegdyś, dla ciebie dzisiaj — aniołem o przeźroczych skrzydłach,(…), aniołem mającym coś z mitologicznej abstrakcji i coś z biednej dziewczyny z przedmieścia (…); ci ludzie o mózgu z brązu, o sercu jeszcze ciepłym pod śniegiem doświadczenia, rzadcy są w krainie, którą widzisz u naszych stóp. Rzadcy są i skąpo rozsiani w tej fermentującej kadzi, rzadcy jak prawdziwi kochankowie w świecie miłości, jak uczciwe fortuny w świecie finansów, jak czysty człowiek w dziennikarstwie. Po tych pełnych zjadliwej ironii, gorzkich słowach Stefana Lousteau, przychodzi czas na ostrzeżenie: zawsze ta sama gorączka ciska tu, z głębi prowincji, tę samą, aby nie rzec: wciąż wzrastającą, liczbę bezwąsych ambicji, które rzucają się z podniesioną głową, z pysznym sercem, aby szturmować do Mody, niby do księżniczki Turandot z „Tysiąca i jednej nocy”, dla której każdy chce być księciem Kalafem. Ale nikt nie rozwiązuje zagadki. Wszyscy wpadają w dół nieszczęścia, w błoto dziennika, w bagno księgarni. Owoc, jaki zbierają ci biedni nędzarze, to biografie, kroniki, ploteczki dla dzienników lub książki zamawiane przez szczwanych handlarzy bibuły, którzy wolą głupstwo rozchodzące się w dwa tygodnie niż arcydzieło o powolnej sprzedaży. To ostrzeżenie, którego Lucjan Chardon nie rozumie, bądź nie chce zrozumieć, dlatego przeznaczenie zapisane w owych słowach staje się jego losem, opowieść o nim zaś jednym z dwóch wiodących wątków powieści Honoriusza Balzaka, napisanej w trzech częściach: Dwaj poeci, Wielki człowiek z prowincji w Paryżu oraz Cierpienia wynalazcy.

fot. mat. organizatora

Wspomniana tu historia księżniczki Turandot, znana u nas jednak nie dzięki Baśniom z tysiąca i jednej nocy, a niedokończonej operze Pucciniego, wydaje się dobrym literackim kontekstem dla opowieści o młodym poecie, który musiał zaprzedać duszę diabłu (w tym przypadku –  obrzydliwemu i skorumpowanemu światu paryskich elit), żeby zrealizować swoje marzenia o byciu artystą. Wspomniany przez Lousteau książę Kalaf staje do walki z okrutną i zazdrośnie strzegącą granic swego świata księżniczką Turandot, bo jest czysty, bo chce uczciwie odgadnąć trzy zagadki i zostać jej mężem. Musi ją naprawdę kochać, gdyż jeden błąd może go kosztować życie. W operze Pucciniego cała sprawa kończy się pomyślnie, Kalaf bowiem dociera do serca księżniczki, powodując, że i ona poddaje się miłości. Wszystko mogłoby dalej toczyć się szczęśliwie, gdyby nie los zakochanej w Kalafie niewolnicy Liu, która – żeby nie wydać ukochanego w trakcie próby trzech zagadek – poświęca się dla niego, popełniając samobójstwo. Śmiem twierdzić, że ta śmierć na zawsze podzieliła kochanków, tkwi ona bowiem jak bolesna drzazga, wbita w ich splecione dłonie.

U Balzaka młody i zakochany w literaturze i jej bliźniaczce sławie poeta Chardon, również odgaduje wszystkie zagadki okrutnej paryskiej Turandot. Żeby się odnaleźć w jej królestwie, musi nauczyć się kłamać, korumpować,  dopuszczać się świństw i podłości. I w sumie odrabia ten szereg lekcji wielkiego świata śpiewająco, niczym tenor wykonujący najsłynniejszą arię Turandot: Nessun dorma. Nie zauważa jednak, że wszystkie najgorsze instynkty, które musi w sobie obudzić, żeby zasłużyć na miłość swojej „księżniczki”, zatruwają mu duszę i serce, stopniowo więc zaczyna osuwać się w przepowiedziany przez Lousteau dół nieszczęścia. Traci czujność, usiłując złapać wszystkie sroki za ogon, i w rezultacie zostaje z niczym. Bez pieniędzy, bez przyjaciół, bez sławy, z kulą, która w wyniku pojedynku utkwiła mu w szyi. Bo, jak zauważył w rozmowie z Chardonem pewien krytyk literacki (jeden z nielicznych ludzi, którzy go nie skreślili): talent to straszliwa choroba. Każdy pisarz nosi w sercu potwora, który, podobny tasiemcowi w jelitach, pożera w nim uczucia, w miarę jak się rozwijają. Kto kogo pokona? Choroba człowieka — czy człowiek chorobę? Zaiste, trzeba być wielkim człowiekiem, aby utrzymać równowagę między geniuszem a charakterem. Talent rośnie, serce wysycha. O ile nie jest kolosem, o ile nie ma barków Herkulesa, człowiek zostaje albo bez serca, albo bez talentu. Ty jesteś wątły i nikły, ulegniesz. Przyjdzie więc w końcu Chardonowi uciec z Paryża z podkulonym ogonem i wrócić do Angoulême, licząc na dobre serce siostry i szwagra, których podczas swej paryskiej szarży również nie oszczędzał. I znów można by powiedzieć, że jakoś to będzie, gdyby Chardon nie miał na koncie żałosnego końca swojej Liu, kochającej go prawdziwie aktorki Koralii, poświęconej przez niego na ołtarzu odbywającego się ciągle w paryskiej dżungli politycznego safari. Dziewczyna zapłaciła życiem za to tylko, że go kochała i chciała być z nim szczęśliwa, stała się bowiem łatwym celem dla politycznych przeciwników ukochanego, nawet więc gdyby nic złego osobiście jej nie zrobił, i tak jego działania obciążają go odpowiedzialnością za jej los. W trzeciej części powieści Chardon wraca do Paryża, żeby zacząć raz jeszcze, ale jak mu się tam powiedzie, tego się już ze Straconych złudzeń nie dowiemy. 

Jan Mikulášek w swojej adaptacji powieści korzysta głównie z drugiej części, uzupełniając ją pewnymi fragmentami pierwszej, i w ogóle nie zajmując się trzecią, ale wydaje się to normalne, gdyż czeskiego reżysera interesuje przede wszystkim paryska przygoda Lucjana Chardona. Podążamy więc za bohaterem  od momentu, gdy jeszcze w Angoulême zostaje przedstawiony pani de Bargeton, swojej dobrodziejce i pomysłodawczyni całej wyprawy do Paryża. I od razu zaskoczenie – pani Bargeton pojawia się na scenie Teatru na Zabradli w dwóch osobach; pomysł to, trzeba przyznać, znakomity. W powieści Balzaka pani Bargeton po przybyciu do Paryża ze względu na nieszlacheckie pochodzenie Chardona, musi go porzucić. Oddaje się pod opiekę swojej wysoko postawionej kuzynki, markizy d’Espard, i po jakimś czasie przyjmuje oświadczyny szalejącego za nią barona de Châtelet. U Mikuláška zaś od początku spektaklu Lucjan Chardon spotyka się z dwoma wersjami pani de Bargeton – tą zakochaną w nim, „angoulemiańską”, prawdziwą oraz tą poślubioną Châteletowi, paryską, pozbawioną uczuć i wyrachowaną. W zależności od sytuacji i kontekstu będą się one wymieniać w kontaktach zarówno z samym Lucjanem, jaki i innymi bohaterami spektaklu. Porzucenie odbywa się dość szybko, a my zaczynamy pasjonować się paryskimi przygodami młodego poety, któe kończą się dokładnie tam, gdzie druga część powieści. Na scenie nie zobaczymy więc w ogóle epizodów rodzinnych Lucjana, ale też i drugiego głównego wątku powieści, a więc losów przyjaciela Lucjana i jego szwagra, drukarza Dawida. Wszystko to zapewne z powodu tego, że Jan Mikulášek, robiąc spektakl w Pradze, chciał, żeby głównym bohaterem jego opowieści był nie tylko biedny i ambitny prowincjusz przybywający do stolicy, ale i sama stolica. Raj dla wszystkich aspirujących młodych ludzi, pożerający ich jednak niezwykle szybko i skutecznie na różnych poziomach egzystencji. Niewiele tu trzeba było wymyślać, wystarczy bowiem sam tekst Balzaka. Mikulášek wydaje się to świetnie rozumieć, jedyne więc, co w tej sytuacji robi, to odpowiednio całość przycina, podając ją w atrakcyjnej, nowoczesnej formie. Jest trochę groteskowo, a trochę serio, dzięki czemu publiczność od razu chwyta tę formułę spotkania. Być może dlatego, że dystans tak jawnie budowany, broni widza przed identyfikacją z okropieństwami, jakie ogląda. Jest to jednak obrona pozorna, bo w sumie nie wiadomo, jak to się dzieje, że po kilkunastu minutach spektaklu ogląda się go tak, jakby się było jego bohaterem. Sugestywna niezwykle jest scenografia Jany Koulukovej, wszystko odbywa się na scenie ograniczonej wysokimi seledynowymi kotarami, za którymi są… kolejne seledynowe kotary. Aktorzy więc nie dość, że są uwięzieni scenicznie w dusznej, klaustrofobicznej przestrzeni Balzakowego świata, to gdy chcą z niego uciec – natrafiają na podobny „seledynowy mur”. Nie ma więc ucieczki z tego świata, a nawet jeśli jest, to Bóg jeden wie, ile ścian trzeba najpierw w tym labiryncie pokonać.

Jan Mikulášek zrobił zwięzłe, niezwykle sugestywne wobec naszej współczesnej rzeczywistości przedstawienie, w którym odnajdzie się każdy, kto ma rozum, serce i doświadczenie realizacji swoich marzeń, brutalnie zderzonych z rzeczywistością. Lucjanowi Chardonowi się nie udało, ale nie o samą opowieść tu chodzi, a o prześledzenie mechanizmów, które do tego doprowadziły. Może i nam się przyda taka lekcja, w końcu dopóki żyjemy, dopóty marzymy. A marząc, dążymy do realizacji swoich wizji. Oby tylko nie za wszelką cenę i kosztem innych. Tako rzecze Balzak, a wraz z nim Jan Mikulášek. Warto to przemyśleć.

Tytuł oryginalny

Moda na sukces? – O spektaklu “Stracone złudzenia” wg Balzaka w reż. Jana Mikuláška z Divadla Na zábradlí w Pradze (DoKONTAKTU cz. II)

Źródło:

DOMALAŁAsięKULTURY
Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

02.05.2022

Wątki tematyczne