EN
15.12.2021, 11:28 Wersja do druku

Młodzież zamieni w musical nawet najstraszniejszy horror

„Robię tutaj rzeczy, które mnie jakoś tak uwalniają, mówię różne rzeczy, które przychodzą mi na myśl, albo coś tam śpiewam na korytarzu, kiedy zwykle to, kurde, not really cokolwiek mówię, to znaczy hamuję się, co nie, a tutaj mogę być przemęczona, mogę biegać, bo się podjarałam spektaklem, mogę być szczęśliwa. Tak na maksa”.

fot. Michał Nakoniczewski

Cześć,

wybacz, że tak długo nie pisaliśmy. Nie miałem czasu. Mam nadzieję, że zrozumiesz. Spędziłem 2 tygodnie w Zwierzyńcu z młodymi osobami z różnych rejonów Polski. Potarganymi pandemią i problemami dojrzewania. Tam – na końcu świata – młodzi stworzyli własną bezpieczna przestrzeń, osłoniętą tarczą z makijażu, kostiumów i scenografii. Tak też ich przedstawiam. Ich wrażeniami.

Bartek, założyciel Fundacji Banina, zaczepił mnie na messengerze: „23 sierpnia – 6 września – Zwierzyniec, przyjedź i napisz o tym co robimy”. Dwa tygodnie to dość długo. Dlatego podziękowałem ówczesnemu pracodawcy za owocną współpracę i nie dopytując Bartka o szczegóły odpowiedziałem: „Jasne!”.

Wątpliwości pojawiły się na dzień przed wyjazdem. Dotarło do mnie, że nie wiem na co jadę i że to drugi koniec Polski. „O rety, a jeśli tam będą dzieciaki?”. Nie wziąłem tego pod uwagę. Powinienem był, przecież fundacja zajmuje się edukacją młodzieży. „Jak ja z nimi wytrzymam?”, pytałem sam siebie. Mówiąc wprost: zacząłem się cykać. Pocieszałem się, że zawsze mogę uprzejmie podziękować i wrócić.

„Pierwszego dnia myślałam, że to jakaś masakra. Tak mam, że przytłacza mnie, jak jest tak dużo ludzi. I w ogóle pierwszego dnia tutaj byłam dosłownie skulona w kulkę. Siedzę w tym kółku, cała się trzęsę i nagle ktoś mnie szturchnął mogą, i potem nagle przeprosił, i mnie przytulił. I ja miałam takie »ratunku, odsuń się ode mnie, ratunku« i tym bardziej dziwi mnie, że tak szybko zaczęłam się tutaj otwierać”.

Znasz Zwierzyniec? Ja nie znałem i niewiele brakowało, a bym nie poznał. Krótki komunikat „opóźniony 1440 min” zamienił planowaną 17 godzinną podróż w dwudniową wyprawę. Dlatego, w miejsce relacji z dnia zapoznawczego, przedstawiam bohatera drugiego planu.

Zwierzyniec okazał się zaskakująco podobny do Międzyzdrojów, z których przyjechałem. Też otoczony parkiem narodowym, też utrzymuje się z turystyki, też prawie nikt tam nie mieszka i też jest festiwal filmowy w wakacje. Nawet rozkład i nazwy ulic podobne. Tam mamy ryby, tu mają kaszę. Tam dmuchane banany, tu kajaki. Jeśli znasz miasto Młodych Wilków, to znasz już miasto Ordynacji Zamojskiej.

Ulewa zmusiła mnie do zatrzymania nad stawem ze słynnym kościołem pośrodku. Czekałem pod jakąś wiatą. Przede mną drewniana kładka, gdzie pomiędzy znakami „nie karmić kaczek” a „zakaz łowienia ryb” pierwszy napotkany zwierzyńczanin rzucił do wody garść chleba i zaczął rozwijać żyłkę.

– Od dziecka tutaj chodzę. – Zaczął się tłumaczyć, gdy dostrzegł, że nie stąd. – I ani ja pierwszy tu chodzę, ani jedyny.

Wyjaśnił, że biorą głównie karpie. Ale czasem to i suma albo szczupaka się złowi. Na żywca. A ten chleb to nie dla kaczek, tylko dla ryb. Kaczki należy odpędzać robiąc jak łabędź. Byle nie zrobić kaczki.

„Zawsze mówili mi: bo nie dam rady, bo jestem za słaba. Takie totalnie, cholera, wymówki z dupy”.

– Chcesz brać we wszystkim udział, czy wolisz być obserwatorem? – zapytał Bartek, gdy tylko dotarłem na miejsce.

– Biorę – potwierdziłem, choć nie miałem pewności na co właśnie się zapisałem.

– Dobrze. To jest Natalia…

– Cześć Natalia.

– ...ona ci wszystko pokaże. Warsztaty prowadzą: Marta, Hubert, Kuba, Natalia, Kamila, Nikola, Paweł i Asia, zajrzyj do nich. Jakbyś miał jakieś pytania to uderzaj do Agaty lub do Karoliny, naszej prezeski. Muszę lecieć do uczestników, porozmawiamy później.

„Chciałbym przeżycia i atmosferę tego wyjazdu przenieść do swojej pracy, gdy już dostanę papiery i będę mógł pracować jako nauczyciel w szkole państwowej. I chciałbym przerzucić to podejście, które tutaj Bartek proponuje, jeśli to będzie mi dane, to na pewno chcę w ten sposób pracować z ludźmi”.

Więc teraz już wiesz. Byłem na obozie teatralnym. W programie dwa monodramy i na sam koniec duży spektakl na podstawie Słonecznej Doliny Stefana Dardy, lokalnego autora. To jeszcze nie wyjaśnia dlaczego nie znalazłem czasu, aby się odezwać, prawda?

„Rzeczywiście jest tak, że jak przyjeżdżam co roku do Zwierzyńca – i między innymi, dlatego nie mogę się tego zawsze doczekać – że jest tutaj tyle pracy, tyle bodźców, tyle zajęć, że ja trochę zapominam o świecie, który tam za sobą zostawiłam i przestaję też odzywać się do ludzi, w sensie, że żyje z tymi ludźmi, którzy są tutaj. I zawsze jak jadę, mówię do moich rodziców i przyjaciół, że sorry jeśli nie będę się odzywać, ale tutaj po prostu tyle się dzieje, że ja naprawdę czasem nie mam czasu, by puścić smsa, że u mnie wszystko w porządku”.

To wszystko wina teatru partycypacyjnego. Trudne pojęcie prawda? Nie miałem bladego pojęcia co oznacza, a tylko tyle zdążył rzucić mi Bartek, zanim ponownie został porwany przez kilkudziesięciuosobową grupę młodych uczestników i koordynatorów.

Słownik terminów teatralnych podaje, że teatr partycypacyjny należy rozumieć jako zbieranie pięćdziesięciu taczek skoszonej trawy, wycieranie całego korytarza co najmniej trzy razy dziennie, dziesiątki godzin warsztatów, próby do trzeciej nad ranem i trudna do wyjaśnienia satysfakcja trzydziestki umordowanych osób. Definicja wyczerpująca i czasochłonna.

„Jeszcze zapadną mi w pamięć nasze omówienia. Tak jak pierwszego dnia nie każdy dużo mówił, tak już czwartego, to każdy leciał normalnie po bandzie, nikt się nie wstydził, każdy zaczął się tak otwierać, bez żadnego trudu ani wstydu, każdy mówił jak się czuje, jakie miał trudności, co mu się podobało danego dnia i to jest ekstra”.

Zbliżała się dwudziesta. Duże pomieszczenie z kominkiem i – co zwróciło moją uwagę – wyjątkowo ciepłym parkietem. Tzn. nie był zimny. Taka obserwacja. Siedziałem w kole, do którego dołączały kolejne osoby. Niektóre przychodziły z kawą, inne z herbatą, sokiem w kartoniku, monsterem, albo bułką z nutellą. Wszystkie bez butów. Zaskoczyła mnie taka dyscyplina wśród młodych zaledwie drugiego dnia obozu. Ale nie wiedziałem jak wyglądało poprzednie spotkanie. Może ich zastraszyli?

„Gdy byłam w przedszkolu i grałam w GTA San Andreas, to brat mi wpisywał kod na prostytutki”.

Czułem na sobie te wszystkie zaciekawione i pytające spojrzenia. „Czy mnie zaakceptują?”. Obecność młodych osób zawsze mnie stresowała. Nie mamy przecież ze sobą zbyt wiele wspólnego. Co ja mogę o nich wiedzieć? Z seriali łączy nas może Rick i Morty. A z muzyki? Nie wiem. Pewnie Jak do tego doszło Zenka, którego zna chyba każdy.

Zasada była taka: odzywa się kto chce i mówi jak się czuje, z czym miał trudność i co było fajnego. Kto chce z wyjątkiem „nowej osoby”, którą byłem ja. Nie powiedziałem zbyt wiele. Przedstawiłem się, a potem jakoś tak wyznałem, że cieszę się, że tu jestem, że potrzebowałem takiego wyjazdu po półtorej roku przykucia do monitora. Zakończyłem wypowiedź przekonany, że wystawiłem się na śmieszność w oczach młodzieży.

Tymczasem zgłosiła się kolejna osoba, chcąca opisać jak się czuje. Po niej następna. Jeszcze nie wszyscy. Jedna z osób podniosła rękę, by speszona powiedzieć, że jednak nic. Nie tym razem, w porządku.

– Oczywiście ja nie miałem z tym problemu – wyjawił mi później jeden z uczestników – bo ja jestem bardzo otwarty na wszystko, ja mogę nawet kamieniowi się zwierzyć, który leży na podłodze.

Ktoś powiedział, że aby przyjechać na obóz musiał pokonać wiele przeciwności, z czegoś zrezygnować, a w innej sprawie pójść na kompromis. Mogłem się z tym utożsamić. Kolejna osoba wyznała, że półtorej roku przesiedziała za biurkiem albo przeleżała w łóżku, okazyjnie łącząc się z teamsem na smartfonie. Również coś co rozumiałem. Kto inny opowiada, o tym, że już prawie nie pamięta jak wyglądają rówieśnicy z klasy. Brzmi znajomo.

Zostałem poinformowany o istnieniu obozowego regulaminu. Kontraktu. Ustalonego i spisanego przez obozowiczów. Aneks do Słownika terminów teatralnych, podaje, że teatr partycypacyjny, to między innymi dbanie o swoje zdrowie, dbanie o siebie nawzajem, zakaz używek i alkoholu. Poniżej podpisy ponad 30 osób. I mój.

To mogło tłumaczyć, dlaczego tak jednomyślnie zdejmowali przed salą buty. Przecież w tym samym pomieszczeniu odbywały się próby. Nikt nie chciał przyczynić się do tego, żeby inni obozowicze musieli tarzać się w błocie. Nie przed premierą.

„Miałem dotychczas dwie próby i jestem w sumie z nich dość zadowolony, tzn. z pierwszej nie za bardzo, bo tekstu nie umiałem, ale druga już fajnie poszła, bo i umiałem tekst… i w sumie już fajną różnicę widziałem, bo jak się umie tekst już tak na sto procent, to się o nim nie myśli, tylko myśli się o czynności, którą się wykonuje, a tekst jest tak naprawdę przy okazji i to jest właśnie fajne. Fajne też jest jak z Hubertem się gra, bo nie miałem jeszcze wcześniej okazji na tak bliski kontakt z nimi grać, że mógłby być takim moim rekwizytem”.

Wyobraź sobie, że codziennie budzisz się do harmonijnych dźwięków skrzypiec i akordeonu. Ja tak miałem. Całe piętro rozbrzmiewało melodią z pokoju prób. Towarzyszyła przy zakładaniu skarpet, myciu zębów i w drodze po kawę.

fot. Michał Nakoniczewski

Obudził mnie hałas na korytarzu. Szybkie głośne kroki to znak, że weszły słodycze. Najmłodsi biegali tak jeszcze przez godzinę, aż do wypalenia cukru. Nie tylko oni nie spali. Dwie aspirujące, młode aktorki leciały ostro z próbami. Miały wystawić swoje monodramy jeszcze w pierwszym tygodniu.

„Kawy nie lubię w ogóle, popijam tutaj, tak z ciekawości, by sprawdzić czy mi w ogóle posmakuje. Kiedyś to w ogóle miałem obrzydzenie do kawy, ale tu jest całkiem spoko, dlatego postanowiłem, że tutaj będę pił co jakiś czas. Z resztą nie chcę codziennie, bo poniekąd podoba mi się ten nawyk niepijania kawy”.

Budzik, akordeon, skrzypce. Skarpety, zęby, kawa. Ktoś komuś podebrał kubek, w którym po kilku dniach powstało nowe życie. Jedna z obozowiczek zapytała, czy słucham Rammsteina. Byłem w szoku. Nastolatka, która pyta o Rammsteina.

– Jasne, że tak! Lubisz?

– Ostatnio tata mi puścił.

Potem teatr partycypacyjny z przerwą na obiad. Chodziliśmy do stołówki w centrum miasta. Teraz czas na plot twist. Dziesiątka z uczestników nie jadła mięsa. Na szczęście panie kucharki wybrnęły z sytuacji, podając sadzone jajka. Dlatego nie zdziw się proszę, jeśli podziękuję za serdeczne zaproszenie na jajecznicę. Najwcześniej za rok.

Przed snem zajrzałem jeszcze do sali kominkowej. Młoda aktorka stała na parapecie. Totalnie w postaci, nawet mnie nie zauważyła. Nie miałem pojęcia jak ona daje radę. Zapytałem ją o to później:

– Nauczyłam się odnajdywać przyjemne formy wysiłku fizycznego, np zaczęłam uprawiaj jogę. Odkryłam, że wysiłek fizyczny to nie tylko piłka nożna jak w szkole i wysiłek fizyczny, ale że może to być coś przyjemnego.

„Teraz zauważ. Dostajemy mocno po tyłku – w pozytywnym tego słowa znaczeniu i zobacz jak się nagle ciszej nagle zrobiło w nocy, jak młodsi zaczęli się sami z siebie kłaść wcześniej”.

Akordeon, kawa, teatr partycypacyjny. Warsztaty rozpocząłem odpowiednio do mojego doświadczenia, czyli z najmłodszymi. Robiliśmy plakaty. Zniszczyliśmy kilka książek, wypisaliśmy masę flamastrów, a w tle leciał Rammstein na zmianę z Laną Del Rey. Obozowy zespół rowerowy objeżdżał cały zwierzyniec w poszukiwaniu wolnych tablic ogłoszeniowych i uzupełnianiu zerwanych plakatów. Następnie omówienie, kolacja i nagle:

– Zrobisz sobie z nami maseczki?

Wiesz, że nie mogłem odmówić. Byliśmy ugadani.

„Zawsze mi się wydawało, że teatr to: »a zróbmy se sztukę, ludzie przyjdą przemielą sobie w głowach i jakoś to będzie«. A tu się okazuje, że spektakl wcale nie jest najważniejszy, najważniejsza jest właśnie praca zespołowa przed spektaklem, premiera to tam, no, będzie, co nie, fajnie że robimy coś takiego, fajna inicjatywa, ale to nie jest tutaj najważniejsze, najważniejsze są właśnie te tutaj relacje, nowe znajomości, ta cała przestrzeń”.

Wiesz czym jest kanapka? Polega na wielowarstwowym przytulańcu, mającym wyrazić radość, wsparcie lub dumę z osoby przytulanej.

Musisz też wiedzieć, że na monodramy nikt nie przyszedł. Nie będę próbował analizować powodu. Istotne jest to, że byli ci co mieli być. A dziewczyny zagrały kosmicznie. Żadna kanapka nie byłaby w stanie wyrazić jak pozamiatały.

Wraz z monodramami zakończył się okres, w którym mogliśmy mieć jakąkolwiek szansę na telefon lub smsa. Rozumiesz. Grupę czekała wielka premiera. A przed nią jeszcze jedno wyzwanie. Zbliżała się środa, a w każdą środę w Zwierzyńcu jest targ. Skoro będzie targ, to będzie też sok z jabłek i biały ser, i okazja na zrobienie show, które zwróci uwagę całego miasta. Czyli dalsze intensywne próby. Maseczki musiały poczekać.

Kolejne omówienie, kolejny wieczór i kolejna rozmowa. Wspominałem, że zrobiłem sobie biuro? Skleciłem je ze starej flagi, stolika, dwóch rozkładanych krzeseł i niedziałającego telefonu. Obok mnie siedział młody człowiek. Nie pił kawy. Gadaliśmy zagryzając chipsami zielona cebulka. Opowiadał o swoich pierwszych próbach teatralnych, o cholernie ciężkiej sytuacji, której kiedyś doświadczył, o tym, że nie mógł zasnąć bez lampki i nagle wypalił, że:

– Fajnie się z tobą rozmawia.

Tamtego wieczoru ułożyłem wszystkie elementy układanki. To jest to. Dlatego tacy ludzie, jak z Fundacji Banina w ogóle pracują z młodzieżą. Właśnie dla tego jednego momentu, w którym można dać drugiej osobie coś fajnego. Rewelacyjne uczucie. Okazuje się, że młodych ludzi wystarczy traktować jak... ludzi. Porozmawiać, wysłuchać (ale tak serio wysłuchać) i dać szansę. Po prostu.

„Przepraszam, czy państwo są Żydami? A nie, zobacz to chyba jacyś narkomani”.

Po pierwsze targ rozpoczynał się bardzo wcześnie. Po drugie wszyscy się stresowali, więc i mnie się udzieliło. Poza tym jak to targ, dużo zgiełku, dużo zamieszania i wszystkiego jakoś dużo. Młodzi wzięli to targowe „dużo” i wyśrubowali je na level festynu.

Na przedzie demoniczny ksiądz z kijem ogniowym (bo taki był u Dardy, ale bez kija), następnie akordeon i skrzypce. Za nimi maszeruje reszta grupy w ćwiczonym godzinami trupim tańcu. Mijają kiszoną kapustę. Staram się nadążać. Przecinam jabłkami i jestem już na serach. Gnijąca panna młoda szczerzy się do obiektywu.

– Jak tak można! – Oburza się obok mnie stara, gdy dostrzega, że panna młoda ma nagie dłonie aż za nadgarstki. Słyszę, że obok są świetne bułki z kapustą. Zdążę. Przede mną dwójka szczerbatych jeszcze dzieci wpatruje się w słodycze. Seplenią Cypisa. W sumie na temat. Jack Sparrow podrzuca butelką (tego to w książce chyba nie było). Demoniczny ksiądz bucha ogniem. Reszta tancerzy kręci ognistymi kijami. Z okna ratusza pani burmistrz bije brawo. Młodzi aktorzy uwijają się w skomplikowanej choreografii. Pierwszy raz przed widownią. Dwie najmłodsze aktorki z grupy wylatują w powietrze na dłoniach pozostałych. Przebyły długą drogę, aby się na to odważyć. „Wszyscy muszą być na scenie”. To naczelna zasada. Ale scena to przestrzeń płynna. Nastoletni aktor krąży kilka straganów dalej. Uciekł z domu w samej piżamie i marznie. Zebrał od ludzi kilka warstw kurtek.

I nagle wszystko się skończyło. Stres uszedł. A ja kupiłem niemiecki kubek za dwa złote.

„Tutaj robię to co lubię. Z fajnymi ludźmi. I jestem szczęśliwy”.

Następnego dnia nastoletnia obozowiczka, zabrała nas na spacer po Zwierzyńcu, ale go nie opiszę, bo come on, nie będe zdradzał miejscówek, gdzie nastolatkowie chodzą po szkole.

Gdzieś tam później wydarzyła się premiera i o niej też nie napiszę. Odbyła się. Przyszło pół Zwierzyńca. A ja miałem tylko napisać czemu nie odzywałem się przez dwa tygodnie. Poza tym, to maseczki nie wypaliły. A co do tego teatru na „p” – nie sprawdzaj słownika. Nic Ci nie powie.

„Ludzie tutaj są tak otwierający młode osoby, że mam mnóstwo szczęścia, że udało mi się na nich trafić i dotrzeć aż tutaj, że zmieniłam sporo moich decyzji życiowych, które widzę, że dużo mi dały i totalnie, totalnie... no, jestem szczęśliwa.

Gdyby nie to, to możliwe, że dalej byłabym taką pozornie cichą, spokojną osobą, która ma taki mętlik we łbie, a tak to potrafię znaleźć, swój spokój, swój balans. Mam szczęście, którego nigdy nie mogłabym mieć i to jest niesamowite.”

Nie jestem jedynym autorem tej relacji. Jej współautorami są: Alicja, Iga, Denis, Szymon, Karolina, Kamila, Amanda, Maja, Zuzanna, Patrycja, Nikola, Wiktoria, Kalina, Blanka, Anna, Aleksandra, Agata, Hubert, Jakub, Gabriela, Joanna, Marta, Emilia, Marta, Kaja, Marta, Joanna, Natalia, Zachary, Paweł (bez Ciebie nie byłoby zbłąkanego turysty), Kamila (ani bez Twoich warsztatów) i Bartek (bez Ciebie nie byłoby niczego).

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne