EN
29.12.2022, 18:05 Wersja do druku

Miłość na Dzikim Zachodzie

fot. Joanna Miklaszewska / mat. teatru

„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” Giacomo Pucciniego w reż. Karoliny Sofulak w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Benjamin Paschalski na blogu Kulturalny Cham.

Dzieła operowe Giacomo Pucciniego to istna podróż geograficzna. Z jednej strony japońska tradycja (Madame Butterfly), chińska bezwzględność (Turandot) czy też włoska historia (Tosca). Na tym tle szczególne miejsce zajmuje kompozycja, która niezwykle rzadko pojawia się na naszych scenach – La fanciulla del West. Utwór, który przebojem pojawił się na deskach nowojorskiej Metropolitan Opera w roku 1910, po czasie głębokiej fascynacji, został zapomniany i porzucony. Obecnie coraz częściej pojawia się w teatrach muzycznych. Powodów może być kilka owego długotrwałego pominięcia. Ważnym wydaje się warstwa muzyczna. Niezwykle ciekawa, gdzie pobrzmiewają dźwięki amerykańskiego świata, ale nie posiadająca szlagierów i wstrząsających arii. To raczej przepełniona dramatyzmem opowieść. Co ważne kończąca się happy endem. Libretto wzorowane na sztuce Davida Belasco jest klasyczną narracją o trójkącie miłosnym. Pewnej siebie, walecznej Minnie, zakochanym w niej szeryfie Jacku Rance i tym pojawiającym się nieoczekiwanie, czarnym charakterze, bandycie, który pod wpływem uczucia zmienia własne życie – Dicku Johnsonie vel Ramerrez. Jednak istnieje jeszcze dwóch bohaterów. Geograficzny – Kalifornia i świat poszukiwaczy złota, a także zbiorowy – górnicy walczący o szczęście. Bowiem opera Pucciniego, mimo jasno nakreślonej struktury, będącej romansem uczuć, posiada niesłychany potencjał ukazania tęsknoty i walki o samego siebie w gromadzie robotników. Rzuceni w daleki świat, stają się zindywidualizowaną masą różnych charakterów. Kompozytor świetnie je skontrastował, chcąc ukazać niuansowość różnorodnej ziemi, która dla wielu stawała się mekką szczęścia i dobrobytu, a dla innych tragicznym finałem egzystencji.

Teatr Wielki w Łodzi powrócił do utworu, który przybrał tytuł Dziewczyna z Dzikiego Zachodu. Reżyserię powierzono Karolinie Sofulak, która bardzo dobrze radzi sobie w europejskim muzycznym świecie, również przygotowując udane produkcje w naszym kraju, między innymi w Poznaniu. W materiałach prasowych zapowiadano, że będzie to swoisty „spaghetti western”. Jednak oprócz łączącego języka z krajem pasty – czyli włoskim oraz tematyką kowbojską, trudno doszukać się więcej analogii. Ani nie ma brutalności, upadku moralnego czy też charakterystycznego czarnego humoru, co było wyróżnikiem filmów Sergio Leone. Sofulak oferuje dobrze skomponowaną historię miłosną. Co ciekawe najlepiej konstruuje, pełen emocji, ale kameralny akt drugi, gdzie faktycznie mamy obecnych na scenie tylko trójkę protagonistów. Ta rywalizacja o uczucie i życie jest pełna niepokoju i zmysłowości. Właśnie ten fragment jest niezwykle wciągający, frapujący niczym wcześniejsze (z roku 2018) dokonanie łódzkiej sceny Tramwaj zwany pożądaniem Andre Previna w reżyserii Macieja Prusa. Widać świetną pracę reżyserki, która prowadzi solistów z wyczuciem, nie zostawiając ich samym sobie, ale dopracowując każdy detal poszczególnych scen. Niestety akt pierwszy i trzeci wyłamują się z tego pozytywnego obrazu. Bowiem cały kalejdoskop postaci pobocznych jest co najmniej chybiony albo głosowo niedojrzały. Soliści i chórzyści, obsadzeni w rolach licznej braci górniczej, wyglądają na tak zmęczonych życiem i pracą jakby już nie mieli siły śpiewać. A przecież przychodzą do lokalu prowadzonego przez Minnie odpocząć, zrelaksować się. Smutek na ich twarzach jest przytłaczający. Jeszcze gorzej jest w akcie trzecim, który winien być pełen werwy, bowiem złapany bandyta Ramerrez ma za chwilę zawisnąć na stryczku. A jest blado i przeraźliwie smutno. Zapał ginie nim się zapali. Drugi plan nieświadomie już współczuje skazanemu. I śmieszność goni śmieszność. Jako ciekawostka: mamy jeszcze wprowadzenie psa w pięknej arii Jacka Wallace’a (Arkadiusz Anyszka). Jako miejscowy trubadur i samotnik przychodzi ze swoim kompanem-zwierzakiem. Tylko nikt nie pomyślał, że pies może szczekać i trochę zaburzyć wykonanie nostalgicznej pieśni. Jeszcze gorzej jest z wartością wokalną drugiego planu. Części solistów nie słychać, a chór rozjeżdża się w niejednym fragmencie, że aż uszy bolą. Reżyserka chyba nie wiedziała co zrobić z tą masą męską i pozostawiła im zbyt wiele wolnej ręki. Niestety skończyło się bladym obrazem społeczności. Ów świat wspólnoty rekompensuje relacja głównych bohaterów, która jest bardzo uczciwie i precyzyjnie ukazana.

Całość opery to trzy różne plany wizualne. Pierwszy drewniany saloon, gdzie poznajemy świat dawnej Kalifornii – oczywiście z wahadłowymi drzwiami, barem i atrybutami miejsca. Drugi fragment to dom Minnie, bardzo symboliczny i delikatnie zarysowany z dwoma przestrzeniami gry, a ostatni to metaforyczny las skonstruowany z owalnych elementów dekoracji. Dopełnieniem mają być, niestety niewidoczne, projekcje. I dochodzi do dziwnej nielogicznej inscenizacyjnej wpadki. Bowiem scenografia ma formułę nierealną, abstrakcyjną, lokującą akcję w każdym miejscu i czasie. Jednak kostiumy autorstwa Zuzanny Markiewicz są nad wyraz dosadne i jednoznaczne, jasno określające czas zdarzeń. To jakby reżyserka nie mogła się zdecydować czy jest to wariacja o Ameryce, czy może rzeczywista opowieść o tym miejscu.

Dramatycznej opowieści nie byłoby bez głównych bohaterów. Szczególne uznanie należy się Oldze Mykytenko, która gościnnie objęła partię Minnie. To nie jej pierwsze spotkanie z tą rolą, bowiem wciela się w nią również w Tallinie i może dzięki temu jest niezwykle świadoma tego, co czyni i jak śpiewa. To bardzo dobre wystawienie zarówno wokalnie jak i aktorsko, co buduje jej pozycję jako walczącej o miłość dziewczyny rzuconej na skraj świata. Posiada energię i zapał, ale także łagodność i szczerość. Jej wybranek Dick Johnson (Ramerrez), w tej partii Dominik Sutowicz, jak na bandytę zbyt delikatny i wycofany. Owszem głos solisty jest ładny i nośny, ale cóż z tego jak aktorsko pozostaje daleko w tyle za swoją wybranką serca. Ten trzeci to Jack Rance, szeryf w wykonaniu Łukasza Motkowicza. Wygrywa rolę skwaszoną miną i zaciśniętą szczęką. To trochę mało. Ale barwa jego barytonu jest godna pochwały. Orkiestra pod kierunkiem, powracającego do łódzkiej sceny, Wojciecha Rodka brzmiała równo, a nuty, szczególnie te oddające klimat kontynentu i relacji bohaterów, podkreślały dramatyzm akcji.

Premiera w Łodzi posiada wiele walorów. Najważniejszym jest przywrócenie mało znanego utworu Pucciniego. Otrzymujemy ciekawy, prosty i przemyślany koncept inscenizacyjny z dobrymi partiami wokalnymi głównych postaci. Jednak dopełnienie, z udziałem zespołu Teatru Wielkiego, jest trudne do pozytywnej oceny. Dziewczyna z Dzikiego Zachodu powinna uciekać z wybrankiem serca, ale na koniec podłożyć dynamit pod placem Dąbrowskiego. Miłość zwycięży, ale sztuki nie da się oszukać.

Źródło:

Kulturalny Cham
Link do źródła