EN
25.03.2021, 10:47 Wersja do druku

Miłość, honor, życie i śmierć

Z Małgorzatą Abramowicz, aktorką Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu rozmawia Anita Nowak.

fot. mat. teatru

Najpierw pomyślała pani o scenie czy o mikrofonie?

- O…piłce ręcznej. W którą z ogromnym zapałem i sukcesami grałam zarówno w czasach szkoły podstawowej jak i średniej. Byłam jedną z najlepiej rozgrywających w SZS AZS Białystok. Ale równolegle , od zawsze też śpiewałam  m. in. w zespole folklorystycznym „Kurpie Zielone”. Jako nastolatka łapałam wiele srok za ogon, ale kiedy nadszedł czas wyboru, poszłam na egzamin do szkoły aktorskiej. Tam zaczęłam się też profesjonalnie oswajać z mikrofonem. I śpiewanie stało się moim drugim zawodem.

Jakiego typu muzyka i piosenki najbardziej panią interesują?

- Najbliższe są mi recitale,  które zrobiłam z Igorem Nowickim, aranżerem.  Jeden z nich to ,,Marabut’’ - piosenki Stanisława Staszewskiego, prezentowany na Scenie Propozycji Aktorskich.  I kolejny, ,, Rybi Puzon’’ Toma Waitsa, który był już grany w Teatrze Horzycy na Scenie Letniej. Ten ostatni będzie powtarzany pod koniec bieżącego sezonu. One najbardziej odzwierciedlają interesujący mnie typ muzyki i piosenki. Musi być konkretnie, z charakterem, bez sentymentów, mocno i o sprawach najistotniejszych dla mnie: miłość, honor, życie i śmierć. Z pozoru brzmi stereotypowo, ale ani poezja, ani muzyka, którą wybieram już tak oczywista nie jest. Śpiewałam i utwory z repertuaru Edith Piaf i piosenki Agnieszki Osieckiej. Z czasem odkryłam, że najbliższe są mi utwory komponowane i pisane przez mężczyzn. Teraz do pełni szczęścia został mi jeszcze Nick Cave. Z jego właśnie twórczością wiążę moje zawodowe plany na przyszłość. I to  mam nadzieję, że już niedaleką. Na wybór tego repertuaru w dużej mierze miały wpływ wspaniałe tłumaczenia utworów Waitsa i Cave’a, dokonane przez nieżyjącego już Romana Kołakowskiego. Choć muzyka zachwyciła mnie pierwsza.

Jest pani absolwentką Wydziału Lalkarskiego w Białymstoku, Akademii Teatralnej w Warszawie. Czy lalki od dzieciństwa były pani marzeniem? A jeśli tak, to dlaczego potem zdecydowała się pani jednak na teatr dramatyczny?

- Otóż nie! Lalki nie były moim marzeniem. Nawet się nimi nie bawiłam, bo ich po prostu nie miałam.  No, może jedną. Takie czasy… A na ten wydział zdawałam, bo rodzice  nie chcieli mnie puścić do innego miasta. Ale już po pierwszym roku wiedziałam, że wolę się wypowiadać na scenie jako ja, a nie za pośrednictwem lalki. Niemniej, muszę przyznać, że jako aktorka bardzo na tym skorzystałam. Bo studia na wydziale lalkarskim niesamowicie uruchomiły moją wyobraźnię. Nauczyły szerszego  przekazywania emocji także poprzez, wydawałoby się, martwe przedmioty, ciekawszego ogrywania rekwizytów.

I trafiła pani  po studiach do teatru dramatycznego…

- Miałam to szczęście, że Bohdan Głuszczak, który uczył mnie pantomimy i maski, znał Krystynę Meissner, ówczesną dyrektorkę Teatru im. Wilama Horzycy i zaproponował mnie jej jako ,,dobry materiał” na aktorkę dramatyczną. Nie zastanawiałam się długo, a pewnie wcale, spakowałam swoje kredki, i ruszyłam z Białegostoku do Torunia. I tym sposobem jestem tu już 30 lat.

Co urzekło panią tak bardzo w Teatrze Horzycy, że związała się pani z nim na całe swoje dotychczasowe życie zawodowe?

- Osoba Krystyny Meissner i zespół, w jaki weszłam 30 lat temu. Oni tego nie wiedzą, ale ja ich pokochałam i nawet przez chwilę nie pomyślałam, żeby stąd odejść. Potem oczywiście byli inni dyrektorzy i dyrektorki, jak Jadwiga Oleradzka, która długo piastowała to stanowisko, gdy Krystyna Meissner odeszła do Krakowa. Obsadzano mnie dużo w ciekawych rolach,  na ogół nie miałam większych przestojów w graniu. Byłam  szanowana jako aktorka. No, może poza jednym wyjątkiem , o którym  nie warto mówić.  Dziś mamy rozpisany konkurs na dyrektora i znowu niepewność… Mam nadzieję, że wygra mój kandydat.  Zna nas, zależy mu na teatrze, podoba mi się jego program, jest w nim wiele interesujących nazwisk reżyserów, z którymi, ewentualnie mielibyśmy pracować w następnych sezonach.

fot. mat. teatru

W jaki sposób pracuje pani nad kompozycją postaci? Czy wyposaża  pani swoje bohaterki w jakieś własne cechy? Wykorzystuje pani swoje doświadczenia i obserwacje?

- Właściwie każda rola mnie interesuje. I komediowa i dramatyczna. Zawsze kiedy jestem w czymś obsadzana, zastanawiam się najpierw dlaczego ja i co ja mogę tej postaci z siebie dać.  Potem następuje już proces tworzenia. No i tu już bywa różnie, czasem mój proces nie pokrywa się z procesem reżysera a czasem odwrotnie. Czuję, jak on na każdym etapie wręcz rozwija mnie. To bardzo często jest jak ruletka. Na początku nie wie się nic. Rzadko po pierwszym czytaniu egzemplarza łyka się rolę. Choć i tak bywa. Ale bywa też, że  przegrywasz ,,casting” na rolę, o której wiesz, że jest stworzona dla ciebie. Różnie bywa.

Tak prawdę mówiąc nie wiem skąd czerpię pomysły na postaci. Raczej jestem aktorką intuicyjną. Jakoś podświadomie dążę do tego, żeby postać była prawdziwa. Muszę czuć, że wypowiadany tekst mnie nie uwiera. Zdarza się, że trafia się rola bez tekstu. Ogromnego wysiłku potrzeba, żeby  nie stać na scenie jak kołek. I żeby pomimo wszystko dopowiedzieć  do spektaklu, coś istotnego od siebie. Nigdy nie odrzuciłam żadnej roli, a raczej starałam się zawsze znaleźć na nią jakiś sposób. Najtrudniej gra się epizody. Ale czasem i na tym polu coś się udaje. Za rolę Duniaszy w „Ożenku” Gogola w reżyserii Marka Fiedora, która właściwie tylko przechodzi z kulisy w kulisę dostałam nagrodę aktorską na Festiwalu Komedii w Tarnowie.

Własne cechy w budowaniu postaci wychodzą czy tego chcesz, czy nie. Grunt, żeby były jak najdalej od postaci samego aktora.

Czasem trzeba coś poczytać, ale jak nie masz pomysłu na postać, to merytoryczna strona tematu nie pomoże. To oczywiście moja osobista ,,filozofia” .

Która z zagranych przez panią do tej pory postaci była pani najbliższa i czy to wiązało się z uznaniem odbiorców, z nagrodami jakie w efekcie się na panią posypały?

- Są to trzy role. Dwie zagrane, trzecia w planach. Pierwsza to Inna w ,,Merylin Mongoł” w reżyserii Norberta Rakowskiego, za którą otrzymałam Wilama, czyli nagrodę publiczności. A także bardziej już wymierną Nagrodę Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego . Druga to Anna w ,,Aktorach prowincjonalnych”  w reżyserii Damiana Josefa Necia, za którą nie dostałam żadnej nagrody. Przynajmniej na razie. I trzecia, w trakcie tworzenia, to rola Fridy Kahlo  w tej samej reżyserii.  Nie będą to tylko fragmenty biografii malarki,  ale również sceny oparte na improwizacji. Wtedy też dopiero powstanie tekst oryginalny, który napiszemy razem z reżyserem. Jestem już po rozmowie z dyrektorem Pawłem Pasztą i jak się nic nie zawali, to w następnym sezonie powstanie z tego monodram. Ale tym razem nie będę wiele śpiewała. No może trochę, ale za to  zatańczę flamenco. Tytuł już jest: ,,Frida. Próby”.
 
Co pani sądzi o pracy teatrów w obecnej sytuacji epidemiologicznej i  ewentualnym przeniesieniu się do Internetu? Zwłaszcza, że świetnie wam to idzie. Czego dowodem niedawna premiera „Podwyżki” Georgesa Pereca.

- Rzeczywiście ten tytuł został bardzo dobrze przyjęty przez widzów, a i nam forma, w jakiej go pokazywaliśmy sprawiła wiele satysfakcji. Z chęcią zagrałabym jeszcze raz w tego typu inscenizacji. To interesujące doświadczenie dla aktora. Zwłaszcza że można się pokusić o  nowy sposób  interakcji z widzem. Myślę, że najbardziej sprawdziłyby się tu kryminały. Jak np. nasza ,,Pułapka  na myszy” Agaty Christie. Uważam, że musimy się nastawić na to, że trzeba będzie szukać coraz bardziej oryginalnych sposobów na teatr przez Internet.

Dziękuję za rozmowę i z okazji jubileuszu życzę pani dalszych sukcesów artystycznych.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Anita Nowak