„Era Wodnika” Jarosława Murawskiego w reż. Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
W „Erze Wodnika” Małgorzata Warsicka wraz z Jarosławem Murawskim podejmują próbę reinterpretacji mitu kontrkultury. Spektakl nie jest rekonstrukcją hipisowskiej utopii ani adaptacją „Hair”, lecz teatralnym eksperymentem z pamięcią o buncie – jego językiem, symboliką i resztkami energii, które przeniknęły do współczesnej wyobraźni.
Centralną osią przedstawienia jest relacja ojca i syna – postaci wpisane w dwa odrębne porządki historyczne i emocjonalne. Adam (Paweł Tomaszewski) podejmuje próbę odczytania życia swojego ojca z archiwalnych śladów: taśm, fotografii, wspomnień. W tej podróży napotyka różne formy duchowego poszukiwania – od PRL-owskich komunistów zafascynowanych wolnością po współczesne wspólnoty newage’owe na indyjskim Goa.
Narracja rozpięta między retrospekcją a snem nie tworzy linearnej opowieści; Warsicka wykorzystuje ją raczej jako strukturę rytualną, w której przeszłość i teraźniejszość nieustannie się przenikają.
Scenografia Katarzyny Borkowskiej pełni w tym spektaklu funkcję symboliczną i sensualną zarazem. Przestrzeń zanurzona w ciepłych tonach, podłoga o fakturze lawy, monumentalne rzeźby bogini Kali i organiczne formy przywołujące naturę — wszystko to buduje aurę transowości, bliższą performansowi niż klasycznemu teatrowi dramatycznemu. Niekiedy jednak ta zmysłowość zaczyna dominować nad treścią, a wizualny przepych przykrywa dramaturgiczną logikę przedstawienia. Scena bywa piękna, lecz chwilami niepokojąco samozachwycona własnym obrazem.
Muzyka — zarówno komponowana specjalnie do spektaklu, jak i cytaty z epoki — stanowi kolejny nośnik emocji. To właśnie ona łączy fragmentaryczne sceny, pełniąc funkcję dramaturgicznego spoiwa. Momentami jednak dźwiękowa gęstość wchodzi w konflikt z rytmem akcji, a wielość stylistyk – od psychodelii po balladę – rozmywa tonację całości.
Obsada balansuje między teatralną grą a performatywnym gestem. Aktorzy nie tworzą psychologicznych postaci, lecz figury – nosicieli idei i nastrojów. W tym sensie „Era Wodnika” bliższa jest teatrowi formy niż teatrowi psychologicznemu. Takie rozwiązanie ma swoją konsekwencję: bohaterowie funkcjonują raczej jako znaki niż ludzie. Ich wypowiedzi, choć często efektowne, nie zawsze niosą znaczenie – zatrzymują się na poziomie hasła. Z czasem wrażenie estetycznej harmonii ustępuje poczuciu monotonnego rytuału, w którym niewiele już naprawdę się wydarza.
Warsicka i Murawski prowadzą grę z mitologią hipisowskiej rewolty, ale nie proponują jej rekonstrukcji. Interesuje ich raczej mechanizm powtarzania – jak bunt staje się formą konwencji, a rewolucyjny gest przechodzi w autoparodię. To cenne rozpoznanie, choć sam spektakl niekiedy grzęźnie w tym, co próbuje demaskować: w powierzchownym efekcie, w pięknie nie do końca wiadomo po co.
Na poziomie formalnym „Era Wodnika” jest więc studium recyklingu znaczeń – przedstawieniem o pragnieniu duchowości, które nie znajduje własnego języka, a sięga po dobrze znane symbole. Hipisowski rytuał zostaje wpisany w ramy współczesnego teatru, który chce mówić o przemianie, a ostatecznie opowiada o własnej bezsilności wobec niemożności przemiany.
„Era Wodnika” to spektakl dopracowany wizualnie i precyzyjnie zrealizowany technicznie, ale zarazem niepokojąco gładki. Zamiast doświadczenia duchowego – estetyczny sen o duchowości. Zamiast rozmowy z przeszłością – jej teatralna reprodukcja. W efekcie otrzymujemy widowisko, które z fascynacji mitem hipisów czyni niemal fetysz, nie pytając, co jeszcze można w nim odnaleźć dziś, gdy „pokój i miłość” brzmią jak cytat z folderu reklamowego.