05.10.2020, 09:56 Wersja do druku

Męskie zabawy z morderstwem w tle, czyli "Cravate Club" w Teatrze Polonia

"Cravate Club" Fabrice Rogera-Lacana w reż. Wojciecha Malajkata w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Marzena Kuraś w portalu Teatrologia.info.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Komedia współczesnego francuskiego scenarzysty i dramaturga Fabrice’a Rogera-Lacana (ur. 1966) Cravate Club, napisana w 2001 roku dla théâtre de la Gaîté-Montparnasse, rok później zaadaptowana przez Frédérica Jardina dla kina, miała swoją polską prapremierę w maju 2003 roku. Wystawiona została przez warszawski Teatr „Scena Prezentacje”, w reżyserii Romualda Szejda. Dwójkę bohaterów grali Wojciech Malajkat i Sambor Czarnota. Sztuka, w tłumaczeniu Katarzyny Skawiny, przeszła bez większego oddźwięku. Opowiada historię Bernarda i Adriena, pracujących w małej architektonicznej firmie, która wygrywa konkurs na duży projekt. O wyniku konkursu dowiadują się oni w dniu czterdziestych urodzin Bernarda, którego żona, Leo, jako niespodziankę, przygotowuje urodzinowe przyjęcie. Gdy Bernard dowiaduje się, że jego najbliższy współpracownik i przyjaciel Adrien nie zjawi się na urodzinach, ponieważ musi być na spotkaniu klubu, do którego należy, wpada stan dziwnej psychicznej zapaści, który doprowadzi go do upadku.

Dlaczego po 17 latach Wojciech Malajkat wraca do tego tekstu jako reżyser i odtwórca roli Barnarda, trudno powiedzieć. Ta francuska komedia, przygotowana na małej scenie Teatru Polonia, przypomina raczej XX-wieczną tragifarsę we współczesnym anturażu, niż nowoczesny teatr po doświadczeniach dekonstrukcyjnych i postdramatycznych. Przedstawienie utrzymane jest w stylistyce realistycznej – gra aktorów, scenografia, kostiumy – i jedynie muzyka Antonio Vivaldiego, pełne harmonii i malarskości Cztery pory roku, nie bardzo przystają do scenicznego realizmu. Spektakl podzielony został na trzy części. Po każdej na scenie i widowni zapada ciemność. Wszystko dzieje się w pracowni architektonicznej. Centralne miejsce zajmuje duży, prostokątny stół, przy którym i wokół którego rozgrywa się akcja sztuki. Poza dwoma obrotowymi fotelami na scenie ustawione jeszcze są zamykane szafki, z umieszczonymi na nich kubkami (jeden I love NY i drugi ze zwierzątkiem), termosem na kawę, przyborami do rysowania, telefonem i innymi drobiazgami. Szafki pełnią jednocześnie jakby funkcję parawanu, a za jego osłoną dokonuje się to, czego lepiej nie widzieć i o czym lepiej nie wiedzieć. Na ścianie, na wprost widowni, wisi zegar z ekierką, będącą jego wskazówkami, niczym znak-emblemat pracowni architektury.

Spektakl rozpoczyna się wskazującą na dobre relacje rodzinne rozmową Bernarda (Wojciech Malajkat) z córeczką i żoną. Po chwili zjawia się jego młodszy wspólnik Adrien (Marcin Stępniak). Bernard chowa się przed nim, by wystrzelić z szampana, a gdy Adrien odnajduje go za szafkami, trafiony korkiem w oko odgrywa scenę rozpaczy, że już je stracił, bo nic nie widzi. Gdy przerażony Bernard zaczyna wierzyć, że to prawda, Adrien rozradowany, że udało mu się nabrać przyjaciela, oświadcza, że to tylko żart, równie zresztą głupkowaty, jak ukrycie się Bernarda. I ta zabawa, niczym chłopców na podwórku, zasygnalizowana już na samym początku spektaklu, w każdej z kolejnych części będzie przybierała coraz groźniejsze oblicze. Wszystko zaczyna się od tego, że dla Adriena ważniejsze, niż urodzinowe przyjęcia wspólnika (w tym spektaklu kończy on 50 lat, bo w oryginale 40) jest spotkanie w Cravate Clubie. Bernard stara się dowiedzieć, co to za klub, ale najbardziej bulwersuje go fakt, że Adrien nigdy mu o nim nie powiedział. Cała akcja i gra aktorów ogniskować się będą wokół tego zagadnienia i sprawa klubowej przynależności stanie się główną osią konfliktu dramatycznego.

Wojciech Malajkat – odnosiło się wrażenie – dość ciężko wchodził w kreowaną przez siebie postać, jakby zupełnie nie czuł swojego bohatera. Momentami wręcz zdawało się, że sam jest zadziwiony reakcjami Bernarda, dość podejrzliwego człowieka, u którego narastała jakaś dziwna forma psychicznej fiksacji, monomanii, którą można by tłumaczyć obsesyjno-impulsywnymi zaburzeniami na tle krawatowego klubu, do którego należał Adrien.

W drugiej części spektaklu okazuje się, że Bernard nie zjawił się na przygotowanym przez jego żonę Leo urodzinowym przyjęciu, gdyż całą noc pił gdzieś na mieście. Prostytutce, z którą balował, oddał swojego rolexa, prezent od żony na rocznicę ślubu, po czym nieprzytomny wrócił do pracowni. Tam następnego dnia odnalazł go Adrien i robił mu wymówki, opowiadając, co przeżywali razem z Leo, gdy poszukiwali go całą noc. Impulsem dla Bernarda do tak absurdalnego zachowania był Cravate Club, do którego im bardziej chciał należeć, tym bardziej Adrien, jako członek anonsujący, nie chciał go wprowadzić. Bernard wyciąga wreszcie od przyjaciela nieco zabawnych informacji na temat tajemniczego klubu. Jego członkowie zwani „jeżykami” i używający śmiesznych przezwisk od zdrobnień swych imion, byli ludźmi z różnych, niejednokrotnie odległych od siebie, środowisk, którzy w każdy pierwszy czwartek miesiąca spotykali się na wspólnej kolacji. Jak wyjawił w końcu Adrien, nie interesowali się specjalnie swoimi poglądami, postawami życiowymi, tym, co który robi i czym się zajmuje a jedynie, przystrojeni w klubowe krawaty z pełną hipokryzją, czerpali radość ze wspólnego biesiadowania przy zastawionym stole, podnosząc chyba w ten sposób swą wartość we własnych oczach, bo przecież byli tacy tolerancyjni, poprawni, otwarci, wspaniałomyślni.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

W części ostatniej widzimy Bernarda w klubowym krawacie gotowego do wyjścia na uroczyste czwartkowe spotkanie klubowiczów, podczas którego ma zostać włączony do jego grona. W tym momencie akcja przyśpiesza i jesteśmy świadkami wielu wydarzeń, których opisu tu zaniechamy, by ewentualnym widzom nie dostarczać wiedzy o rozwoju akcji.

Dosyć powierzchowne i błahe dialogi, którym trudno momentami odmówić pewnej błyskotliwości, skoncentrowane wokół tajemniczego klubu, zarysowane jedynie pobieżnie postacie architektów, brak – dość istotnej w przedstawieniu realistycznym – logiki przyczynowo- skutkowej, powodują, że historia, którą widzimy na scenie jest mało przekonywująca. Konflikt ów wydaje się na tyle trywialny, że trudno uwierzyć, by mógł spowodować aż taką lawinę nieszczęść w życiu bohaterów. Oczywiście możemy domyślać się, że jest to historia o kryzysie wieku średniego, w której bohater widząc odmienność swego życia od tego, którym żyje młodszy kolega sublimuje frustrację w zainteresowanie klubem do którego nie należy, sądząc, że członkostwo w nim przywróci utracone aspekty egzystencji. Na kwestionowanie dotychczasowych osiągnięć wskazuje też fakt, że Bernard prezent od żony daje prostytutce. Taka interpretacja to jednak tylko domniemanie, bo sam spektakl nie daje dużych podstaw do szukania drugiego dna, i nie jest w stanie tego zmienić dobra gra aktorów. O ile Adrien Marcina Stępniaka jest bardziej spójny osobowościowo i psychicznie, o tyle Bernard kreowany przez Wojciecha Malajkata, z zewnątrz niby opanowany i spokojny, nie jest w stanie, w tak skonstruowanej sztuce, ukazać całej złożoności swych wewnętrznych przeżyć. Staje się przez to postacią mało wiarygodną i wydaje się, że jedynie dla utrzymania zainteresowania widza, autor każe mu dokonywać tak karkołomnych i bezsensownych czynów, a nie po to, by pokazać jego konflikt. A może po prostu trudno zrozumieć tę obyczajową tragikomedię, gdyż nie mamy w Polsce tradycji ekskluzywnych męskich klubów.

Cravate Club Fabrice Roger-Lacana, przekład: Katarzyna Skawina, reżyseria: Wojciech Malajkat, scenografia i kostiumy: Wojciech Stefaniak, asystentka ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska, reżyseria światła: Waldemar Zatorski, producent wykonawczy: Rafał Rossa. Występują: Wojciech Malajkat, Marcin Stępniak. Teatr Polonia, premiera 24 września 2020.

Tytuł oryginalny

Męskie zabawy z morderstwem w tle, czyli "Cravate Club" w Teatrze Polonia

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Marzena Kuraś

Data:

01.10.2020