EN
23.12.2021, 11:33 Wersja do druku

Matka Boska sex workerek

fot. fot. D. Matvejev / mat. teatru

O przedstawieniu „Między nogami Leny, czyli Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny według Michelangela Caravaggia” w reż. Agaty Dudy-Gracz z Teatru Dramatycznego w Kłajpedzie pisze dla Raptularza „e-teatru” Maciej Stroiński

Rzecz odbywa się w burdelu. W miejscu pracy seksualnej. Grupa żałobników opłakuje zmarłą, która była w ciąży, ale zmogła ją gorączka. To warstwa non-fiction płótna Caravaggia o Zaśnięciu Marii Panny. Scenę, którą namalował, oglądał na żywo, a ta, która umierała, to była jego kobieta. Z kim zaszła w ciążę, trudno byłoby ustalić od nadmiaru możliwości; przecież równie dobrze mogła była na nią spłynąć łaska zwiastowania. Rozumieją Państwo dramatyzm tej sceny: Matka Boska kończy żywot, przynajmniej ten ziemski, choć jeszcze nie urodziła. Robi się zawirowanie w historii zbawienia. Pierwszy akt zerwany, słowo nie stało się ciałem.

Tak wygląda „anegdota” w nowym spektaklu Agaty Dudy-Gracz. Jej pamiętny Makbet był trzyipółgodzinnym halunem postaci tytułowej umierającego na placu boju – jej najnowsze dzieło jest trzygodzinnym guilt tripem słynnego malarza, który ogląda swą lady nieżywą (trochę jak w Łagodnej Fiodora Dostojewskiego) i jedyne, co potrafi, to ją namalować. To i tak więcej, niż większość z nas dałaby radę zrobić w takiej sytuacji. Chociaż to się artyście poszczęściło w życiu: twórczość.

Swoim nowym przedstawieniem, które obejrzałem z nagrania na Boskiej w jej nurcie litewskim (obok słynnego białoruskiego), Duda-Gracz niejako dopisuje „dymki” do obrazów swojego ulubionego malarza Michelangela Caravaggia, wydobywa „kontent”, tworzy własnego fanfika. Odtwarza na scenie światłem, strojem i aktorem między innymi Świętego Hieronima piszącego, Ukrzyżowanie Świętego Piotra, Złożenie do grobu, Ścięcie Jana Chrzciciela, Marię Magdalenę pokutującą, Powołanie Świętego Mateusza, Chłopca z koszykiem owoców, Niewiernego Tomasza, Judytę odcinającą głowę Holofernesowi, Ekstazę Świętego Franciszka (która w warstwie audio przypomina rodzenie kamienia nerkowego), Ofiarowanie Izaaka i tytułowe Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny. Jeśli myślą Państwo, że to dużo, to proszę mi wierzyć, że jest tego więcej, bo nie wszystko wymieniłem.

fot. fot. D. Matvejev / mat. teatru

Naprostujmy przy okazji kwestię jednego z tytułów, tego najważniejszego w dziele Dudy-Gracz, bo widziałem w internetach, że jak po dobrej imprezie – krąży parę wersji. Żadna, kurde, „ŚMIERĆ Maryi”, bo Maryja nie umarła według tradycji Kościoła, lecz została wniebowzięta, a w ciele doczesnym wyłącznie zasnęła. Bazylikę w Jerozolimę też ma pod wezwaniem swojego Zaśnięcia, a nie swego Zgonu. Chociaż z drugiej strony, gdy się przyjrzeć scenie na obrazie Caravaggia i temu, jak przedstawieni rozpaczliwie płaczą, trudno nie pomyśleć, że matka Jezusa odeszła naprawdę jak każdy normalny człowiek.

Caravaggio w malarstwie to jak Mozart w muzyce, czyli artysta topowy, szeroko uznany i mocno kochany – i z tego powodu wzgardzony przez snobów, którzy potrzebują mniej ogranych nazwisk do swojego lansu. To się chwali Dudzie-Gracz, że się nie wstydzi swojego gustu. W praktyce często się to kończy jej romansem z kiczem, takie ryzyko zawodowe.

(Też uwielbiam Caravaggia, a było to tak. W wiedeńskim Muzeum Historii Sztuki w galerii malarstwa wisi tak zwane wszystko, od słynnego Tintoretta (Siwobrody – ten z Bernharda) przez Breughla, Arcimbolda, Rafaela po Rubensa. Chodzisz, siadasz i oglądasz (bo tam można usiąść, wielkie wygodne kanapy z oparciem), i trudno się nie zachwycać, jednak po którymś z rzędu Lorenzu Lotcie już do gardła ci podchodzi i zaczynasz biec przez sale, patrząc chętniej na klepki w jodełkę niż na arcydzieła, od których już mdlejesz, bo tyle ich naraz. Ale jak na deser ma się, niczym krowa, ten trzeci żołądek, tak Caravaggio, choćbyś nie wiem, jak już rzygał – on zawsze się zmieści. Zatrzymasz się przy nim. Jego obrazy są na żywo najzwyczajniej szokujące. Wyglądają jak podświetlone od tyłu i po prostu bije od nich… W Wiedniu mają tylko trzy: Matkę Boską RóżańcowąKoronę cierniową i Dawida z głową Goliata. W 2019 była duża wystawa połączona z Berninim).

Duda-Gracz odwołuje się do tradycji ożywionych obrazów, którą dawno temu, zaraz po swoim powstaniu, zastąpiło kino.

Kolejne sceny Między nogami Leny to scenki z malarstwa, z w miarę udatnie odtworzonym wizualem i dodanym dźwiękiem, kontekstem i życiem. Powstał spektakl bardzo w stylu tej reżyserki (chociaż czasami troszeczkę sakrokabaret w stylu Jana Klaty), co nie musi być zarzutem, lecz tymczasem czekam na jej wystawienie nie własnego tekstu. Widzimy przemoc na scenie i jest duże prawdopodobieństwo, że żaden koordynator intymności nie przystawił na to pieczątki.

W dyskursie dokoła sztuki istnieje pojęcie „tełka puszczonego”. Tełko puszczone oznacza background niezagospodarowany, nieurządzony, olany. Klasycznym polskim przykładem tełka puszczonego jest Szał uniesień Podkowińskiego, który można by spokojnie przyciąć o co najmniej jedną trzecią, nic nie roniąc z treści. To samo można by zrobić przedstawieniu Dudy-Gracz: mniej wrzasków i rzucań o te pół godziny i metraż byłby w pytkę. Scenografia jak na obrazach bohatera wieczoru, czyli krótko mówiąc – żadna. Zero pejzażu, zero światła udającego naturalne, malowanie raczej ciemnością niż reflektorem. Dekor ma być prostym ciemnym tłem do wydobywania aury z obiektów na pierwszym planie.

Osobną atrakcję tego przedstawienia stanowi Bartek Nowicki, aktor tak wszechstronnie piękny, że aż eksportowy. Wyjechał na Litwę, by przez większość czasu akcji grać Wenus Botticellego – „gołą a skromną”. Zrozumiały wybór, nawet włosy się zgadzają, chociaż Bartosz Roch Nowicki wygląda bardziej jak Chrystus w koronie cierniowej na obrazie Caravaggia. Kolega współ-Polak, Cezary Studniak, ma za zadanie raczej brzmieć, niż wyglądać, jeśli dobrze zrozumiałem. Razem ze współkolegą z Litwy, Mikalojusem Urbonasem, wcielają się w chór trzech muz (Botticelli, Dürer, Breughel – mistrzowie Caravaggia, nawet jeżeli sam by się nie przyznał), a na końcu w Trójcę Świętą.

fot. fot. D. Matvejev / mat. teatru

Są normalne brawa! Mamy moment historyczny. Pierwszy od dawna spektakl tej artystki, który się zakończył. Ostatnie słowo scenariusza: „ja”.

Ciekawsze od przedstawienia są rozmowy o nim: jeden wywiad z reżyserką, który się ukazał w prasie, i drugi, który dawniej nazwalibyśmy telewizyjnym. Agata Duda-Gracz pięknie umie opowiadać i robi to z pasją – wcale nie dlatego, że mówi o swoim dziele, o obrazach Caravaggia rozprawia bowiem nie mniej żarliwie.

W rozmowie z Tomaszem Domagałą Duda-Gracz powiedziała wiele naprawdę interesujących rzeczy. Została oczywiście zapytana o swojego ojca i szczerze przyznała, że czasem ma wrażenie, jakby bardziej nosiła jego niż własne nazwisko (tak jak Caravaggio długo nosił imię wielkiego Buonarrotiego, dopóki nie stał się sobą). Bosko opowiedziała o próbach w Kłajpedzie, które – wbrew planom – zamieniły się w rechrystianizację Litwy, choć artystka wyraźnie odżegnuje się od kościelnego, kontrreformacyjnego, jak mówi, katolstwa, ale na obczyźnie przeżyła coś nie tak znowu rzadkiego, mianowicie mimowolne wzmożenie tożsamości narodowej. Po premierze jednemu z aktorów „zachciało się do kościoła”, mnie natomiast po obejrzeniu zachciało się przypomnieć sobie Caravaggia Dereka Jarmana. 

Malarstwo w ogólności Duda-Gracz nazwała w wywiadzie „cichym teatrem” (wobec którego jej sceniczny teatr byłby tą odmianą głośną, z darciem wiadomo czego i tarzaniem się po podłodze).

Najbardziej mnie ujęła geneza projektu. Przyszła pandemia i każdy choć przez chwilę pomyślał, że może już nigdy nie będzie robił tego, co robił dotychczas. Duda-Gracz uznała, że jeśli ma wyreżyserować w życiu choć jeden jeszcze spektakl, to koniecznie o Caravaggiu, swoim faworycie. Wykonała swój koncert życzeń: dzieło 1. o malarzu, opowiedziane 2. obrazami, o 3. baroku, 4. Biblii i 5. śmierci.

Chciałbym o czymś wspomnieć tak na marginesie. To, co polski teatr z hukiem dziś „odkrywa” (piszę w cudzysłowie, no bo się nie oszukujmy co do tego odkrywania), ona dawno wykrzyczała w swej wersji Hamleta – pamiętamy choćby scenę z sikaniem pod siebie – ale wtedy jakimś cudem pies z kulawą nogą nie raczył się przejąć, ponieważ twórczyni jest niesalonowa, czyli nie ma racji. Dopiero po czasie, to znaczy tej wiosny, Drewniak oddał honor dziełu za jego demaskacyjność. To, co dzisiaj wszyscy robią, Duda-Gracz zrobiła, nie jadąc na koniunkturze. Ja jestem Hamlet był wielkim calloutem sprzed czasu calloutów, lecz niestety się potwierdza to, co ogólnie wiadomo: nieważne, co jest mówione, bo ważniejsze, kto to mówi. Na tym mniej więcej polega polityka tożsamości.

Źródło:

Materiał własny