Logo
Recenzje

Mała empiria

9.03.2026, 13:03 Wersja do druku

„Mała empiria” Katarzyny Sobczuk w reż. Anny Ilczuk w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.

fot. Natalia Kabanow

Wyjątkowo osobiście potraktowałem to przedstawienie, gdyż mniej więcej jestem w wieku podmiot lirycznej i dylematy związane z upływem czasu zdarza mi się również – choć rzadko na głos – po dziadersku nieco rozkminiać. Coraz mocniejsze okulary nie zawsze pomagają w rozróżnieniu rzędu XI od IX, a nazwisko rozmówcy (pracuję w radiu) muszę mieć zawsze zapisane. Szkoda jedynie, że nie zawsze udaje mi się je potem odczytać. No i oczywiście pełna zgoda, że nowe przekłady klasyki są całkowicie zbędne, gdyż stare są jeszcze zupełnie dobre. Zresztą osobiście uważam, że wszystko, co najlepsze, wydarzyło się przed rokiem 2000, a świat w ogóle zwariował w momencie wybuchu I wojny światowej i jeszcze do siebie nie doszedł. I wcale mi nie przeszkadza, że tak myślę. (Boże, jak ten monodram rezonuje, naprawdę.)

Dobra, wracamy na scenę. Upływ czasu w przypadku naszej bohaterki obserwowany jest przez dwa pryzmaty – dorosłej już właściwie progenitury oraz starego, wymagającego opieki ojca. Znaczy to mniej więcej tyle, że rodzic niedługo umrze, a dziecko – jak to się kiedyś mawiało – wyfrunie z gniazda. I człowiek zostanie z przeświadczeniem, że najlepsze lata życia poświęcił rodzicielstwu, a potem zostaje z ręką wiadomo gdzie, bo ze strony potomstwa nie ma specjalnej chęci, żeby w jakikolwiek sposób to docenić. Co jest okropnie frustrujące, bo starszy człowiek też potrzebuje być doceniony. W każdym razie bezdzietność – jak twierdzi nasza bohaterka – odejmuje wielu zmarszczek.

Myślę, że każdy mógłby napisać taką książkę, ale – nie każdy ją napisał. Mamy tu bowiem złapane chwile, które każdy mógłby złapać, lecz nie złapał – może uznał, że to wstyd, albo że nie ma czego łapać, bo jesteśmy świadkami procesu, który choć momentami wstydliwy, jest przecież całkowicie fizjologiczny. Tymczasem w starzeniu się jest i jakaś poezja, i prawdziwie antyczny dramat, i trochę Sartre’a – a przy tym bywa to jednocześnie śmieszne i straszne. A na pewno nieuniknione. I o tym właśnie jest to przeurocze przedstawienie.

Proszę się więc nie spodziewać czegoś na kształt Feuerbacha, Kontrabasisty (ukłony dla p. Radosława Łukaszewicza) czy – szczęśliwie – Nieśmiałej dżokejki. Widzów 40+ namawiam na wizytę w teatrze: proszę iść, jeść łyżkami Ewelinę Żak i pozwolić sobie na chwilkę pogody nad upływającym nieuchronnie czasem. Młodsi niech sobie raczej darują, nic bowiem z tego nie zrozumieją. To się nazywa ejdżyzm i jest powszechnie piętnowane, zatem… może jednak niech sobie nie darują, bo w oglądaniu spektakli granych w językach obcych jest przecież pewien nieodparcie kuszący czar. 

Tytuł oryginalny

MAŁA EMPIRIA

Źródło:

www.rafalturow.ski/teatr

Link do źródła

Sprawdź także