„Rewizja procesu Jezusa” Krysi Bednarek w reż. autorki i Katarzyny Kozyry w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Pisze Dominik Gac, przewodniczący Komisji Artystycznej 32 Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
„Katarzyna Kozyra od trzynastu lat szuka Jezusa” – mówi Roman Gancarczyk, wyjaśniając krótki film, który właśnie obejrzeliśmy. Na ekranie w głębi sceny Nowe Sytuacje wyświetlono fragmenty dokumentu Szukając Jezusa, który Kozyra zrealizowała w Jerozolimie. To owoc wieloletniego projektu, w ramach którego artystka zajmowała się syndromem jerozolimskim. A konkretnie dokumentowała rozmowy z osobami dotkniętymi tą przypadłością, czyli takimi, które utożsamiają się z bohaterami i bohaterkami Biblii – pod wpływem przebywania w miejscach związanych z opisanymi tam historiami. Ale co to właściwie znaczy, że Kozyra szuka Jezusa?
Wejście słynnej artystki sztuk wizualnych w pole instytucjonalnego teatru ujawnia jego pozycję. Mimo wielkiej romantycznej tradycji, do której wciąż i wciąż się odwołuje, polski teatr współczesny jest z gruntu oświeceniowy. Artyści, jeśli podejmują temat sacrum, zachowują się zazwyczaj jak bohaterowie kreskówki Scooby Doo, którzy ścigając niesamowitą istotę odkrywają w końcu, że to po prostu złoczyńca w masce – i tak w każdym odcinku. A jeśli owo sacrum jest chrześcijańskie to już w ogóle nie ma o czym gadać.
Scenariusz współreżyserki Krysi Bednarek idzie takim właśnie oświeceniowym tropem, ale przyświeca mu inny cel. Pięcioro aktorów w kostiumach stylizowanych na prawnicze togi referuje kolejne etapy tytułowej procedury rewizji procesów (przed Sanhedrynem i przed Piłatem), które doprowadziły do skazania Jezusa na karę śmierci – z rzadka tylko wcielając się w wyraźniej zdefiniowane postaci. To grupa opowiadaczy, a nie gromada bohaterów. Nikt tu nie ma syndromu jerozolimskiego.
Nad sceną i widownią wisi ułożony poziomo, potężnych rozmiarów poczerniały krzyż (za scenografię i kostiumy odpowiada Alek Ślesiński). Czy to ponure memento? Czy raczej znak, że nie trzeba wcale krzyża ścinać, jak w słynnej Klątwie Oliviera Frljicia, bo unosi się swobodnie, niby piórko? A może grozi, że zaraz spadnie i nas wszystkich przygniecie? Jaka jest faktyczna obecność historii Jezusa w naszym świecie? Notuję te i inne pytania, z którymi wyszedłem ze spektaklu, ale – podobnie jak artyści – nie mam gotowych odpowiedzi. Rewizja… to przedstawienie typu pretekst. Stymulant do rozmyślań, a nie spełnione dzieło.
Inspiracją do rewizji procesu jest rozmowa z Żydem kabalistą, którego Kozyra spotkała w Jerozolimie. „Celem jego misji jest przywrócenie Jezusa Żydom i ofiarowanie światu szansy na przyjście mesjasza” – słyszymy ze sceny. W tym celu należy wykonać konkretne działania, aby proces mógł odbyć się ponownie, ale tym razem na sprawiedliwych warunkach. Pomysł to nie nowy i przed Żydem kabalistą podejmowali go także inni, a w 1933 roku pięciu „znacznych Izraelitów” Jezusa uniewinniło. O tym się jednak ze spektaklu nie dowiemy. Można więc odnieść wrażenie, że bierzemy udział w czymś bezprecedensowym. I przy okazji heretyckim. Bo przecież ani Kozyra, ani widownia Starego Teatru nie chcą przywrócić Jezusa Żydom, tylko załatwiają tu jakiś inny, własny, (post)chrześcijański interes. Jednocześnie nie ma w tej historii śladu po chrześcijańskiej ortodoksji. Twórcy nie tylko Jezusa odbóstwiają, ale też pomijają fundamentalne dla chrześcijan kategorie ofiary i odkupienia. Śmierć na krzyżu nie jest aktem, w którym Bóg zbawia ludzkość, a tragiczną niesprawiedliwością.
Teatralnie rzecz jest prowizoryczna. Aktorzy podają tekst, przygrywa im gęstą elektroniką stojąca z boku sceny DJ-ka (Karolina Kędziora), na wspomnianym ekranie widzimy a to filmowe kadry, a to animacje (Kozyra na osiołku). Konwencja dramatu sądowego, którą można by scenicznie spożytkować, stanowi ledwie naszkicowaną ramę. Dominuje mało atrakcyjna formuła wykładu. Ale zdarzają się też po prostu ładne sceny. Jak ta z przetworzeniem wielkopiątkowej liturgii słowa, w której tekst scenariusza śpiewany jest na rozmaite nuty. Ujmuje szczególnie bliskowschodnia melodyka, którą posługuje się postać grana przez Bogumiłę Bajor. To chyba znak, że w przywróceniu sprawiedliwości interes mają wszystkie monoteistyczne cywilizacje z basenu Morza Śródziemnego.
W toku śledztwa odkrywamy jedną z prawd o Jezusie. Artyści proponują wersję, w której Chrystus był nazirejczykiem (nie mylić z nazarejczykiem) i esseńczykiem. Czyli radykalnym działaczem politycznym, członkiem narodowowyzwoleńczej partyzantki działającej przeciwko Rzymowi. I jako taki został zamordowany przez kolaborantów, którzy nie chcieli psuć relacji z imperium. Sam okupant – reprezentowany przez Poncjusza Piłata – przyłączył się do zbrodni na skutek szantażu, bo przecież najpierw Jezusa uniewinnił, a dopiero potem posłał go na krzyż. Paskudna sprawa, ale i potencjał na niezły polityczny thriller. Tylko co z tym sacrum?
Gdy artyści rozważają, czy skazanie Jezusa przez kapłanów żydowskich było zgodne z prawem dochodzą do ściany. „Wysoki sądzie, a co jeśli Jezus nie bluźnił, bo był mesjaszem? Wtedy po prostu mówiłby prawdę” – stwierdza bohaterka grana przez Małgorzatę Zawadzką. Udowodnić tego oczywiście nie sposób, można jedynie uwierzyć. Mam przeczucie, że znakomici aktorzy Starego Teatru nie wierzą. Wnioskuję po dyskretnych uśmiechach Romana Gancarczyka i tej dziwnej, lekko nonszalanckiej energii bijącej ze sceny. Jakby mówili: gramy, bo grać trzeba, ale i wy wiecie i my wiemy, że to jakieś naiwne bzdury. No bo rzeczywiście, jak inaczej traktować cel tej zabawy, który nazywa sama Kozyra w rozbrzmiewającym w finale nagraniu z offu? „Sam fakt, że robimy, powiedzmy, ten sprawiedliwy proces jest wystarczający do tego, żeby, no żeby było dobrze”.
Nie wiem, czy to trolling, świadectwo wiary czy może dowód szaleństwa artystki. I właśnie to, że nie wiem, sprawia iż cała Rewizja… wymyka się oświeceniowym procedurom bezpieczeństwa, które zamontowaliśmy w teatrze. Inscenizacyjna nieporadność tylko podkreśla ten zaskakujący wymiar. Rezygnacja z końcowych oklasków i zostawienie widzów w pustej sali to tani efekt, podobnie jak światło wpadające przez drzwi wejściowe i zawieszona nad nimi tektura z napisem: „Wszystko wreszcie będzie dobrze”. A jednak, przeczytałem i uwierzyłem. Nie w to, że będzie dobrze. Bo wiadomo, że nie będzie. Ale w to, że Kozyra wcale nie chce mnie oszukać. Że nie zajmuje się religijnością w ramach kolejnej racjonalistycznej i postmodernistycznej zabawy w zrywanie maski z tryumfalnym i ironicznym okrzykiem: ecce homo!
„Kasiu, masz syndrom jerozolimski? – słyszymy na wspomnianym nagraniu z offu. – „Może mam, może nie mam. (…) A może wy też macie? (…) No bo bierzecie w tym udział”. Bierzemy, ale jesteśmy w teatrze, a nie w Jerozolimie, ani nawet nie w kościele. Czy w niespełna godzinę można za pomocą teatralnych narzędzi uniewinnić Chrystusa? Nie. A czy można udowodnić porażkę racjonalnego podejścia do świata? Owszem. Najlepszym dowodem ta recenzja. Bo przecież wszystkie inne, merytoryczne i kompetentne, nie zostawiły na Rewizji procesu Jezusa suchej nitki.
Krysia Bednarek REWIZJA PROCESU JEZUSA. Reżyseria: Katarzyna Kozyra, Krysia Bednarek, scenografia, kostiumy: Alek Ślesiński, reżyseria światła: Aleksandr Prowaliński, Klaudyna Schubert, muzyka: Karolina Kędziora. Prapremiera 7 czerwca 2025 w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie.