26.09.2020, 11:57 Wersja do druku

Lunatycy w zimnym świetle księżyca

fot. Piotr Hryń

„Lunapark” w reż. Anny Sroki-Hryń z
AT w Warszawie na 60. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Tomasz Domagała na stronie DOMAGAŁAsięKULTURY.

Jako człowiek, którego wczesna młodość przypadła na przełom lat 80. i 90., należę do fanów zespołu Republika; mam też swoje ulubione, kanoniczne „kawałki” GC, do których należą zarówno Śmierć w bikini, jak i Arktyka. Wspominam te dwie piosenki, gdyż we wczorajszym spektaklu Akademii Teatralnej w Warszawie zostałem ich wykonaniem wyjątkowo zaskoczony i wzruszony.

Muszę przyznać, że osobiście trudem znoszę w teatrze przedstawienia złożone z piosenek, brakuje mi w nich bowiem zazwyczaj jakiejś opowieści, jakiegoś świata, który przenosi mnie dużo dalej i wyżej ponad wokalne popisy aktorów. Niesłusznie uprzedzony więc, szedłem na Lunapark Anny Sroki-Hryń jak na skazanie.

Tymczasem… pierwsza piosenka i od razu wielkie zaskoczenie! Lunatycy na otwarcie spektaklu – prócz tego, że dokonują jakiejś niezwykle interesującej ekspozycji postaci, które odtąd konsekwentnie i oszczędnie opowiadać nam będą ten świat – powodują również, że tytułowy lunapark zmienia swoje znaczenie. Z przestrzeni potocznie rozumianego parku rozrywki przenosimy się wraz z bohaterami w jakiś świat księżycowego (lunarnego), bezczasowego miejsca w kosmosie, z perspektywy którego zostanie opowiedziane życie człowieka, również w jakimś stopniu życie Obywatela GC, młodych aktorów, a wreszcie – moje własne (widza).

Piosenki Śmierć w bikini oraz Arktykę zapamiętam szczególnie dlatego, że na skutek zestawienia obu utworów oraz scenicznych  pomysłów Anny Sroki-Hryń, odsłaniają one swoje drugie dno, ukrytą w nich głębię przeżycia, zapisanego w prostych słowach. Pojawiająca się w pierwszym utworze śmierć w otoczce narracji spektaklu nadaje kontekst sytuacji lirycznej drugiego utworu. A ten jest – tak dotąd myślałem –  zapisem końca miłości, wyrzuceniem z serca goryczy niespełnionego uczucia. W kontekście jednak śmierci, której obraz w bikini ukazał nam się dopiero co przed oczami w poprzednim utworze, monolog podmiotu lirycznego, zaczynający się od słów: Syberia właśnie w tobie w tobie jest/Arktyka biała w tobie leży też/I nie ma w tobie żadnych ciepłych stref/Syberia właśnie w tobie leży pogłębia się i diametralnie zmienia znaczenie. Widzimy dziewczynę, która żegna się z partnerem, gdyż go po prostu już nie ma.

Przyznacie, że to inny rodzaj pożegnania, niż to kończące kolejny nieudany związek. Znakomite aktorstwo Marty Sutor i Marcina Franca dopełnia scenicznego, poetyckiego obrazu tego zaskakującego i poruszającego zabiegu. Opisuję ten fragment spektaklu, gdyż dobrze obrazuje on taktykę i styl, jakie charakteryzują teatralną strategię reżyserki, muzyka oraz młodych aktorów AT.

Świat ten nie wyglądałby jednak tak prawdziwie i przejmująco, gdyby nie manifestująca się (głównie poprzez oczy, mieniące się różnymi odcieniami emocji) wiara aktorów w opowiadaną historię, ich stuprocentowa sceniczna obecność oraz pełne oddanie wspólnej scenicznej sprawie. Gra absolwentów AT to kwintesencja scenicznej zespołowości. Szczególną wagę wydaje się mieć w tym kontekście finał, kiedy spektakl na skutek pewnego zabiegu na chwilę porzuca konwencję teatru w ogóle, stając się prawdziwym spotkaniem, nie tyle aktora z widzem, ile po prostu ludzi z ludźmi, a także każdego z nas z samym sobą. Tak, tak, ten w lustrze to niestety ja, chciałoby się po wyjściu teatru zanucić wyśpiewaną przez aktorów z AT w Warszawie chwilę wcześniej piosenkę nieodżałowanego Obywatela GC.



Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła