Skrzydelski: Nie uwierzysz, ale jestem zadowolony i nie musisz mnie do niczego przekonywać. Właściwie to się zgadzam już na starcie.
Moroz: Ale jeszcze nie wiadomo, w czym miałbyś się zgadzać.
Skrzydelski: Żeby nie wyszło na to, że znów marudzę, to się zgadzam.
Moroz: No dobrze, więc zmieniam umowę. Dziś nie pogadamy o „Młodziku”, tak jak zaplanowaliśmy, lecz o innej, na pewno nieco głośniejszej premierze, szekspirowskiej.
Skrzydelski: O nie, nie, aż tak – to nie. Protestuję. Zachowajmy jednak kolejność zdarzeń. To Teatr Ochoty dał premierę zdecydowanie wcześniej.
Moroz: Niech będzie, bo to akurat prawda. Zresztą w jakimś stopniu to rzecz zaskakująca: Igor Gorzkowski jedynie miesiąc po swoim „Don Kichocie” z Teatru Soho przeniósł siebie i nas w klimat skrajnie inny. Od Cervantesa do Dostojewskiego.
Skrzydelski: Choć próby do „Don Kichota” odbywały się już rok temu, a z uwagi na grudniowy lockdown Igor Gorzkowski najpierw zdecydował się na słuchowisko. W każdym razie jeśli w naszej dyskusji o scenicznym „Don Kichocie” narzekałem na to, że to już nie ten sam Gorzkowski, co kiedyś, że tęsknię za jego przedstawieniami, w których bohaterowie zmagają się ze swym wewnętrznym światem, przy okazji nie umiejąc poradzić sobie z realizmem codzienności – to teraz muszę się ugryźć w język. Spełniło się, i oto znów Igor Gorzkowski w formie z dawniejszych lat. Co więcej, wystawia literaturę rosyjską, a to ją czuje najlepiej.