05.08.2021, 14:39 Wersja do druku

Ludobójcy

„Lilla Weneda” Juliusza Słowackiego reż. Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Tadeusz Kornaś, członek Komisji Artystycznej Konkursu Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej Klasyka Żywa.

fot. Dominik Werner

1.

Wielokrotnie na ścianie zamykającej scenę pojawiać będą się zdjęcia budzące przerażenie. Pola śmierci, stosy zwłok i czaszek, obrazy okaleczeń i tortur – wszystko to z różnych miejsc i różnych kontynentów. Martwe, okaleczone i torturowane ciała... W Lilii Wenedzie Grzegorza Wiśniewskiego ten świat bezgranicznego zła, dotkliwej przemocy, żarliwego okrucieństwa będzie wszechobecny.

Właściwie w kontekście przedstawienia należałoby odwrócić odwieczne pytanie: unde malum? Zło jest bowiem wszędzie, jest podstawową zasadą tego świata, nie ma sensu więc pytać o jego przyczyny. Trzeba raczej zapytać w kontekście tego spektaklu, skąd dobro? Jak to się dzieje, że ono ciągle gdzieś jest? Maleńkie, skromne pośród bezdennej i obojętnej przemocy. Jak to się dzieje, że bezinteresownie okrutna Gwinona nie domyka okna, by nie wypłoszyć jaskółek, które tam uwiły gniazdo? Jak to może się stać, że Lilla Weneda w ogóle jest w stanie tak mocno kochać ojca?

Grzegorz Wiśniewski w swojej scenicznej adaptacji Lilli Wenedy szykuje widzom sporo okrutnych pułapek do przemyślenia. Pozornie nietrafione decyzje adaptacyjne też owocują przerażającymi i wymagającymi pytaniami. Wenedowie noszą chrześcijańskie znaki. Na ich tatuażach pojawiają się znane z ikonografii twarze Chrystusa, Maryi, religijne symbole. Ale nie są w nabożnej konwencji, lecz złamane popkulturą, nawet symbolistyką ezoteryczną. Gdy Ślaz (Michał Jaros) zdecyduje się uciec do Wenedów, mówi, że naznaczy się ich znakiem i maluje sobie na piersi i twarzy wielki krzyż. Co więcej, harfa złota, którą niesie pojmany Derwid (Krzysztof Matuszewski), to figura Matki Bożej (choć „barbarzyńsko” pomalowana). Można więc zapytać, czemu Wiśniewski robi to wbrew Słowackiemu, który z naciskiem wskazywał na pogańskość wierzeń Wenedów? Ich święte harfy były przecież u niego znakiem pogańskich obrzędów. Teraz godłem Wenedów są krzyże i święte wizerunki.

Ale z tej zamiany Wiśniewski wyprowadził naprawdę przerażające pytanie. Gdy Derwid ma na koniec wybrać: córka czy „harfa”, staje przed skrajnym dla niego wyborem. Oszaleje od tego wyboru, bo już wiadomo, że nie o harfę czy figurę Matki Bożej chodzi, ale o Boga. W Biblii pierwsze przykazanie – miłości Boga, jest jasno sformułowane, wszystko trzeba jemu poświęcić. Ale tu stoi córka, która poświęciła wszystko dla ojca. Wybrać wierność Bogu, a ją stracić? To prawie Biblijne żądanie, jak żądanie ofiary z jedynego syna Abrahama - Izaaka.

Spektakl Wiśniewskiego tworzony jest bardzo ostrymi środkami scenicznymi. Bez niuansów, z całą mocą: sceny są jak uderzenia. Lechici zadają cios, Wenedowie odpowiadają równie mocno... Gdy Derwid stanął przed wyborem „harfa” czy córka, Lilla Weneda krzyczy, by oddano jej ojcu harfę. Gotowa poświęcić siebie. Ale w tym świecie bez półcieni, niekiedy niuanse właśnie wybijają się bardzo mocno. Lilla Weneda (Magdalena Gorzelańczyk) jednak nie jest bierna w tym wyborze. Jej ofiarowanie siebie ma niejednoznaczny naddatek. Wiem, że powinieneś wybrać harfę, ale czemu nie wybrałeś mnie? – zdaje się krzyczeć do ojca Lilla Weneda. Jej samoofiarowanie się jest o wiele bardziej wyraziste i dramatyczne, niż przerażenie, złamanie Derwida.

fot. ominie Werner

2.

W dramacie Słowackiego walka Wenedów i Lechitów stanowi bardzo istotne tło dylematów ludzkich. W adaptacji Wiśniewskiego schodzi w głębokie, ledwie wspominane przez bohaterów spektaklu tło. Bo nie losy narodów, ale przerażające wybory jednostek są w inscenizacji Wiśniewskiego jedyną sankcją.

Wszystko, także scenografia służy podkreśleniu takiego sposobu odczytania. Organizacja przestrzeni jest dosyć sterylna. Z przodu salon – stół do bilardu, kanapa. Ten „salon” oddzielony jest od drugiego planu pleksiglasową szybą. Tam znajduje się niewielki basen i wiszący nad nim głową w dół manekin z rozkrzyżowanymi rękami – znów jak świadectwo nieustannych tortur. Po prawej stronie znajduje się jeszcze jedno, bardzo wąskie miejsce, oddzielone pleksi. To pracownia fotograficzna Rozy Wenedy (Sylwia Góra). Kamera, aparat fotograficzny Rozy będą w tym spektaklu też narzędziami grozy. A Roza Weneda będzie jak wojenny fotograf, dokumentujący zbrodnie, ale i wewnętrznie fascynujący się nimi. Sadyzm miesza się z poczuciem dokumentowania. Najlepsze zdjęcia są przecież najbardziej okrutne.

Stroje tak Wenedów, jak Lechitów łączą w sobie kampową ekstrawagancję z nagością, chwilami bezwstydną. Nagie torsy Wenedów, ich tatuowane ciała, białe kalesony, jakieś błyskotki... Z drugiej strony Lechici – nowobogaccy, obwieszeni złotymi łańcuchami, także z nagimi torsami. Czarno ubrane dwie kobiety – Gwinona (Katarzyna Dałek) w długim skórzanym płaszczu ubranym na gołe ciało i Roza Weneda w obcisłym sadomasochistycznym kostiumie... Czerń w pewien sposób oddaje mroczność tych kobiet. Gdybym miał szukać skojarzenia, które charakteryzuje zachowanie i ubiór wszystkich postaci, jest ono jasne – to towarzystwo pełne zblazowanego, cynicznego przesytu.

Okrucieństwa świadczone są sobie wzajemnie z niezwykłą bezinteresownością i dozą znudzenia. A to męczą Derwida, wyrywają mu oczy, to znów, gdy Lelum i Polelum (Marcin Miodek i Jakub Nosiadek) wrócą do swoich, znęcać się będą nad odartym z szat Lechonem (Jan Napieralski) – dozować mu elektrowstrząsy. Zaś Roza Weneda robić będzie wtedy zdjęcia – „dokumentować”.

Adaptacja dramatu Słowackiego dokonana została bardzo radykalnie. Tekst pozbawiono każdej dozy patosu, celowości, poświęcenia. Wycięto wszystko, co może uwznioślić i nadawać celowość. Jakby odarto go z jakiegokolwiek myślenia historycznego, o przeszłości, o przyszłości. Wieczne teraz tego świata, bez celu i bez nadziei, realizuje się właśnie we wzajemnym zadawaniu sobie cierpień. W adaptacji konsekwentnie wycięto więc też postać Świętego Gwalberta, który próbował odnaleźć się w tym świecie wojny Lechitów z Wenedami – zmienić jego tory. Który wierzył w możliwość dobra, jakkolwiek skrajnie trudnego do osiągnięcia, który nawracał Lillę Wenedę... Nie mogło go tu być.

Poetycki dramat został także pozbawiony rytmicznych akcentów – w inscenizacji brzmi jak proza. Jakby również słowa okaleczono. Jakby gdzieś zagubił się romantyczny autor, romantyczna proweniencja... Konsekwentnie pozbawiono dramat też scen komediowych.

Ale, powtórzę wyraźnie swoją opinię... Spektakl jest bardzo konsekwentny. Radykalność zadawanych przez zespół Teatru Wybrzeże pytań nie pozostawia widzów obojętnymi. W zgodzie z dramatem Słowackiego wszystko kończy się katastrofą. Ale ta katastrofa świata przesytu immanentnie zawarta była już w pierwszych scenach przedstawienia Wiśniewskiego. Katastrofa jest tu stanem permanentnym, przemoc jego zasadą.

Lilla Weneda, Juliusz Słowacki, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Wybrzeże w Gdańsku, Scena Kameralna – Sopot, prem. 26 lutego 2021 

fot. Dominik Werner

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne