„Lubiewo” Michała Witkowskiego w adapt. Huberta Sulimy i reż. Jędrzeja Piaskowskiego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Pisze Michał Derkacz w portalu wroclaw.dlastudenta.pl.
24 stycznia 2026 roku we Wrocławskim Teatrze Współczesnym odbyła się premiera spektaklu „Lubiewo” duetu Jędrzej Piaskowski (reżyseria, koncepcja) – Hubert Sulima (adaptacja, dramaturgia, koncepcja). Przedstawienie powstało na podstawie głośnej i nagradzanej powieści Michała Witkowskiego, która ukazała się w ponad 30 krajach! Co ciekawe, akcja książki rozgrywa się właśnie we Wrocławiu, pokazując środowisko homoseksualistów u schyłku PRL. Czy warto zobaczyć to dzieło?
Jak dobrze spektakl „Lubiewo” spisuje się jako adaptacja książki? Tego nie jestem w stanie określić (nie czytałem), zatem ta recenzja odnosić się będzie wyłącznie do wydarzeń scenicznych, jakie zaserwowali nam twórcy. A jest o czym pisać, bo podczas trzygodzinnego widowiska na deskach Teatru WTW dzieje się wiele, a emocje potrafią być skrajne.
Przede wszystkim „Lubiewo” ma dwie części, oddzielone przerwą, a różnią się one od siebie zdecydowanie. W pierwszej dostajemy przede wszystkim komedię – pełną scen, przy których publiczność zanosi się śmiechem i czasem trudno wyjść z podziwu, jakim cudem sami aktorzy są w stanie zachować powagę, robiąc i mówiąc to wszystko. Historia podstarzałych „ciot” (jak pisze sam autor książki), wspominających piękne czasy świetności i beztroskich numerków w toalecie czy krzakach, jest tu ryzykownie blisko granicy parodii i nawet czasem ją przekracza.
Choć to wszystko skąpane jest w melancholii, tęsknocie i żalu, przeważa klimat rozrywkowy, wymagając od widowni podejścia do tematu z ogromnym dystansem, jeśli ktoś nie chce poczuć się urażony tym sposobem pokazywania (wyjątkowo stereotypowo) homoseksualistów.
Sceny w barze (z rewelacyjną rolą Matki Joanny od Pedałów w wykonaniu Eweliny Paszke-Lowitzsch), akcja pod rosyjską bazą wojskową, „ciotowskie” dziady czy sięgające absurdu zderzenie bohaterów o dawnej mentalności z współczesnymi aktywistami LGBTQ+ (ci także są tu sportretowani karykaturalnie) to momenty, które zapamiętamy na długo – brawurowo (aktorzy szarżują, ale wszystko jest w punkt) zagrane i kapitalnie zainscenizowane.
Scenografia czasem jest w stylu szkolnych przedstawień (tekturowe elementy zjeżdżające z góry i mocno umowna zmiana plenerów), ale to dobrze, bo realizatorzy nie bali się klasycznego języku teatralnego. Nie ma tu prawdziwego palenia papierosów (ilość dymu byłaby nie do wytrzymania) czy picia różnorodnych napojów. Czasem dana postać zwraca się do publiczności, tłumacząc że doszła na miejsce po przejściu kilku kroków, a czasem wypowiada swe myśli na głos, by wprowadzić kontekst wydarzeń. Nawet scena z kręceniem występu artystycznego jest bliżej pantomimy, zamiast modnego wsadzania prawdziwej kamery na żywo. Umawiamy się na sporą dozę „teatralności” i tak powinno być zawsze. Tutaj zwyczajnie to działa i pasuje do stylu narracji.
Po przerwie jest już znacznie poważniej. Zamiast na miłosnych podbojach (choć o związkach i prawdziwej miłości bohaterowie nawet nie marzyli, głośno deklarując chęć przygodnego stosunku bez zobowiązań) skupiamy się na mroku, chorobach, odrzuceniu, niezrozumieniu, pogardzie i śmierci, czyli wszystkim z czym wiązało się bycie „ciotą” w tamtych czasach, za którymi przypominamy nadal tęsknią bohaterowie (a może bohaterki, skoro Patrycja, Lukrecja i inni woleli być określani kobiecym mianem?).
W tych scenach „Lubiewo” przestaje bawić (czasem tylko wpadając na pole czarnego humoru), a zaczyna dawać do myślenia i wzruszać. Scen jest mniej, ale są one znacznie dłuższe i znacznie mocniejsze niż przed przerwą. Przesłuchanie, urojenia w szpitalu czy w końcu libacja zakończona gwałtem to obrazy (i słowa), które także zostaną z nami na dłużej. Niby granie pijanego w polskich filmach, serialach czy spektaklach jest już zbyt opatrzone, oczywiste i wtórne, a jednak mistrzowskie kreacje artystów WTW wynoszą to na wyższy poziom i czynią z teoretycznie kliszowej sceny coś naprawdę wyjątkowego.
Na koniec trzeba wspomnieć, że „Lubiewo” jest tylko dla dorosłych. Pełno tu wulgaryzmów, przemocy fizycznej i psychicznej oraz genitaliów (na szczęście sztucznych – znów gratulacje za powrót do teatralności), a i temat, choć często traktowany prześmiewczo, ostatecznie jest pełny głębokiego przekazu o jednoznacznie smutnym wydźwięku. Jeśli jesteście na coś takiego gotowi, to polecamy wybrać się do Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Jeśli nie jesteście, to może warto i tak zaryzykować, bo ucieknie wam spektakl, o którym powinno być głośno.