Logo
Recenzje

Manekiny

10.03.2026, 14:16 Wersja do druku

„Lalka” Bolesława Prusa w reż. Jacka Głomba w Teatrze im. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. mat. teatru

Od kilku miesięcy cała Polska żyje rewelacjami z planu filmowego nowej ekranizacji „Lalki”. Internet zalały selfie warszawiaków i gości miasta, fotografujących się na tle scenografii imitującej XIX-wieczną stolicę. Makietę sklepu Wokulskiego przy Krakowskim Przedmieściu pozostawiono na dłużej jako… atrakcję turystyczną. Ma stanowić jeden z elementów jarmarku świątecznego. Wcześniej pytanie, która z aktorek zagra Izabelę, stało się nawet przedmiotem zakładów bukmacherskich. Tymczasem Wokulski, Łęcka, Rzecki, Krzeszowscy bez celebryckiego rozgłosu i histerycznych emocji pojawili się na deskach Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim.

Adaptację powieści Bolesława Prusa dla potrzeb sceny opracowała Katarzyna Knychalska, a przedstawienie wyreżyserował Jacek Głomb, do niedawna dyrektor i reżyser cenionego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy (odszedł po 30 latach kierowania tą sceną).

Choć sam Prus pisał, że inspiracją dla napisania powieści był dla niego autentyczny proces o kradzież lalki w Wiedniu, to kluczem do jej odczytania jest i tak indywidualna interpretacja tytułu. Od dziesiątek lat trwają na ten temat spory, ale znawcy literatury wyodrębnili kilka najsilniejszych teorii. Niektórzy twierdzą, że to, właśnie przeniesiony przez autora na karty swojej powieści wątek kradzieży lalki. Inni wskazują na Izabelę Łęcką – piękną, nieco „pustą” arystokratkę, wychowaną pod kloszem konwenansów ówczesnych wyższych sfer. Jeszcze inni mówią, że Prus miał na myśli samego Stacha Wokulskiego, widząc w jego literackim portrecie marionetkę w rękach sił społecznych i elit politycznych. Są zwolennicy idei, że tytuł pochodzi od „porcelanowej miłości” Wokulskiego do Łęckiej. Ten miał jedynie widzieć w niej pożyteczną „ozdobę” dla swojego ego oraz… biznesu. Istnieje jeszcze podejrzenie, że tytuł został mylnie zapisany w liczbie pojedynczej, a powinien w mnogiej i brzmieć „Lalki”. To przekonanie, że celem Prusa było sarkastyczne pokazanie ogółu zależnego od konwenansów społeczeństwa końca XIX wieku.

Knychalska i Głomb w swojej pracy sięgnęli po praktycznie wszystkie interpretacyjne klucze, ale skupili się na tym ostatnim. Literacki drugi plan stał się teatralnym pierwszym. Miłosna historia Łęckiej i Wokulskiego stała się tylko pretekstem do spojrzenia na szeroką przestrzeń społeczną i obyczajową przełomu XIX i XX wieku. To wyraźnie widoczne w strukturze inscenizacji. Rytm nadaje grupa „ożywionych” wystawowych manekinów, z której wyłuskują się bohaterowie. Proszę zobaczyć, jak poszczególne role zostały zapisane w programie przedstawienia: „Manekin I, mężczyzna, bywa Starskim” albo „Manekin II, kobieta, bywa baronową Krzeszowską”. Zwracam uwagę na użyte z rozmysłem określenie „bywa”. To dobry zabieg dla przyśpieszenia akcji, o czym później, ale jednocześnie trudność dla aktorów, w zbudowaniu wiarygodnych postaci, o czym również w dalszej części tekstu.

W powieści niektóre fragmenty opowiadane są przez Rzeckiego, a Głomb powierzył mu wiodącą rolę w całym przedstawieniu. Zdaje się, że nie tylko opowiada, ale momentami staje się alter ego samego Prusa, bo niczym demiurg może stwarzać kolejne postaci i powoływać sceny. Jest w posiadaniu karuzeli z drewnianymi ludzikami, która wprawiona w ruch, porusza także ich „ożywionymi” egzemplifikacjami. Ta archaiczna, może nawet nieco baśniowa zabawka wydaje się też kontrapunktem dla późniejszej nowoczesnej machiny Ochockiego. Oczywiście należy widzieć w tym początek wielkich zmian, społecznych, w tym obyczajowych, które przyniosła rewolucja przemysłowa. Swoją drogą, o tym jest „Lalka”. Prawda?

W pierwszych scenach, po dość długim wprowadzeniu Rzeckiego, manekiny ze sklepowych witryn zaczynają się subtelnie poruszać, by za chwilę w pełni „ożyć” i wyjść ze swoich szklanych klatek. Najpierw poruszane przez Rzeckiego szybko „uwalniają” się od decyzji swojego stwórcy i przyjmują rolę greckiego chóru. Jako symboliczny „ogół społeczeństwa” XIX wieku żywo interesują się plotkami z życia tzw. wyższych sfer. Komentują, opowiadają, dopowiadają, a nawet spierają się o niektóre fakty. To dobry zabieg, który pozwolił zdynamizować akcję rozbudowanej przecież powieści, ale…

„Ile? Ej, serio? Ale, że jak? Nieeeee, to niemożliwe!” To była moja stosunkowo żywiołowa reakcja na informację, że „Lalka” w gorzowskim Osterwie trwa niespełna 70 minut. Powieść Prusa jest niemiłosiernie zawiła, pełna pobocznych wątków i bohaterów. To znakomity materiał na serial o przynajmniej setce odcinków. Jak to zmieścić w tak krótkiej formie? Prawdziwe szaleństwo!
Owszem, Głombowi i Knychalskiej faktycznie udało się opowiedzieć znakomitą większość wydarzeń zapisanych na kartach powieści Prusa. Udało się też pokazać ikoniczne sceny. To jednak ma swoje mocne i słabsze strony. Powstał atrakcyjny spektakl o wartkiej akcji, stanowiący znakomity materiał edukacyjny, szczególnie dla młodych widzów, zachęcający do wnikliwszego poznania tematu. Dla tych, którzy znają dobrze „Lalkę”, ta skondensowana forma może być znakomitym wyzwalaczem i utrwalaczem literackiej pamięci.

Teraz te słabsze. Można śmiało zestawiać gorzowska „Lalkę” z „Kartoteką”. Krótkie, porwane sceny, pozornie tylko ze sobą niepowiązane… Miałem wrażenie, że spektakl pędził, jak oszalały, tylko po to by „odhaczać” poszczególne wątki. Mógł to być nawet swego rodzaju challenge, albo zakład twórców spektaklu z realizatorami wspomnianej ekranizacji – kto w krótszym czasie opowie całego Prusa. Przy takim tempie trudno o większe skupienie na głównym miłosnym wątku, a co dopiero na subtelnie zaznaczanych sytuacjach, budujących uniwersum „Lalki”. Wiele z ważnych informacji tak istotnych dla zrozumienia postaw bohaterów po prostu umknęło w potoku słów. I najważniejsze – wybierając taką formę twórcy przedstawienia, utracili coś niezwykle istotnego – atmosferę. Było głównie duszno i gęsto. Zabrakło dystansu i pewnej lekkości.

Ów eksperyment był dużym wyzwaniem dla zespołu aktorskiego, szczególnie tych, którzy wcielali się w wiele postaci. To duża sztuka by tak żonglować różnorodnymi charakterami oraz formami. Są sceny, gdy aktorzy musieli przechodzić od sekwencji manekinów, przez tłum mieszczan, by zakończyć ją konkretną literacką postacią. Momentami brakowało wyrazistości owego rozróżnienia, a niektóre ze scen nabierały takiego tempa, że brakowało czasu na pełne metamorfozy bohaterów. Szkoda. Ale momenty były! Rewelacyjnie wypadła Karolina Miłkowska w feministycznej mowie Wąsowskiej. To mocny i odważny manifest, którego nie powstydziłyby się wkurwione Dziewczyny ze Strajku Kobiet. Ciekawy jest Oliwer Witek, który musiał sportretować wizjonera Juliana Ochockiego, co mu się udało, nawet bez spojrzenia, bo oczy skutecznie skrywały ciemne okulary. To duża umiejętność. Szczerze bawi Jan Mierzyński jako zmanierowany i wyniosły baron Krzeszowski. To niezwykle trafna karykatura bogatego szlachcica.

Świetny był konsekwentnie powtarzany gest picia alkoholu. Wyznaczał swoisty rytm niczym metronom. Zachwyciła mnie scena na wyciągach konnych i rumako-rowery. Wspaniałe! Zupełnie niepotrzebna zaś była scena ze skrzypkiem, zbyteczna to ozdoba, choć oczywiście piękna.

Dominik Jakubczak otrzymał zadanie sportretowania starszego od siebie bohatera. Ignacy Rzecki sam o sobie mówił na kartach powieści Prusa jako o „człowieku starej daty”. Jakubczak nie próbował grać starszego zmanierowanego pana, a w iluzji dostrzeżenia w jego postaci mędrca pomógł klasyczny i elegancki frak z epoki oraz peruka. Jego Rzecki jest przede wszystkim poczciwy. Albo inaczej Jakubczak jest wiarygodny w poczciwości postaci Rzeckiego. Aktor znakomicie poradził sobie z rolą narratora – jego skupienie i subtelność sprawiły, że snuta przez niego opowieść była czytelna i przyjemna.

Stanisław Wokulski w interpretacji Mieszka Wiercińskiego jest trochę takim niezdecydowanym zawadiaką. Nie wygląda ani nie zachowuje się jak na ułożonego biznesmena przystało. Walczy w nim wyraźnie nuta jeszcze romantycznego buntu. To pozwoliło aktorowi na odważny i ciekawy portret tej postaci, którą wielu uważa za nie dostatecznie wyrazistą jeszcze na kartach powieści Bolesława Prusa. Być może to dlatego, że jego historia się urywa, jest nieoczywista… Tak czy inaczej ów romantyczny zawadiaka, szczególnie w scenach z udziałem zabiegających o jego względy (i portfel) kobietami, przyciąga tajemniczym magnetyzmem – niby męski, ale zawstydzony, niby konkretny, ale gdzieś tam myślami meandrujący… Ciekawa kreacja.

Subtelny i kunsztowny, z wykwitnie doprecyzowanym gestem taniec, a nie chód. Właściwie to nie chód, ale unoszenie się kilka centymetrów nad ziemią. To charakterystyka sposobu poruszania się Izabelli Łęckiej. Magdalena Kasperowicz wykorzystała kobiecy powab i stworzyła porcelanową wręcz postać. Ale… Kilka scen dalej w ognistym, niemal erotycznym tańcu pokazuje zupełnie inne oblicze. Zaraz znów dewocyjnym drżącym głosem śpiewa na religijna nutę… Jaką kobietą jest jej Łęcka? Czy ta misterność i delikatność to maska? To udawanie? Czy Łęcka jest tak przebiegła? Kasperowicz zadaje te pytania wyraźnie, proponując pewną interpretacyjną grę z widzem. Ten portret ikonicznej postaci polskiej literatury jest niezwykle ciekawy i prowokacyjny.

Bartosz Straburzyński spaja całość muzyką, w której często słychać dźwięki porcelanowej pozytywki. Nawiązania do muzycznych klimatów końca XIX wieku, to jednak tylko inspiracja dla nowoczesnych aranżacji. Scenografię oraz kostiumy zaprojektowała Małgorzata Bulanda-Głomb. Przestrzeń gorzowskiego spektaklu to głównie sklep Wokulskiego. Centrum sceny to długa lada, która okazuje się mobilnym podestem, dzięki któremu łatwo zmieniać miejsce akcji. Na scenie są także szklane witryny, które także mogą przeobrazić się w zupełnie inne elementy, wystarczy je… odwrócić. Ciekawie wypadła tajemnicza machina Ochockiego, stając się pełnoprawnym obiektem artystycznym. Bulanda-Głomb w kostiumie postawiła na klasykę z epoki, ale oprawiła je wspaniałymi wzorami. Wystarczy spojrzeć na bufiaste suknie przyozdobione malarskimi motywami o zachwycających barwach. Panowie zaś zyskali ekstrawaganckiego sznytu, ale w klasycznych krojach. Ich nonszalanckie garnitury na niejednym dzisiejszym raucie zrobiły by (modową) furorę.

Jacek Głomb sięgnął po jedną z najpopularniejszych polskich powieści o niespełnionej miłości, ale skupił się na obyczajowości XIX wiecznej Polski. Ciekawy to portret. Bezwolna grupa kierująca się pozorami, zależna od konwenansów i uwikłana w role, które narzucają konserwatywne czasy. Pomysł reżysera na ożywienie manekinów to intrygująca forma pokazania ówczesnej teatralności relacji. Bohaterowie trwają we własnych iluzjach i nieustannie idealizują przeszłość. Pewnie dlatego tak ekscytujemy się postacią Wokulskiego stojącym w niemożliwym rozkroku między nieuchronnym rozwojem a bezpieczną obyczajową statecznością. Swoją drogą, jeśli spojrzymy na dzisiejsze czasy, to szkoda, że niektóre ze sfer nie pozostały w miejscu z czasów akcji „Lalki”.

Olga Tokarczuk w eseju „Lalka i perła” stanowiącym jej subiektywną interpretację powieści Prusa, broni autora przed świadomym mizoginizmem. Wini obyczajowość epoki, ale jej dialog z autorem powieści sprzed 130 lat to świetny dowód na to, że ta powieść wciąż żyje. „Lalka” do dziś może stanowić punkt wyjścia do nowych interpretacji, nie tylko historycznych czy społecznych, ale psychologicznych, filozoficznych czy wewnętrznych. Gorzowska „Lalka” Jacka Głomba takim punktem zdecydowanie jest.

Tytuł oryginalny

Lalka

Źródło:

www.tekstyzrodlowe.pl
Link do źródła

Sprawdź także