Bohaterowie „Dżumy” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka już w pierwszych minutach wprowadzają widzów w duszną atmosferę algierskiego miasta. Śpiewają, że Oran jest brzydki, żyje się w nim pomału, bez drzew, ogrodów i ptaków. Świat wykreowany na scenie bydgoskiego Teatru Kameralnego tylko z pozoru jest światem odległym. Arabska Afryka mimo różnic kulturowych, społecznych i politycznych, okazuje się namacalnie bliska, a emocje tamtych ludzi dotykają dziś jeszcze mocniej niż podczas lektury powieści Alberta Camusa przed laty. I to nie tylko przez skojarzenia z pandemią 2020 roku, ale przede wszystkim przez doświadczenie zła, które determinuje bieg wydarzeń w ostatnich latach.
Kościelniak, wbrew literackiemu pierwowzorowi, uczynił główną bohaterką kobietę. Sara Lech jako doktor Bernarda Rieux jest ucieleśnieniem osoby, która z empatią otacza opieką mieszkańców zakażonego miasta. Łagodzi przepaść pomiędzy uprzywilejowanymi a tymi na granicy ubóstwa. Pandemia nie pomija nikogo, zrównując wszystkich w obliczu śmierci. Lech kreuje postać z wrażliwością, ale też siłą, która pozwala sprostać wyzwaniom pożerającej miasto i ludzi dżumy. Bezsilna staje się jedynie w obliczu rozłąki z ukochaną (znakomita Julia Witulska).
Nie mniej ciekawa jest jej relacja z Reginą Rambert, dziennikarką graną przez Katarzynę Kłaczek. To bohaterka naszych czasów, która nie chce żyć sama i pragnie czegoś więcej niż pisania reportaży z zamkniętego miasta. Czuje upływający czas oraz beznadziejne położenie, w jakim się znalazła. Od przekonania, że „nie jest stąd” dojrzewa do bycia jedną z nich. Ta przemiana jest przejmująca, szczególnie gdy niepokój o przyszłość zdaje się zapędzać ją w szaleństwo. Kobieta nie chce umierać dla idei, bo nie interesuje ją życie bez miłości czy w imię bohaterstwa.
Inną postawę prezentuje Jeanne Tarrou, dla której pandemiczna rzeczywistość staje się próbą przepracowania rodzinnych traum. Tarrou wprowadza do spektaklu pytania i wątpliwości o bieg wydarzeń oraz przyszłość świata. Katarzyna Chmara tworzy wybitną kreację, odkrywając przed widzami kolejne tajniki swoich aktorskich umiejętności. Jest dojrzała, nieoczywista, bardzo ciekawa wokalnie. A jednocześnie to postać, która niesie najważniejszy wątek spektaklu. Wbija w fotel śpiewając „Jeżeli zgodzisz się na zabijanie, nawet w najmniejszym zakresie, nie ma powodu, by ta maszyna potem wstrzymała się w pędzie”.
Bardzo mocne role tworzą również Leszek Andrzej Czerwiński jako Ojciec Paneloux, Błażej Chorobiński w roli sędziego Othona oraz Filip Łach jako doktor Richard. Spektakl Kościelniaka po raz kolejny uskrzydlił zespół Teatru Kameralnego. Obsada sprawia wrażenie świetnie naoliwionego mechanizmu, którego wszystkie elementy pracują na wspólny efekt, tworząc krwistą, zespołową kreację.
Sztuka porywa również wizualnie. Mocno klaustrofobiczną scenografię zaprojektował Mariusz Napierała, a nadał jej kolorytu światłem Tadeusz Trylski. Widać w niej zarówno nawiązania do filmu „Schody” Stefana Schabenbecka, o których wspominał przed premierą sam reżyser, jak i inspiracje grafikami M. C. Eschera. Schody na scenie przywodzą na myśl charakter arabskiego miasta, w którym wąskie uliczki zdają się nie mieć końca, a wyjść z tej plątaniny potrafią tylko najwprawniejsi. Napierała zdeterminował ruch sceniczny, który wymusza wręcz matematyczną precyzję - wszyscy bohaterowie wchodzą i schodzą, nawet przez sekundę nie gubiąc rytmu i charakteru postaci. A finałowy korowód dopełnia opowieść, w której choreografia Mateusza Pietrzaka staje się jednym z najważniejszych nośników emocji.
„Dżuma” jest utkana z rozwiązań, które reżyser wykorzystywał już w swoich wcześniejszych spektaklach, jak walizki, białe chusty na głowach czy postać anioła. Tym razem rolę tę pełni Anioł Dżumy, grany podczas premiery przez Marię Salwińską. Podobnie jak Anioł w „Chłopach” z Teatru Muzycznego w Gdyni jest niemym towarzyszem mieszkańców Oranu i zwiastunem nadchodzącej tragedii. Nie niesie jednak światła ani ukojenia, które przynosił bohater gdyńskiej inscenizacji.
Spektakl Kościelniaka, nawet jeżeli miejscami okraszony humorem i kolorowymi barwami, jest opowieścią minorową, w czym duży udział ma muzyka Mariusza Obijalskiego. Kompozycja rozpisana na trzech muzyków zawiera w sobie odniesienia do brzmień latynoskich, nie brakuje rytmicznych kastanietów i sporej dawki jazzu. Dominuje w niej jednak melancholia, a momentami pojawia się także niepokój i groza. Rzadko w karierze Obijalskiego mieliśmy do czynienia z muzyką, która wypełniała spektakl od pierwszej do ostatniej sekundy. W „Dżumie” tworzy ona sceniczny świat i idealnie niesie literacką oraz teatralną wizję Kościelniaka. To jedna z najlepszych partytur w dorobku Obijalskiego.
„Wierzymy, że cierpienie minie samo” – śpiewa doktor Castel (Piotr Jankowski). Historia nieustannie pokazuje, że ani trzęsienia ziemi, ani pandemie nie odnowiły skutecznie ludzkości. Bardzo mocno wybrzmiewa to w spektaklu Kościelniaka. Rządzi światem i triumfuje ten, kto zabija najwięcej – jak śpiewa Tarrou. Finałowy, radosny korowód jest więc chwilą zbiorowego zapomnienia. Krótkim oddechem przed następną falą zła.