„Beetlejuice” Scotta Browna i Anthony’ego Kinga w reż. Jacka Mikołajczyka, koprodukcja Teatru Syrena w Warszawie i Teatru Rozrywki w Chorzowie. Pisze Piotr Sobierski.
Musical „Beetlejuice” oparty na filmie „Sok z żuka” w reżyserii Tima Burtona z 1988 roku, to czarna komedia o nastolatce Lydii, która po śmierci matki popada w depresję. W jej nowym domu pojawia się para byłych właścicieli oraz ekscentryczny, ale niezwykle zabawny demon – Beetlejuice. Kultowa produkcja Burtona dzisiaj zdaje się już nieco przykurzona, bo razi zarówno na poziomie efektów specjalnych, jak i scenariusza. Twórcom teatralnej wersji udało się jednak z powodzeniem przenieść historię w realia współczesności.
Musical mocno czerpie z filmu, ale nieco inaczej rozkłada akcenty. Scott Brown i Anthony King, autorzy libretta, przesuwają na drugi plan historię Barbary i Adama (udane kreacje Małgorzaty Majerskiej i Michała Juraszka), czyli duchów próbujących odzyskać swój dom. Fundament spektaklu stanowią losy Lydii, jej emocjonalne rozterki i relacja z ojcem, co wybrzmiewa również w świetnych piosenkach Eddiego Perfecta. Centralną postacią niezmiennie jest tytułowy Beetlejuice oraz współistnienie żywych i umarłych.
Musical łączy humor i elementy grozy, pozostając wierny zamysłowi Burtona. Całość utrzymana jest w dynamicznej, rockowej stylistyce, z nawiązaniem do muzyki latynoskiej. Sztuka, pomimo skromnych warunków warszawskiej Syreny, robi wrażenie swoją widowiskowością. Mariusz Napierała zaproponował ciekawą, mobilną scenografię, która pobudza wyobraźnię i pozwala bohaterom kreować atmosferę grozy. Choreografia Barbary Olech podkreśla groteskowość niektórych scen, ale też zdaje się w pełni zespolona z charakterem postaci. Całość dopełniają kostiumy (Anna Adamek), światło (Katarzyna Łuszczyk) oraz charakteryzacja, w tym doskonałe peruki (Daria Skrzypkowska).
Spektakl Mikołajczyka iskrzy humorem, często absurdalnym i korespondującym z dzisiejszymi czasami. Zarzuty, które amerykańscy krytycy kierowali w stronę broadwayowskiej realizacji, w tym zawód tytułową kreacją czy bezbarwność kompozycji Perfecta, nie mają uzasadnienia w kontekście warszawskiej produkcji. Można utyskiwać na dramaturgię finałowych scen, ale to wina oryginalnego libretta, a nie reżyserii. Na pewno bez zarzutu pozostaje muzyka, która brzmi wybornie w wykonaniu muzyków pod batutą Tomasza Filipczaka, co jest również zasługą nowego nagłośnienia w Teatrze Syrena.
Maciej Maciejewski jako Beetlejuice tworzy kreację życia. Jest kolorowy, nie tylko dzięki kostiumom i charakteryzacji. Operuje skrajnymi środkami wyrazu, będąc równie zabawnym, co przerażającym. Momentami przypomina Jerzego Kryszaka, umiejętnie zmieniając tembr głosu, sposób artykulacji, a przez to i charakter swojego bohatera. Spektakl jest jego benefisem, co widać w relacji zarówno z obsadą, jak i z widownią. Prowokacyjnie i komicznie aktor burzy „czwartą ścianę”. Podczas premierowego pokazu dziecko na widowni krzyknęło „chcę do domu”, na co aktor odpowiedział „czemu nie”. Maciejewski czuje się w tej roli jak ryba w wodzie.
Zachwyca Anna Terpiłowska jako przekomiczna pseudoterapeutka Lydii oraz ukrywana kochanka ojca. Aktorka obdarza swoją postać wachlarzem komediowego warsztatu. Grana przez nią Delia bezwzględnie wierzy we własną sprawczość i to pomimo, że nie poświęca zbyt wiele uwagi swej podopiecznej. Sama nie ma zbyt poukładanego życia, co ujawnia w piosence „Bez powodu”, śpiewając tak naprawdę o własnych problemach. Lydia słysząc to wyznanie, nie pozostaje obojętna i zaczepnie pyta: „To jest ciągle o mnie?”.
Nastolatka nie potrafi zaakceptować bezwartościowej terapii i nowego związku ojca. „Jestem całkiem sama” - mówi. Żałoba po matce i brak emocjonalnego wsparcia popychają ją w depresję. Ojciec ogranicza się do przekonywania córki, że „trzeba iść naprzód”. Nie ma odwagi, aby zatrzymać się i skupić na jej potrzebach. Z kolei Delia potrafi poruszać się jedynie w obrębie wyuczonych, pustych frazesów, wykrzykiwanych z entuzjazmem: „Puk, puk, kto tam? Szczęście!”. Więcej uwagi i zrozumienia wykazują duchy. „Tej dziewczynie potrzebny jest ktoś, kto nie zniknie, gdy problem pojawi się” - śpiewa Barbara.
Kreacja Julii Totoszko, będąca jej dorosłym teatralnym debiutem (aktorka ma na koncie role dziecięce), jest kompletna. Studentka Akademii Teatralnej w Warszawie wkracza na scenę cała na czarno, ale z broadwayowskim błyskiem, dojrzała, doskonała wokalnie i dramatycznie. Jej Lydia ma w sobie ogrom smutku i kruchości, ale też odwagi, która pozwala zbudować relację z zapatrzonym we własne interesy Beetlejuicem. Początkowo zaślepiona zemstą, podąża jego tropem, w końcu jednak spotyka na rozstaju dróg ojca. Ich rozmowa w drugim akcie wzrusza, stając się pierwszą oznaką szansy na zrozumienie i budowę relacji na nowo.
Mimo komediowego anturażu musical „Beetlejuice” porusza niezwykle aktualne tematy. Spod płaszcza rozrywki wybrzmiewa potrzeba wysłuchania, akceptacji, wyrwania pozornie martwych dusz z emocjonalnej zapaści. To kolejny ważny tytuł Syreny, a zarazem idealna kulminacja obchodów 80-lecia tej sceny, której repertuar od kilku sezonów układa się w spójną, świadomą linię programową.