EN

30.09.2022, 17:12 Wersja do druku

Krzysztof Warlikowski laureatus

W poniedziałek 26 września już po raz 21. wręczono Nagrody Samorządu Mazowieckiego im. Cypriana Kamila Norwida. Pisze Tomasz Miłkowski w „Dzienniku Trybuna”.

fot. mat. organizatora

Nagrodę Dzieło życia odebrał wybitny aktor i reżyser, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie Andrzej Seweryn. Nagrodę w dziedzinie teatru otrzymał Krzysztof Warlikowski za spektakl „Odyseja. Historia dla Hollywoodu” zrealizowany w Nowym Teatrze. Nominacje przyznano także Katarzynie Herman za rolę Matki w spektaklu „Kruk z Tower” w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy i Michałowi Znanieckiemu za reżyserię opery „Don Giovanni” w Warszawskiej Operze Kameralnej.

Nominowani reprezentują różne, choć bliskie sobie dyscypliny sztuki scenicznej: aktorstwo i reżyserię. Wszyscy należą do pokolenia, o którym się mawia: „w sile wieku”. Pierwsze kroki artystyczne stawiali mniej więcej ćwierć wieku temu, a więc mają przed sobą jeszcze wiele gór do zdobycia, choć ich twórczość zdobyła uznanie nie tylko w Polsce, ale nawet poza Europą. Należą do twórców cenionych i nagradzanych, bacznie obserwowanych przez krytykę.

Katarzyna Herman, absolwentka warszawskiej PWST (1994), zaraz po studiach trafiła do Teatru Powszechnego, gdzie szybko została zauważona dzięki wyrazistym rolom Panny Młodej w „Weselu”, Maszy w „Trzech siostrach” czy Agafii w „Ożenku” – ta właśnie rola grana w wyśmienitym towarzystwie (Kowalski, Gajos, Żółkowska, Kępińska, Pieczka) – przyniosła jej nagrodę za debiut na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych (1995). To dało początek licznym rolom w pierwszym ukochanym teatrze, czyli już wspomnianym Powszechnym, a potem na innych scenach warszawskich, w Ateneum, Polskim, TR, Dramatycznym. To właśnie rola w tym teatrze w sztuce „Kruk z Tower” białoruskiego autora Andrieja Iwanowa w reżyserii Aldony Figury (znów wyróżniona nagrodą za kreację aktorską w Kaliszu, gdzie otrzymała także sympatyczny tytuł „Naj-Bogusławskiej” aktorki) przyniosła Katarzynie Herman nominację do Nagrody im. Cypriana Norwida.

To rzecz o pladze samotności, niszczącej ludzi silniej niż pandemia. Katarzyna Herman gra Matkę, którą z Synem (w tej roli Konrad Szymański) dzieli przepaść osamotnienia. Po śmierci ojca Kostia całą nienawiść i ból przenosi na matkę, a matka swoją tęsknotę wyraża wybujałą nadopiekuńczością. Nie potrafią już rozmawiać. Matka znajduje na to sposób – nawiązuje z synem znajomość przez internet pod przybranym nickiem Toffi. Tak rozwija się wirtualna więź między nią i Krukiem z Tower, bo taki mroczny nick obiera Kostia. Ale nie zmienia to ich relacji w prawdziwym życiu. Musi zakończyć się katastrofą.

Prywatnie Katarzyna Herman jest zawołaną przeciwniczką mediów społecznościowych (komputera w domu nie było przez długie lata, a potem dostęp dzieci do tego „piekielnego” sprzętu był ściśle limitowany), tym większa siła kreacyjna aktorki, która wbrew samej sobie stworzyła postać wchodzącą w świat wirtualny, w którym toczy walkę o odzyskanie syna. Poruszająca rola.

Michał Znaniecki, jeden z najznamienitszych reżyserów operowych, nie pierwszy raz inscenizował „Don Giovanniego” – przed kilkunastu laty wystawiał to dzieło Mozarta w Operze Krakowskiej. W roku ubiegłym dał budzące wielkie poruszenie widowisko w Warszawskiej Operze Kameralnej. Warto przypomnieć, że reżyser z równą biegłością potrafi wyrzeźbić spektakle kameralne, jak i monumentalne – czego przykładem wystawiany z wielkim rozmachem we Wrocławiu „Otello” Verdiego” na Wyspie Piasek (2008). Michał Znaniecki jest autorem ponad 200 spektakli w teatrach całego świata. Do wielu z nich sam przygotował scenografię i kostiumy. Działa także jako pedagog, prowadząc kursy dla młodych adeptów sztuki teatralnej.

„W nowej premierze Mozartowskiego arcydzieła prym wiodą dwaj demiurgowie, Michał Znaniecki i Rafał Olbiński. Jakoś się pomieścili na malutkiej scenie Warszawskiej Opery Kameralnej, a nawet zgodzili co do przebiegu intrygi”, komentował Bronisław Tumiłowicz.

„Michał Znaniecki pokazuje jednak, że pula artystycznych interpretacji „Don Giovanniego” nieustannie się rozszerza. Jego spektakl jest zaskakujący, śmiały i kreatywny. Bawi się czarnym humorem i absurdem, podkreśla bezpruderyjną erotykę, a chwilami wznieca uczucie silnego dyskomfortu. Pozostawia widzowi otwarte drzwi, pozwalając, by dostrzegł w perypetiach legendarnego rozpustnika coś nowego, coś nieoczywistego” (Beata Fischer).

Krzysztof Warlikowski też ma na swoim koncie „Don Giovanniego” (2014) w Teatrze Monnaie w Brukseli. W teatrze muzycznym ma istotne osiągnięcia, ale nominacja dotyczy spektaklu dramatycznego – „Odyseja. Historia dla Hollywoodu”, wpisującego się w nurt odkrywczych, awangardowych poszukiwań artysty. Nie sposób zatem nie odwołać się do pamiętnej daty w najnowszej historii polskiego teatru, do warszawskich debiutów Krzysztofa Warlikowskiego („Elektra”, Dramatyczny) i Grzegorza Jarzyny („Bzik tropikalny”, Rozmaitości), którzy w tym samym dniu 18 stycznia 1997 przedstawili się Warszawie, inaugurując wieloletnią rywalizację o rząd dusz. Rok po premierze „Elektry” Warlikowski dał feministyczne „Poskromienie złośnicy” Szekspira, z przełamywania męskiej dominacji w kulturze czyniąc od tej pory oryginalny rys swojej twórczości. Niemal w każdym swoim spektaklu dokonuje dekonstrukcji patriarchatu („Hamlet”, 1999, „Bachantki”, 2001, „Oczyszczeni”, 2001), a jednym z centralnych motywów jego twórczości staje się konfrontacja z doświadczeniem Holokaustu.

Takim podejściem przesycony był przed laty jego „Dybuk” (2003) którego przesłanie można by ująć najzwięźlej: „Świat potrzebuje pamięci”. Inscenizator nie tylko przetworzył motywy dramatu An-skiego, ale integrując je z opowieściami chasydzkimi, a przede wszystkim opowiadaniem Hanny Krall, stworzył rzecz o pamięci. O pamięci niszczącej, ale i ocalającej. Pamięci o ukochanym, która prowadzi Leę do szaleństwa i śmierci, ale i pamięci zagłady, otwierającej się jak rana w pokoleniu następców, które nie doznało okrucieństwa Holocaustu.

Począwszy od roku 2009 Warlikowski przygotowuje autorskie przedstawienia, których scenariusze powstają na drodze montażu wielu tekstów. Łączone i zderzane ze sobą, tworzą gęstą sieć odwołań, pozwalającą na dramatyczne rozegranie złożonych problemów i traum, indywidualnych i zbiorowych. Przykładem tej strategii artystycznej była podejmująca problematykę Zagłady i pamięci o niej „(A)pollonia” (Nowy Teatr, 2009).

Wzmacniają te interpretacje spektakle osnute na dramatach Hanocha Levina („Krum”, a niedawno „Wyjeżdżamy” wg „Pakujemy manatki”), a nawet inscenizacje na pozór odległe od tej problematyki jak szekspirowska „Burza”.

Swego rodzaju summą prób oswajania i zgłębiania tragedii Holocaustu jest spektakl „Odyseja. Historia dla Hollywoodu”. W „(A)Polonii” Krzysztof Warlikowski konfrontował „Oresteję” Ajschylosa, mord założycielski Europy, z Holocaustem, jej raną i wciąż nierozliczoną zbrodnią. Postawił obok siebie poświęcenie Alkestis (z tragedii Eurypidesa), która postanowiła umrzeć za męża, z poświęceniem Apolonii (uwiecznionej przez Hannę Krall), ratującej żydowskie dzieci. W „Odysei” opowieści Hanny Krall stały się podstawą scenariusza. Wątki jej reportaży zderzył artysta z „Odyseją” Homera. Prawdę mówiąc, teksty te wołały o film, a może jeszcze bardziej o spektakl. „Król kier znów na wylocie” to rzecz o dramatycznej walce kobiety o ocalenie od zagłady ukochanego męża Szajka.

Nie wiem, czy Izolda Regensberg byłaby zadowolona ze spektaklu w Nowym Teatrze. Zależało jej na filmie i to hollywoodzkim, który unieśmiertelniłby jej przeżycia, jej walkę o uratowanie męża w latach okupacji, a potem starania o utrwalenie własnego losu.

Izolda R. chciała, żeby powstał wielki „buch” o jej życiu, wciąż niezadowolona z „cienkich” książek Krall. Inscenizacja w Nowym mogłaby jednak przypaść jej do gustu, bo historia Izoldy i jej męża urosła. Nie tylko dzięki motywowi wędrującego Odysa, wracającego i odchodzącego, ale także wielu innym dodatkowym epizodom, począwszy od spotkania w Hollywood z Elizabeth Taylor (Magda Cielecka) i projekcji fragmentu domniemanego filmu Romana Polańskiego (Piotr Polak), a kończąc na zamykającej spektakl przypowieści o dybuku zamieszkującym reba Groshkovera z Lublina (świetna w tym epizodzie Ewa Dałkowska). To rodzaj pociechy – powrót do chasydzkiego „raju” i opowieści snutych z przymrużeniem oka. To nie pierwsza wizyta dybuka w tym spektaklu – najpierw zjawi się w zwierzeniu nieznajomej (Maja Komorowska). Kobieta chce przekazać przez telefon zamieszkującego w niej dybuka ośmioletniej żydowskiej dziewczynki, która padła od niemieckiej kuli w getcie. Ta dziewczynka to siostra Szajka i jemu właśnie chce powierzyć zbłąkanego dybuka.

Wiele wątków znanych z innych spektakl Warlikowskiego i reportaży Hanny Krall spotyka się w tym ważnym, nie waham się powiedzieć, wzniosłym spektaklu. Co nie znaczy, że utrzymanym w tonie celebracji. Oto w sklepie Szajka marudny klient (Bartosz Gelner) wybiera spodnie, wyrzekając słowami Thomasa Bernharda z jego błyskotliwej dramoletki „Claus Peymann kupuje sobie spodnie i idzie ze mną na obiad”. Tragedia ściera się z farsą. Warlikowski pokazuje w tym spektaklu całą paletę środków, za pomocą których buduje swoje przejmujące i pełne energii opowieści sceniczne. A do tego, jak wyśmienicie grane!

Tytuł oryginalny

Krzysztof Warlikowski laureatus

Źródło:

„Dziennik Trybuna” nr 195

Autor:

Tomasz Miłkowski

Data publikacji oryginału:

30.09.2022