24.06.2021, 10:08 Wersja do druku

Krzysztof Gradowski. Pożegnanie (26.06.1943-22.06.2021)

Krzysztof Gradowski to dla mnie postać wyjątkowa, bo jest to pierwszy polski reżyser filmowy, którego miałem okazję poznać osobiście, choć słowo to w pewnym stopniu należałoby wziąć w cudzysłów. Pisze Rafał Dajbor.

fot. Jacek Turczyk/ PAP

Rzecz działa się w drugiej połowie lat 80., byłem wtedy dzieckiem. Poszliśmy z rodzicami na jakiś dziejący się na warszawskim Powiślu festyn; jestem niemal pewien, że było to święto „Trybuny Ludu” odbywające się rokrocznie właśnie na Powiślu, na które regularnie chodziłem z rodzicami – zaprzysięgłymi antykomunistami, świadomymi jednak, że dla dziecka taki festyn to atrakcja. Gradowski siedział na jednym ze stoisk, które o ile pamiętam całe wyłożone było płytami winylowymi z muzyką z „Podróży pana Kleksa”. Choć byłem dzieckiem wygadanym, takim wręcz „starym malutkim”, to nagle wyjątkowo się zawstydziłem i chciałem uciekać, ale Gradowski potraktował całą rzecz z pewnym rodzajem sympatycznej powagi, a ja, poczuwszy się przez niego docenionym i nie traktowanym protekcjonalnie – straciłem ów nagły wstyd i zamieniłem z nim kilka słów. Śmiem przypuszczać dlaczego na początku tak zareagowałem dowiedziawszy się od rodziców, że to „reżyser Kleksa”. W dzieciństwie odrzucało mnie od „Akademii pana Kleksa”, a to z powodu sceny przemienienia Golarza Filipa w guzik. Bardzo nie lubiłem tego rodzaju zabiegów filmowych, gdy ktoś zamieniał się w coś. Przerażały mnie.

„Pan Kleks w kosmosie” to natomiast pierwszy film na który poszedłem do kina z moją klasą ze szkoły podstawowej, do nieistniejącego już kina „Skarpa”, będąc wtedy pierwszakiem. Największe wrażenie zrobił na mnie Henryk Bista jako Wielki Elektronik. Bardzo wtedy polubiłem tego aktora i zacząłem go wypatrywać w polskich filmach. Dopiero oglądając ten film jako dorosły już kinoman doceniłem, że jednak najbardziej zwariowaną (i tym samym interesującą) pozycją obsadową „Pana Kleksa w kosmosie” jest Jan Himilsbach strzelający z broni laserowej.

Nie jest przypadkiem, że żegnając Krzysztofa Gradowskiego piszę o filmach o Panu Kleksie. Bo też „kleksowa” tetralogia, na którą składają się „Akademia pana Kleksa” (1983), „Podróże pana Kleksa” (1985), „Pan Kleks w kosmosie” (1988) i „Triumf pana Kleksa” (2001) to z pewnością opus magnum Gradowskiego, choć przecież nakręcił także „Dzieje mistrza Twardowskiego” (1995), a dwadzieścia lat wcześniej film „Święty Mikołaj pilnie poszukiwany”, który przeszedł do historii jako pierwsza produkcja sławnej wytwórni Poltel.

Krzysztof Gradowski był również znakomitym dokumentalistą. Między 1968, a 1997 rokiem zrealizował niemal 30 dokumentów, w tym wiele nagradzanych i docenianych. W 1970 roku nakręcił film „Konsul i inni” – o procesie hochsztaplera Czesława Śliwy. Zrealizował także dokumenty poświęcone znamienitym postaciom szeroko rozumianej polskiej kultury: szefowi zespołu dziecięcego „Gawęda” Andrzejowi Kieruzalskiemu („Akademia druha Kieruzalskiego”, 1978), animatorowi i kompozytorowi Julianowi Antoniszczakowi („Non Camera”, 1980), piłkarzowi Janowi Tomaszewskiemu („Człowiek, który zatrzymał Anglię”, 1983), pisarzowi i aktorowi filmowemu Janowi Himilsbachowi („Bez pieniędzy, czyli 24 godziny z życia Jana Himilsbacha”, 1984), aktorowi Tadeuszowi Łomnickiemu („Ostatnia rola”, 1993). I choć filmy te nigdy oczywiście nie dorównają popularnością opowieściom o Panu Kleksie – warto zapamiętać Krzysztofa Gradowskiego także z nich.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Rafał Dajbor