„Koziołek Matołek” Kornela Makuszyńskiego w reż. Łukasza Molskiego w Teatrze Lalki „Tęcza” w Słupsku. Pisze Urszula Markowska w portalu Tramwaj Słupski.
Koziołek Matołek ma 94 lata i właściwie wszystko powinno działać przeciwko niemu. Urodzony w świecie obrazkowych historyjek Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, pamiętany przez kilka pokoleń, trafia dziś przed widza wychowanego w zupełnie innym rytmie obrazu, dźwięku i opowieści. Łukasz Molski nie próbuje jednak Koziołka unowocześniać na siłę. Zamiast tego zabiera go tam, gdzie wyobraźnia wciąż działa według tych samych reguł co przed laty – do dziecięcego pokoju.
To dobry punkt wyjścia. Nie wszystko, co z niego wynika, zostało na scenie wykorzystane z równą siłą, ale najważniejsza próba tego przedstawienia odbywa się nie w teatralnej teorii, lecz na widowni. Przede mną podczas premiery siedział pięcioletni młodzieniec. Przez niemal godzinę śledził wędrówkę Koziołka z uwagą, której nie da się wyreżyserować. Śmiał się, reagował, a po przedstawieniu opowiadał, jak bardzo bał się wilka. Dorośli tymczasem wyłapywali żarty skierowane również do nich i – sądząc po reakcjach – bawili się równie dobrze.
W przypadku teatru dla dzieci to obserwacja ważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Można przecież długo mówić o animacji przedmiotu, dziecięcej imaginacji, umowności czy pedagogicznych inspiracjach. Ostatecznie spektakl przechodzi najtrudniejszy egzamin przed widzem, który żadnej z tych teorii nie zna i nie będzie z uprzejmości udawał zainteresowania. Dziecko albo przyjmuje zaproponowaną mu rzeczywistość, albo z niej wychodzi. W „Koziołku Matołku” Łukasza Molskiego dzieci zostają. I to jest pierwszy, bardzo poważny argument na korzyść tego przedstawienia.
Stary Koziołek, zupełnie nowy widz
Dla wielu dorosłych Koziołek jest częścią pamięci dzieciństwa, dla współczesnego kilkulatka – niekoniecznie. Molski nie próbuje jednak konkurować z dzisiejszą kulturą dziecięcą jej własną bronią. Nie przyspiesza Makuszyńskiego na siłę, nie obudowuje go scenicznymi fajerwerkami. Wraca do jednego z najbardziej pierwotnych źródeł teatru – zabawy.
Punktem wyjścia jest remontowany pokój. Zamiast gotowego świata mamy drabinę, folię, puszki po farbie, pędzle, dziecięce łóżeczko i przedmioty, które dopiero za chwilę mają przestać być tym, czym są. Właśnie w tej zmianie funkcji rzeczy ujawnia się jeden z najciekawszych tropów przedstawienia. Teatr formy nie musi przecież ukrywać przed widzem drabiny, aby pozwolić mu zobaczyć w niej górę. Przeciwnie – jego siła bierze się z jednoczesnej świadomości obu porządków. Wiemy, czym jest przedmiot, a zarazem zgadzamy się na jego chwilową teatralną tożsamość. Materia nie przestaje być sobą, ale zaczyna znaczyć więcej.
Dziecko zna tę zasadę intuicyjnie. Krzesło może być samochodem, koc namiotem, karton domem. Nie potrzebuje realistycznej dekoracji, by powołać do życia cały świat. I ten fundament przedstawienia jest bardzo dobry.
Koziołek – jedyna właściwie klasycznie rozumiana lalka w tym świecie – pojawia się jako rodzinna pamiątka, przedmiot przekazywany z pokolenia na pokolenie. Ma w sobie coś świadomie niedoskonałego, domowego, jakby naprawdę wyszedł spod igły babci, a nie z fabryki identycznych pluszaków. Dorośli mogą rozpoznać w nim kogoś ze swojego dzieciństwa, dzieci dostają bohatera, którego dopiero mogą uczynić własnym. Spotykają się więc dwa porządki odbioru: pamięć dorosłego i pierwsze doświadczenie dziecka. Jedno przypomina sobie Koziołka, drugie właśnie go poznaje.
Humor bez infantylizacji
Jedną z mocniejszych stron przedstawienia jest to, że Molski nie próbuje zdobywać najmłodszego widza hałasem i nieustannym przymusem zabawiania. Humor pojawia się często, czasem działa na kilku poziomach, a drobne mrugnięcia okiem do dorosłych nie rozbijają dziecięcego świata.
Teatr familijny łatwo wpada w pułapkę podwójnego adresata: dzieciom pozostawia prostą historię, dorosłym dorzuca żarty ponad ich głowami. Tutaj oba sposoby odbioru przeważnie się dopełniają.
Szczególnie dobrze wykorzystuje to Izabela Nadobna-Polanek. Jej epizod w roli teściowej ma świetne wyczucie komizmu – bez nadmiernego podkreślania puenty i bez grania dziecku „na czerwono”. Czasem wystarczy gest, intonacja albo pauza, żeby dorosły odczytał scenę trochę inaczej niż siedzący obok kilkulatek.
Cały zespół sprawnie porusza się pomiędzy rolą aktora i animatora. Alicja Gierłowska, Izabela Nadobna-Polanek, Adam Poboży i Hubert Skonieczka nie tylko prowadzą opowieść, ale uruchamiają kolejne poziomy teatralnej umowności. W takim teatrze aktor nie tyle wchodzi w gotową przestrzeń, ile nieustannie ją współtworzy.
Osobne uznanie należy się Adamowi Pobożemu za głos Koziołka. Utrzymanie przez niemal godzinę charakterystycznego „koziego” sposobu mówienia bez utraty komunikatywności jest zadaniem wymagającym nie tylko pomysłu, ale i dużej sprawności głosowej. Łatwo byłoby zamienić ten zabieg w męczący efekt. Poboży tej granicy nie przekracza.
Przedmiot – mógł znaczyć jeszcze więcej
Największy niedosyt związany ze stroną wizualną spektaklu nie wynika z jej skromności. W teatrze formy skromność może być przecież wartością, a ograniczenie liczby środków często uruchamia wyobraźnię skuteczniej niż scenograficzny nadmiar.
Scenografia Wojciecha Jaskólskiego buduje przestrzeń remontowanego pokoju i dostarcza aktorom przedmiotów, z których może powstawać kolejna rzeczywistość. Drabina, folia, puszki, pędzle czy łóżeczko przestają pełnić wyłącznie swoje codzienne funkcje. To dobrze współgra z reżyserskim założeniem spektaklu. Pozostaje jednak poczucie, że przyjęta zasada mogła zostać rozwinięta jeszcze odważniej. Nie chodzi o to, by na scenę wstawić więcej dekoracji. Wręcz przeciwnie. Chodzi o większą liczbę znaczeń wydobytych z rzeczy już obecnych albo z kilku kolejnych, równie zwyczajnych przedmiotów dziecięcego pokoju. Lampka nie musiałaby być lampką, fragment mebla mógłby zmienić funkcję, najprostszy drobiazg na chwilę stać się zwierzęciem, pojazdem czy elementem krajobrazu.
W teatrze przedmiotu interesujące jest bowiem nie to, ile rzeczy znajduje się na scenie, lecz jak daleko twórcy potrafią odejść od ich pierwotnego przeznaczenia.
Dlatego mój niedosyt nie dotyczy scenografii rozumianej jako dekoracja. Dotyczy raczej niewykorzystanej do końca możliwości dalszej transformacji materii. Skoro dziecięcy pokój został ustanowiony źródłem teatralnego świata, chciałoby się, aby jeszcze częściej udowadniał, że jego granice wyznacza właściwie tylko wyobraźnia. Paradoksalnie właśnie tutaj skromność realizacyjna mogła stać się największą siłą spektaklu. Teatr formy nie musi być bogaty w rzeczy. Powinien być bogaty w znaczenia.
Bywają również momenty, kiedy materia zaczyna pracować przeciwko słowu. Folia, efektowna wizualnie i wdzięczna w animacji, ma swoją akustyczną naturę – jej szelest potrafi zagłuszyć fragment dialogu. Przy kilkuletnim widzu nie jest to drobiazg, bo dziecko znacznie łatwiej niż dorosły traci wówczas ciąg opowieści.
Zabrakło muzycznej wyobraźni
Znacznie większy niedosyt pozostawia we mnie muzyka Nory Kaj. Nie dlatego, że jej w spektaklu nie ma. Jest. Tyle że po wyjściu z teatru trudno przywołać momenty, w których rzeczywiście przejęła prowadzenie opowieści. A to już w przedstawieniu dla najmłodszych ma znaczenie. Muzyka w takim teatrze nie jest jedynie ilustracją ani tłem dla działań aktorów. Może pełnić funkcję dramaturgiczną równie istotną jak światło, ruch czy przedmiot. Potrafi zapowiedzieć niebezpieczeństwo, zanim pojawi się ono na scenie, zmienić temperaturę emocjonalną sytuacji, nadać rytm podróży, zatrzymać ją, zbudować oczekiwanie albo przynieść ulgę. Dziecko często najpierw słyszy emocję, a dopiero później rozpoznaje jej przyczynę.
Tymczasem w „Koziołku Matołku” warstwa muzyczna pozostaje tak dyskretna, że miejscami niemal znika z percepcji. Nie tworzy wyrazistego kontrapunktu dla działań scenicznych i zbyt rzadko staje się autonomicznym nośnikiem znaczenia.
Szczególnie szkoda tego właśnie tutaj. Spektakl świadomie rezygnuje przecież z budowania kolejnych miejsc za pomocą rozbudowanych dekoracji. Tym większą rolę mógłby przejąć dźwięk. Muzyka mogła zrobić dokładnie to, co jest istotą całej inscenizacji – dopowiedzieć świat, którego fizycznie na scenie nie ma. I właśnie dlatego jej niemal niezauważalna obecność jest dla mnie największą niewykorzystaną możliwością tego przedstawienia.
Najważniejszy sprawdzian odbywa się na widowni
„Koziołek Matołek” nie jest wybitnym dziełem i przedstawieniem bez braków. Materia mogłaby przeobrażać się odważniej, muzyka zdecydowanie mocniej uczestniczyć w dramaturgii, a w kilku miejscach scenicznym działaniom przydałoby się więcej porządku.
Nie zmienia to jednak zasadniczej oceny spektaklu. Łukasz Molski znalazł dla starego Koziołka język, który pozwala mu spotkać się ze współczesnym dzieckiem bez przebierania go za bohatera XXI wieku. Aktorzy potrafią ten język unieść, humor nie infantylizuje widza, a teatralna umowność okazuje się dla dzieci czymś zupełnie naturalnym. Najważniejsza odpowiedź przychodzi zresztą z widowni. Dzieci patrzą, reagują, śmieją się, czasem się boją i chcą wiedzieć, co będzie dalej. Dorosły nie zostaje przy tym sprowadzony do roli opiekuna cierpliwie oczekującego na zapalenie świateł.
Dlatego na „Koziołka Matołka” warto zabrać dzieci. Warto też usiąść obok nich. One być może dopiero poznają bohatera, którego dorośli pamiętają od dziesięcioleci. My możemy przez godzinę przypomnieć sobie coś jeszcze: że teatr nie zawsze potrzebuje wielkich środków, aby stworzyć wielki świat. Czasem wystarczą przedmiot, aktor i wyobraźnia. Słupski „Koziołek Matołek” wszystkie trzy elementy ma. Chciałoby się jedynie, aby czasem pozwolił im znaczyć jeszcze więcej – i mocniej wybrzmieć.