EN
20.12.2021, 09:46 Wersja do druku

"Kordian i cham", czyli teatralna wydmuszka. Grafomania w ilościach wręcz niewyobrażalnych

"Kordian i cham" wg Leona Kruczkowskiego w  reż. Joanny Bednarek w  Teatrze Polskim w Poznaniu. Pisze Mike Urbaniak w Gazecie Wyborczej - Poznań.

fot. Monika Stolarska / mat. teatru

Teatr Polski w Poznaniu zajął się tematyką ludowego pochodzenia klasowego przy użyciu "Kordiana i chama" Leona Kruczkowskiego, którego ta scena widziała ostatnio niemal sześćdziesiąt lat temu. Szkoda, że tak nie zostało.

Niemal wszystkie mody, wiemy to dobrze, przychodzą do nas z Zachodu. Można do nich zaliczyć także wiele trendów intelektualnych i społecznych. Czasami przychodzą one do nas błyskawicznie, a czasami zajmuje im to nieco więcej czasu – nieraz timing uzależniony jest od przekładu książki.

Literacka kumulacja ludowa

Tak właśnie, zdaje się, jest dzisiaj z naszą modą na ludowość, która pojawiła się w środowiskach inteligenckich (jeśli jest jeszcze w Polsce coś takiego jak inteligencja) za sprawą dwóch dzieł. Pierwsze z nich stosunkowo dawno temu, bo w roku 1980, napisał Howard Zinn, zmarły dekadę temu amerykański historyk i zdeklarowany socjalista. Nosi ono tytuł „A People's History of the United States", sprzedało się w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy i opowiada historię USA nie z perspektywy, jak to zwykle praktykowano, podbijających, lecz podbijanych, dyskryminowanych, wykorzystywanych i upokarzanych – rdzennych Amerykanów, Afroamerykanów, kobiet czy w końcu robotników i farmerów. Ta bardzo swego czasu głośna książka czekała na przekład na język polski trzydzieści sześć lat i wyszła bodaj w 2016 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej pod tytułem „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych".

Trzy lata później (i dekadę po ukazaniu się we Francji) do polskich księgarni trafiła wydana przez krakowski Karakter równie chyba głośna (na pewno w Europie) książka Didiera Eribona „Powrót do Reims" („Retour à Reims"). Eribon to francuski filozof i socjolog, który stając się częścią paryskiej śmietanki intelektualnej, nosił w sobie jednocześnie wielki wstyd wynikający z własnego pochodzenia klasowego (pochodzi z robotniczej rodziny z prowincji). Postanowił więc się z tym wstydem zmierzyć, pisząc rzeczony „Powrót do Reims", wywołując we Francji gorącą dyskusję. Eribon zainspirował przy okazji innego znanego obecnie francuskiego pisarza, Édouarda Louisa, autora wydanych w Polsce mniej więcej w tym samym czasie książek: „Historia przemocy" i „Koniec z Eddym" (Wydawnictwo Pauza).

Wpływ tej literackiej kumulacji był/jest szczególnie widoczny w polskim teatrze. Wielu twórców i twórczyń poczęło odwoływać się do problemów poruszanych we wspomnianych książkach, a znalazły się i takie, które przeniosły je wprost na teatralne deski. „Historię przemocy" na scenie Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie wyreżyserowała (niezbyt udanie) Ewelina Marciniak, na scenie Teatru Studio w Warszawie za „Koniec z Eddym" (ze wspaniałym rezultatem) zabrała się Anna Smolar, a „Powrót do Reims" w Nowym Teatrze w Warszawie wyreżyserowała (tak sobie) Katarzyna Kalwat.

Polska ludowa

Wszystkie te zagraniczne lektury stały się także asumptem dla rodzimych autorów, którzy w ostatnim czasie (i bardzo dobrze) pisać poczęli o matczyźnie naszej z ludowej perspektywy czy też starając się tę perspektywę zrozumieć. Radek Rak dostał rok temu Nagrodę Literacką NIKE za „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli" (Wydawnictwo Powergraph), Michał Rauszer napisał znakomitą książkę „Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich" (Wydawnictwo RM), Kacper Pobłocki „Chamstwo" (Wydawnictwo Czarne), a Adam Leszczyński dostarczył nam niedawno monumentalną, intensywnie dyskutowaną „Ludową historię Polski" (Wydawnictwo W.A.B), żeby wspomnieć tylko te trzy tytuły, a jest ich znacznie więcej. Nie muszę chyba dodawać, że większością zainteresował się od razu teatr. „Baśń o wężowym sercu" zobaczymy w styczniu w Starym Teatrze w Krakowie (będzie też adaptacja filmowa), a „Ludowa historia Polski" już zdążyła wylądować na scenie Teatru Nowego w Łodzi.

Tematyką ludowego pochodzenia klasowego, często robotniczego i prowincjonalnego (prowincja to w polszczyźnie słowo nacechowane wyjątkowo negatywnie), zajął się również Teatr Polski w Poznaniu. Zajął się nią przy użyciu „Kordiana i chama" Leona Kruczkowskiego, którego ta scena widziała ostatnio niemal sześćdziesiąt lat temu i szkoda, że tak nie zostało.
Z książki na scenę

Ów spektakl wyreżyserowała Joanna Bednarek, która od kilku dobrych lat działa w teatrze jako dramaturżka, współpracując z uznanymi reżyserami – głównie z Pawłem Miśkiewiczem, ale też Michałem Borczuchem czy Eweliną Marciniak. I jak to niejedna osoba dramaturgią się zajmująca, postanowiła w końcu zadebiutować jako reżyserka (w Poznaniu niedawno jako reżyser zadebiutował także jeden z naszych najwybitniejszych współczesnych dramatopisarzy, Paweł Demirski). Zanim to jednakowoż nastąpiło, Bednarek przygotowała w Polskim chyba za dwa lata temu czytanie performatywne „Kordiana i chama". Nie wiem, jak ono poszło, bo na nim nie byłem, a najwidoczniej dobrze, bo dyrektor artystyczny Teatru Polskiego, Maciej Nowak, zaproponował jej, by to dzieło Kruczkowskiego wyreżyserowała. Robota się jednak z przyczyn sanitarno-epidemiologicznych ciągle odwlekała, aż w końcu doczekaliśmy się tej przenoszonej, co tu dużo gadać, premiery. Premiery, w której „Kordian i cham" Leona Kruczkowskiego występuje w ilościach śladowych, grafomania zaś w ilościach wręcz niewyobrażalnych.

Scenariusz do tego spektaklu napisała sama reżyserka we współpracy z zespołem aktorskim, który pracując nad tym dziełem dużo improwizował. Z tych improwizacji powstała, jak wnoszę, większość scen. Scen tak miałkich intelektualnie i artystycznie, że aż oczy i uszy bolą. Bolą, tym bardziej że od czasu do czasu dostajemy sceny, z której dałoby się coś ważnego ukręcić, ale reżyserka chyba tego nie potrafi, albo jeszcze gorzej – jest przekonana, że są świetne. Tak jest dla przykładu ze sceną, w której aktorzy i aktorki opowiadają o swoich doświadczeniach ze wstydem związanym z ich pochodzeniem społecznym, a co za tym idzie z ich deficytami kapitału kulturowego. Ta scena zostaje właściwie zamieniona w farsę, a im jest „śmieszniej", tym aktorzy dokładają do pieca. Dlatego śmiało można stwierdzić, że ten spektakl nie jest właściwie zagrany, tylko zapajacowany.
Festiwal komunałów

Trzeba mieć naprawdę niezły tupet, żeby kazać nam te teatralne wypociny nadające się co najwyżej do odegrania w świetlicach Krytyki Politycznej oglądać przez dwie i pół godziny. Dwie i pół godziny pretensjonalnego przedstawionka z dramaturgią na miarę zdechłej ryby i festiwalem komunałów. No, naprawdę, ale żeśmy się dowiedzieli o „modelach folwarcznych w codziennej rzeczywistości" (ludzie! luuudzieeee!), a taki był – jak wynika z zapowiedzi – cel reżyserki i jej zespołu (brawa należą się tu jeno kostiumografce, Hance Podrazie).

Mnie, przyznaję, takie spektakle doprowadzają do szału. Spektakle z wielką intelektualną ambicją, a puste jak wydmuszka, wtórne wobec innych przedstawień o podobnej treści, załapujące się desperacko na jakiś trend, źle wyreżyserowane i podobnie zagrane. Taki właśnie jest „Kordian i cham" w Teatrze Polskim.

Czasami więc, zamiast tracić czas na oglądanie tego typu wytworów, lepiej sięgnąć po książkę. Choćby jedną z tych, o których tu napisałem. Każda z nich jest naprawdę warta lektury i będzie znakomitym świątecznym prezentem. A wszystkich chcących obejrzeć świetny spektakl w Teatrze Polskim wysyłam na graną między świętami a sylwestrem „Cudzoziemkę" w reżyserii Katarzyny Minkowskiej. Mówię państwu, palce lizać!

Źródło:

„Gazeta Wyborcza - Poznań” online

Link do źródła

Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku są dostępne w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tekstów w języku polskim w sieci. Skorzystaj z prenumeraty Gazety Wyborczej.

Autor:

Mike Urbaniak