Logo
Recenzje

Kopista Bartleby

9.03.2026, 11:41 Wersja do druku

„Kopista Bartleby” Hermana Melville'a w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Klaudyna Schubert

Dobrze mi znane duo - Fryzeł i Froń - którzy dostarczyli na scenę wspólnie kilka spektakli, jakie mnie zachwyciły i nieprzyjemnie ukłuły, tym razem w Łaźni Nowej sięgają po prozę Hermana Melville’a. Wcześniej na deskach Łaźni Fryzeł zaprezentował „Tajemniczy ogród” we współpracy z Mirą Mańką (adaptacja i dramaturgia), który oczarował mnie swoją wrażliwością i oprawą wizualną. Nie będę ukrywał, że oczekiwania miałem naprawdę ogromne. A jak wiadomo, czasem wygórowane nadzieje mogą być zarzewiem nieuzasadnionego rozczarowania.

Historia wydaje się zgoła prosta. Uznany kancelista, po podpisaniu kontraktu na pracę nad większą sprawą, potrzebuje zatrudnić dodatkowego pracownika, aby uporać się z nawałem obowiązków. Traf chciał, że nagle na ogłoszenie, zupełnie znikąd, odzywa się Bartleby - spokojny, wyważony mężczyzna, który zostaje zatrudniony od razu, bo zdaje się idealnie wpisywać w oczekiwany profil kopisty dokumentów. Wszystko zdaje się działać bez żadnych zastrzeżeń do momentu, w którym na jedno z poleceń pracodawcy nowy nabytek odpowiada: „wolałbym nie”. To wręcz paraliżuje kancelistę, bo pierwszy raz spotyka się z taką niesubordynacją. Cichą, nieagresywną, ale jasną: „nie wybieram tego, co pan proponuje”.

W tym momencie w głowie pracodawcy zaczynają zapalać się czerwone lampki, ale pojawia się też swego rodzaju zazdrość - kopista pozwala sobie bowiem na coś, na co on sam nigdy by się nie odważył i czego zawsze się bał: na opór względem presji systemu, w tym przypadku hierarchii zawodowej. Powoli relacja tej dwójki zaczyna ewoluować w dziwnym kierunku, a każdy z nich dostrzega w drugim samego siebie.

Adaptacja Melville’a w wykonaniu Fronia opiera się na pokazaniu jednostki stającej ością w gardle utartego systemu. Jednocześnie jest to wizja niemalże tożsama z tym, co możemy obserwować np. w „Teoremacie” Pasoliniego. Człowiek spoza grupy (u Pasoliniego jest to rodzina, tutaj zespół pracowników), działającej na ustalonych zasadach, wchodzi w jej szeregi i niepostrzeżenie wpływa na pojedyncze elementy układanki, aby rozmontować cały układ od środka. Jest to jednak praca poniekąd mesjanistyczna, która przez ramy swojego toposu jest automatycznie skazana na porażkę. Podobną drogą podąża Fryzeł, pokazując nam próbę sił pomiędzy niesubordynacją jednostki a reakcją systemu, tyle że w mikroskali.

Sporym zaskoczeniem była dla mnie scenografia Anny Oramus. Spektakle Fryzła zawsze kojarzyły mi się bezwiednie ze sterylnymi, białymi przestrzeniami - tym razem scenografka postawiła na czerń dwóch obręczy, które stanowiły swoisty znak nieskończoności. Po tej nieoczywistej przestrzeni przez większość czasu przechadzała się dwójka aktorów siłujących się z adaptacją Fronia. Sama figura dwóch nieskończonych pętli nadaje poczucie uwięzienia w gonitwie za kolejnymi zadaniami i pokazuje uwikłanie w ten niemożliwy w swoich założeniach system.

Mega robotę zrobiła Klaudyna Schubert w kwestii reżyserii świateł, to element, który winduje całość o dwa oczka w górę. Nieprzyjemnie pulsujące, lekko mrowiące światło fajnie oddawało poczucie opresji i dusznej atmosfery. Na wielkie gratulacje zasługuje motyw „kserowania” całej sali światłem, co nierozerwalnie łączy się z profesją głównego bohatera. To kolejny raz, kiedy Schubert robi na mnie ogromne wrażenie - do dziś pamiętam jej pracę przy „Tajemniczym ogrodzie”.

Trzeba też wspomnieć o aktorach, na których skupiona jest uwaga przez bite 70 minut. Adam Borysowicz jako Bartleby jest niezwykle enigmatyczny i chłodny; doskonale budzi podskórny niepokój, bliski obcowaniu ze skinwalkerem - mamy poczucie, że coś jest nie tak, ale nie jesteśmy w stanie stwierdzić co. Bardzo dobra rola, chyba moja ulubiona z tych, które powstały w kooperacji duetu Borysowicz-Fryzeł. Z drugiej strony mamy Sebastiana Grygo, który tworzy idealną przeciwwagę jako lekko rozchwiany i pogubiony kancelista. Ich wspólna energia robi spore wrażenie, zwłaszcza w momentach starć, gdy szala dominacji przelewa się z jednego na drugiego, by finalnie pokazać, że obaj są tak samo bezsilni wobec systemu.

Nie będę jednak ukrywał, że Fryzeł serwuje opowieść dość pesymistyczną. Opór Bartleby'ego nie jest w stanie rozbić twardych zasad i prowadzi do tragicznego finału, który pozostawił mnie z poczuciem braku puenty. To, co emocjonalnie szarpało w opowiadaniu, tutaj - po tych wszystkich scenicznych peregrynacjach - nie dotyka z taką siłą, z jaką powinno. Wątki są nadbudowywane, by finalnie zostać nieco porzuconymi. Nie wiem, do kogo mieć o to pretensje, pewnie do siebie i swoich oczekiwań. Do tej pory spektakle Fryzła dotykały mnie tak mocno, że chciałem dzwonić na 113, bo 112 to za mało na ten emotional damage. Tutaj los bohaterów odrobinę spłynął po mnie jak woda po kaczce. Miałem nieodparte wrażenie, że treść nie nadążała za anturażem i pod koniec złapała już sporą zadyszkę.

„Kopista Bartleby” na pewno nie będzie moim ulubionym spektaklem tego twórcy, ale przyciąga wizualnie (ta reżyseria świateł, matko bosko!), udanym aktorstwem i niepokojącą muzyką Dybińskiego. Pozostałem z pytaniem, czy warto się sprzeciwiać zasadom, a jeśli tak, to z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Moim osobistym nad wyraz błyskotliwym wnioskiem jest jednak to, że na pewno nie odpowiem w pracy ikonicznym „wolałbym nie” bo moją pasją jest bowiem płacenie rachunków oraz posiadanie funduszy na jedzenie i teatr.

 

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

09.03.2026

Sprawdź także