EN
04.02.2022, 16:43 Wersja do druku

Kiedy warto było być dyrektorem teatru

Jubileusz 70-lecia Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze, gdzie dyrektorowałem po raz pierwszy w życiu, skłania do powrotu do tamtego czasu i do porównań.

Zanim zostałem dyrektorem teatru (w roku 1991) zapatrzony byłem (z racji miejsca zamieszkania i studiów) w dyrektorowanie Tadeusza Łomnickiego w Teatrze Na Woli, Janusza Warmińskiego w „Ateneum”, Erwina Axera we Współczesnym, Adama Hanuszkiewicza w Narodowym, Gustawa Holoubka w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy, Zygmunta Hübnera w Powszechnym – to byli teatralni bogowie. Ci bogowie mieli jedną ważną cechę – wydawałoby się wcale nie boską – byli dostępni i pomocni. Jako początkujący reżyser lub aktor mogłeś zapukać do ich teatralnych drzwi - ot, tak „z ulicy”.

Dziś to jest niemożliwe, kordon asystentów i asystentek skutecznie zablokuje ci otwarcie dyrektorskich drzwi. Wiele jest powodów dlaczego tak się stało, ale jest jedno ważne wyjaśnienie, dlaczego wcześniej tamto było możliwe: otóż wszyscy z wymienionych dyrektorów byli także pedagogami (mistrzami i nauczycielami), czuli się odpowiedzialni za nowy narybek aktorski i reżyserski, traktowali początkującego entuzjastę teatru jako swojego młodszego kolegę, jako swego potencjalnego partnera w teatralnej robocie. Pamiętali o tym, co dostali od swoich mistrzów i nauczycieli oraz o tym, że mają to „oddać”, przekazać w teatralnej sztafecie pokoleń.

Jeśli cokolwiek osiągnąłem w teatrze to właśnie za sprawą rektora i dyrektora Tadeusza Łomnickiego, dyrektora Janusza Warmińskiego, profesora Aleksandra Bardiniego, dyrektora i profesora Erwina Axera, dyrektora i profesora Macieja Prusa. Potrafili powierzyć młodemu reżyserię spektaklu dyplomowego w swoim teatrze i otoczyć go artystyczną opieką, dać etat w stołecznym teatrze nowo upieczonemu reżyserowi, a następnie możliwość reżyserowania (wciąż na stołecznych scenach). To samo mogą opowiedzieć o nich dojrzali dziś – a wtedy na zupełnym początku drogi – aktorzy. Nawet jeśli nie wyszedłeś spod ich pedagogicznej ręki, mistrzowie dawali ci szansę, otwierali przed Tobą twórcze możliwości – ciekawi tego, co ze sobą do teatru przynosisz. Dziś jeszcze, po czterdziestu latach, myślę z pewnym zażenowaniem, o tym ile potrafiłem od nich brać – o tych wielkich artystach, którzy zechcieli zaufać młodemu człowiekowi, wiedzącemu o teatrze tak niewiele, może nawet nic. Tadeusz Łomnicki zwykł jednak mawiać do swoich studentów: „Odpowiedź <nie wiem> też się liczy!”.  

Jest jeden zasadniczy powód, dla którego w teatrze to wszystko się zmieniło – jest nim zmiana tzw. organu założycielskiego instytucji artystycznych.

W tamtym czasie teatru podlegały Ministerstwu Kultury. Dyrektor teatru podlegał wprost ministrowi, czasem do teatru zawitał (np. z okazji jubileuszu) jakiś wysłannik ministra, przy nominacji nowego dyrektora decydujący był głos ministerialny. I oto nadeszła reforma administracyjna, powstały samorządy – im zostały oddane teatry. I wtedy – jak mówi Firs w „Wiśniowym sadzie” – stało się nieszczęście. 

Teatry zaczęły podlegać najpierw wojewodom, potem – marszałkom. Decydująca dla losów teatrów okazała się urzędnicza buta i próżność (lub bardzo niekiedy - jej brak). W większości wypadków doszło z czasem do zawładnięcia instytucjami artystycznymi przez urzędników – teatry stały się ich folwarkami, ich wyborczymi trybunami (przy okazji premier i każdej innej, kiedy przedstawiciel organu założycielskiego wchodzi na scenę), stanowiska dyrektorskie stały się politycznymi. Gwarantuje to skład komisji konkursowej, w której głos decydujący mają przedstawiciele marszałka lub prezydenta miasta (zależnie od „umocowania” teatru).

Kiedy po raz pierwszy stanąłem w Zielonej Górze do dyrektorskiego konkursu (rok 1991) jeszcze nie było źle, jeszcze nie stało się Firsowe „nieszczęście”. Tutejszy wojewoda był człowiekiem głęboko wykształconym, wrażliwym (kochającym literaturę), mającym respekt dla artystów i instytucji artystycznych. Wojewoda Jarosław Barańczak (bo o nim mowa) oddał swój decydujący głos w sprawie wyboru dyrektora (spośród szesnastu biorących udział w konkursie kandydatów) Markowi Okopińskiemu, wielkiemu człowiekowi teatru, który kiedyś sam prowadził ten teatr, teatr w ogóle znał od podszewki. 

A kiedy już doszło do dyrektorowania wybranego kandydata w Lubuskim, wojewoda do teatru się nie wtrącał, owszem pomagał, ale wcale nie miał parcia na pozyskiwanie elektoratu poprzez przemowy ze sceny i polityczne handlowanie teatrem. To był jeden z bardzo niewielu wyjątków i cały ten okres dyrekcyjny w Teatrze Lubuskim był bardzo udany (nawet jeszcze po odejściu wojewody Barańczaka – chyba już siłą rozpędu).

Doświadczenie dyrektorskie spotkało mnie jeszcze dwukrotnie  – już w nowej (niestety) epoce. Po trzydziestu latach od wprowadzeniu reformy administracyjnej, w wyniku której teatry przeszły spod ministerstwa pod samorządy, można już Firsowi przyznać rację: „Stało się nieszczęście.”. Ustawione konkursy, urzędnicze panoszenie się w podległych „organowi” instytucjach kultury, karuzela na dyrektorskich stanowiskach – to dzisiaj w teatrach mamy. „Wiśniowy sad” został już wyrąbany. Za dyrektorskimi drzwiami nie czekają już na młodych zapaleńców teatralne autorytety.

Owszem są jeszcze teatralne „wyspy”, próby zachowania artystycznej niepodległości – Teatr im. S.I. Witkiewicza w Zakopanem? Teatr Krystyny Jandy? Emiliana Kamińskiego? Kilka teatrów dla dzieci? Artyści uciekają w różne formy niełatwej działalności prywatnej – z dala od urzędników. Jest też jeszcze kilka teatrów samorządowych, które potrafią jakoś oprzeć się partyjniactwu i przetrwać zachowując twarz, ale dyrektorzy zmęczeni szarpaniną z urzędnikami, którzy wiedzą lepiej i przeszkadzają (a na dodatek domagają się hołdów), na twórczość nie mają już siły. 

Ta opowieść wcale nie miała być gorzka – wszak to jubileusz – więc wolę wspominać tamten czas dyrektorów mojej młodości oraz te pięć lat w Teatrze Lubuskim jako „Belle epoque” (jak go nazwał wspaniały człowiek teatru – zielonogórski inspicjent i artysta Waldemar Trębacz).

Źródło:

Materiał nadesłany