Logo
Recenzje

Kariera Nikodema Dyzmy

11.03.2026, 09:38 Wersja do druku

„Kariera Nikodema Dyzmy” wg Tadeusza Dołęgi-Mostowicza w reż. Pawła Szkotaka w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. Izabela Rogowska/mat. teatru

Głównych bohaterów „Kariery Nikodema Dyzmy” jest dwóch. Pierwszym jest oczywiście tytułowy przebiegły parweniusz, drugim zaś… my sami, czyli naiwne, konformistyczne społeczeństwo, tak łatwo ulegające obietnicy łatwego szczęścia i dobrobytu. Ot siła populizmu. Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi udało się stworzyć uniwersalnego bohatera i wiecznie aktualną opowieść. Tak było, tak jest i tak niestety będzie na co wskazuje niemiłosiernie długa lista tożsamych Dyzmie postaci. Reżyser Paweł Szkotak w swoim odczytaniu jednej z najpopularniejszych polskich powieści zdaje się potwierdzać tę interpretację, a przy tym tworzy rzetelne i atrakcyjne przedstawienie.

O jakich postaciach mowa powyżej? Proszę spojrzeć na dowolną „jedynkę” pierwszego lepszego dziennika. Gwarantuję, że będzie tam coś o kibolu na wysokim urzędzie, nieobliczalnym krezusie niszczącym światowy ład, albo influencerach na salonach poruszających się weń niczym słonie w składzie porcelany. Ot Dyzmowie naszych czasów…

Nie poprzestałem na lekturze prasy, poprosiłem sztuczną inteligencję o stworzenie zestawienia „dyzmopodobnych” ze świata rzeczywistego oraz fikcyjnego (literackiego i filmowego). Okazało się, że impostura tak sugestywnie opisana przez Dołęgę-Mostowicza to wcale nie rzadkość. Co ciekawe AI, wymawiając się RODO i pokrewnymi przepisami, sprzeciwiła się podaniu konkretnych nazwisk wciąż „czynnych” Dyzmów. Ja także pozostawiam to inteligencji Czytelników. Otrzymałem za to niekończącą się listę historycznych postaci o wątpliwych umiejętnościach i moralności.

Na przełomie XVIII i XIX stulecia Gregor MacGregor, ogłosił się księciem fikcyjnego państwa Poyais i zbił na tym niezły majątek. Niezłą hopsztaplerką okazała się Anna Anderson, podająca się za cudem ocalałą rosyjską carewnę Anastazję Romanow. Cześć ówczesnych elit uwierzyła w jej historię i wspierała ją finansowo. Fascynujące były „wyczyny” rasowego oszusta Ferdinanda Demary, który podszywał się między innymi pod inżyniera budownictwa, zastępcę szeryfa, naczelnika więzienia, doktora psychologii stosowanej, sanitariusza, lekarza, prawnika, redaktora, a nawet mnicha. Na podstawie jego historii powstał film „Wielki oszust”. Był jeszcze Wilhelm Voigt czyli „Kapitan z Köpenick”, sprytny hopsztapler, który przebrany w oficerski mundur wraz z oddziałem niczego nie świadomych żołnierzy aresztował burmistrza podberlińskiego miasta i obrabował kasę miejską. Podobno „Sprawa z Köpenick” (Köpenickiade) miała rozśmieszyć samego cesarza i ten przebiegłego złodzieja miał uznać za… genialnego. Koniec tej historii jest jeszcze bardziej zaskakujący, bowiem Wilhelm II ułaskawił Voigta. Nagroda zamiast kary. Hmm… czyli bycie genialnym oszustem popłaca? I to wcale nie historia z kart jakiejś książki. W sumie nasz Dyzma też wygrywa… Przegrywamy jednak My.

Świat literatury jest pełen „dyzmopodobnych” figur. Wystarczy przywołać Chauncey’a Gardiner’a z kart powieści „Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego, Iwana Aleksandrowicza Chlestakowa z „Rewizora” Nikołaja Gogola, czy tytułową postać z „Wyznań hochsztaplera Feliksa Krulla” Thomasa Manna.

W świecie filmu także odnajdziemy dziesiątki bohaterów zbudowanych na wzór i podobieństwo Nikodema Dyzmy. Ciekawie wybrzmiewa postać Forresta Gumpa (niezapomniana kreacja Toma Hanksa). Choć ten sukces był dziełem przypadku, to mottem wszystkich Dyzmów mogą być jego słowa – „Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, co ci się trafi”. Sukces zależy tylko jak (albo czy?) to się wykorzysta. Czy tak jak Czesław Wiśniak w, o zgrozo, opartym na faktach „Konsulu” (w brawurowym portrecie Piotra Fronczewskiego)? Na szczególnym miejscu tego zastawienia musi się znaleźć Paweł Kozioł, pozbawiony kompetencji, ale nie sprytu i bezczelności, wójt, prezes, senator i prezydent z serialowego „Rancza”.

Szukając materiałów do niniejszego tekstu natknąłem się jeszcze na pewien fascynujący fakt. Otóż w miasteczku Santon Bridge w angielskim hrabstwie Kumbrii od ponad 100 lat organizowany jest Festiwal… Kłamców. W tawernie „The Bridge Inn” o tytuł największego hopsztaplera mogą zabiegać wszyscy poza… politykami z Westminster, którzy są uważani za profesjonalistów w tej dziedzinie, a konkurs jest przeznaczony wyłącznie dla amatorów. Gdyby organizatorzy tego festiwalu poznali powieść Dołęgi-Mostowicza bez chwili zawahania nadali by mu imię Nikodema Dyzmy.

fot. Izabela Rogowska/mat. teatru

Kiedy dowiedziałem się, że Paweł Szkotak będzie przygotowywał w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie adaptację „Kariery Nikodema Dyzmy” wzbraniałem się przed obejrzeniem obu filmowych adaptacji Jana Rybkowskiego – pełnometrażowego obrazu z 1956 roku oraz serialu telewizyjnego wyprodukowanego w 1980 roku. Przyznaję, że żadnego nie doświadczyłem ani świadomie, ani w całości. Jednak kadry tego drugiego mam gdzieś z tyłu głowy, a to z uwagi na wielką popularność, a tym samym częste emisje w czasach mojej młodości. Powstały w oparach skandalu film Jacka Bromskiego „Kariera Nikosia Dyzmy” z 2002 roku jest rzeczą absolutnie nieoglądalną i wolałbym fakt istnienia tego obrazu przemilczeć. Piszę o tych filmowych emanacjach powieści i o własnym doświadczeniu (niedoświadczeniu), bo podczas koszalińskiej premiery zewsząd słychać było porównania do nich spektaklu i oczywiście poszczególnych kreacji. Oczywiście wiem o wybitnych tytułowych rolach Adolfa Dymszy czy Romana Wilhelmiego, ale dzięki skutecznemu przeciwstawieniu się opisanej powyżej pokusie, nie chcę, a nawet nie mogę (z uwagi na rzetelność) uciec się do jakichkolwiek paraleli. Mam nadzieję, że moja ocena teatralnej produkcji Pawła Szkotaka będzie dzięki temu obiektywniejsza.

Jeszcze a propos produkcji Bromskiego – jedynym broniącym się elementem tej profanacji jest towarzysząca filmowi piosenka Kuby Sienkiewicza „Dr Dyzma”, której refren idealnie pasuje do dzisiejszych interpretacji tej historii.

Czy ktoś się przyzna, że w nim jest Dyzma?
Bo taki jest czas, ile Dyzmy w nas.

Streszczenie fabuły „Kariery Nikodema Dyzmy” w tym tekście uważam za zbyteczne. To figura tak wyrazista i powszechnie znana, że to zupełnie bezcelowe. Szczególnie, że Paweł Szkotak nie zmienia sensów i znaczeń zapisanych w literackim oryginale. Dokonuje jedynie skrótów i skreśleń, przy czym nie pozbawia tekstu atmosfery barwnej epoki Młodej Polski. Swoją drogą warto zauważyć jak znakomitym językiem rzecz jest napisana. Zadziwia także struktura utworu, z wieloma dialogami, stanowiąca praktycznie gotowy scenariusz spektaklu. Tadeusz Dołęga-Mostowicz zaproponował gęstą strukturę, dynamiczną akcję, a to przez fakt, że powieść zanim została wydana w formie książkowej była drukowana w prasie w odcinkach. Dziś jej kształt moglibyśmy określić mianem „teledyskowego”. To faktycznie szybkie, intensywne sceny, bez rozwlekłych opisów przyrody albo analitycznych diagnoz kondycji psychicznej bohaterów. Szkotak doskonale tę formułę zrozumiał, uszanował i zaadaptował dla potrzeb teatralnej sceny.

fot. Izabela Rogowska/mat. teatru

Najistotniejszym i jednocześnie najtrudniejszym zadaniem (wyzwaniem?) dla twórców teatralnej interpretacji tej wielowątkowej powieści jest określenie przestrzeni. Akcja dzieje się przecież w wielu miejscach, co łatwo pokazać na ekranie, a na scenie już nie. W sukurs przychodzi oczywiście technologia i projekcje video, ale to nie wszystko. Paweł Szkotak wraz z rozchwytywanym scenografem Wojciechem Stefaniakiem tworzą uniwersalną przestrzeń „wrażliwą” na światło. Stefaniak powołuje wnętrze w stylu późnej, już zmierzającej ku geometryczności Secesji oraz Bauhausu. Widzimy przeszklenia, część ścianek obito tapetami Art Déco, a regularny rytm przestrzeni nadają pionowe „latarnie-pylony”. Wystarczy użyć innej barwy światła, by zmienić atmosferę, a nawet miejsce. Sprytne. Teatralne podróże w czasie i przestrzeni zapewnia tylna projekcja. Hektor Werios wyświetla tam atrybuty miejsc, w których dana scena się dzieje. Wystarczą statyczne kadry przedstawiające elegancki salon, paradną klatkę schodową, zdobioną salę balową, witrynę knajpy, surową ścianę z państwowym godłem, czy ogród. Fotogramy są dodatkowo niezwykle atrakcyjne i… fotogeniczne. Wszystkich, którzy (jeszcze) nie widzieli spektaklu zachęcam do spojrzenia na relację Izabeli Rogowskiej opublikowaną na stronie BTD lub/i w mediach społecznościowych teatru.

Tak częste zmiany miejsca akcji dyktują rytm spektaklu. Krótkie, dynamiczne sceny wymagają ciągłego wchodzenia i wychodzenie aktorów oraz tworzenia wciąż na nowo kolejnych planów. Reżyser zaangażował do tego nie tylko aktorów, ale także część zespołu technicznego teatru, których oglądamy na scenie. Powierzył im nawet kilka zadań aktorskich, z których wywiązali się wprost… uroczo. Sukces zagwarantowało rozczulające zawstydzenie połączone z równie nieśmiałą tremą… Na szczęście górę wzięła sprawczość i obowiązkowość. Brawo!

Montażyści oraz aktorzy niestrudzenie wtaczają na scenę wyposażone w kółka kolejne elementy scenografii – a to stoły, biurka, kanapy, a nawet parkową altanę i pokaźny bar, będący jednocześnie estradą. Przearanżowanie sceny dzieje się zazwyczaj podczas częściowego wyciemnienia sceny. I tutaj nieznaczny zgrzyt: niektóre z sytuacji powoływane są w odmienny sposób. Przykłady: Nina wskazująca technikowi sceny, gdzie dany atrybut powinien się znaleźć (jezioro damy tu) albo kanapowe igraszki hrabiny Przełęskiej i Krzepickiego czy papierowy samolot wylatujący poza ramy scenografii. Szkoda, że tylko kilka razy tak się dzieje, zabrakło w tym konsekwencji albo pomysłu. Być może więcej scen zmienianych kreatywnie pozwoliłoby na złamanie powtarzalnego rytmu i jeszcze bardziej urozmaiciło spektakl. Szczególnie, że to pole do eksplozji humoru albo wyjścia z roli i puszczenia widzom przysłowiowego oczka. Swoją drogą jest w przedstawieniu kilka nieoczywistych żartów, które także nie wybrzmiewają w pełni. To choćby próby zdobycia flaszki wódki od kelnerki na raucie w Europejskim, zjeżdżający na sztankietach żyrandol podkreślający wystawność albo zmagania się z agresywną kaczką czy popielniczką. Przydające całości nieco dystansu humorystyczne akcenty mogły by pojawiać się częściej. Być może gdy spektakl już się rozpędzi, nabierze dobrze rozumianej rutyny, reżyser pozwoli na tego rodzaju improwizacje.

Scenografia z wnętrzami i meblami nawiązującymi do modernistycznych nurtów – Secesji i Bauhausu – wyraźnie wskazuje na lata 30. XX wieku. Potwierdzają to kostiumy Sylwestra Krupińskiego, który zaprojektował ubrania nie tylko dobrze skrojone i adekwatnie ozdobione, ale przede wszystkim wierne ówczesnym trendom. Trzeba zobaczyć przepiękne wieczorowe suknie dam albo wytworne fraki mężów stanu. W scenach balowych oraz imprezowych (Oaza) Krupiński mógł faktycznie poszaleć i… poszalał. Brawo! Gdyby na fotografie koszalińskiego spektaklu nałożyć filtry w barwach sepii, trudno było by odróżnić je od zdjęć wykonanych przed niemal wiekiem.

Mimo tego „kostiumu”, także w oryginalnej, niezakłóconej uwspółcześnieniami formie języka, przedstawienie ma uniwersalny i całkowicie zrozumiały dziś charakter. To przewrotnie niepokojący sygnał, że pewne sfery, szczególnie obyczajowe, niekoniecznie przeszły rewolucyjne (jakiekolwiek?) zmiany… To jest legitymacją dla Szkotaka do snucia historii o Dyzmie jako swoistej przestrogi. Choć po ostatnich wyborach Narodu, ta wydaje się nieco spóźniona (sic!). Może zatem na odleglejszą przyszłość…

Otwierająca spektakl taneczna scena muzycznie i choreograficznie przywodziła mi na myśl prace legendarnej Piny Bausch. Ubolewam, że niewielkie wymiary sceny koszalińskiego teatru nie pozwoliły na więcej (szerzej)… Choreografka Iwona Runowska stworzyła eklektyczne ciało, z którego za chwilę zaczną wyłuskiwać się bohaterowie opowieści. Już pierwsze spojrzenie na tańczący zespół spektaklu wzbudzi pewną wątpliwość – na scenie widzimy grupę dziesięciu aktorek i aktorów, a przez karty powieści Dołęgi-Mostowicza przewija się przynajmniej dwa razy tyle bohaterów. Faktycznie Paweł Szkotak zdecydował się powierzyć każdemu po kilka postaci. Taniec zakomponowany przez Runowską ukazujący „dyzmowską” paradę postaci w komplecie, to dobry prolog do tego zabiegu.

Oczywiście rozumiem trudną logistykę tego pomysłu, ale mam wrażenie, że przynajmniej kilka zdublowanych w jednej osobie kreacji, nie zostało dobrze przemyślanych. O tym napiszę, jednak we fragmencie poświęconym aktorskim kreacjom.

Gdy aktorzy zakończą ten dość oniryczny taniec, za kulisami zacznie się prawdziwe wariactwo. W tym miejscu niski ukłon dla wszystkich pracowników teatru współtworzących spektakl, a których nie widać w świetle reflektorów: inspicjentki, garderobianych, fryzjerek, makijażystek, ekipy obsługi sceny, montażystów, techników, realizatorów światła i dźwięku (oczywiście ze świadomością skupienia kilku fachów w jednych rękach). Tempo jakie narzuca struktura spektaklu jest tu wręcz mordercze. W wielu momentach czas na przebranie się albo zmianę dekoracji liczony jest nie w minutach, a sekundach. Cały zespół – techniczny i aktorski - podołał temu zadaniu (wyzwaniu?) znakomicie. 

Choreografie Runowskiej stanowią swoistą klamrę widowiska. Trochę żal, że reżyser nie zdecydował się wkomponować w rytm przedstawienia więcej tanecznych sekwencji, ich rolą było by złamanie i uspokojenie jego szybkiego tempa. Zamiast tego przerywa go piosenkami, które jednak zamiast uspokajać, jeszcze bardziej różnicują a momentami dynamizują akcję. „Muzyczny Festiwal im. Nikodema Dyzmy” rozpoczyna „Ta mała piła dziś” Zuli Pogorzelskiej, w zadziornym wykonaniu debiutującej na scenie BTD Olgi Mleczko. Kolejne utwory należą do Beaty Niedzieli, która zauroczyła ich znakomitym wykonaniem. Słyszymy foxtrota z tekstem Toli Mankiewiczówny „To mężczyzna jest stuprocentowy”, albo przepisany dla kobiety song „Tyle miłości” Eugeniusza Bodo. Dwukrotnie pojawia się znakomita piosenka „Nikodem” z tekstem Ludwika Starskiego bezpośrednio nawiązującym do tytułowego bohatera powieści Dołęgi-Mostowicza. Utwór z 1933 roku do rangi przeboju wyniosła niedawno Warszawska Kapela Sentymentalna. Interpretacja Niedzieli równie błyskotliwa. Muzycznie podziwiamy jeszcze Żanettę Gruszczyńską-Ogonowską vel Ninę w „Przyszła do mnie miłość”, czyli tangu z operetki "Gaby" oraz Marcina Tomaszewskiego – Zyzia w „rapowanym” utworze „Zrób to tak” wyśpiewanego onegdaj przez Bodo. Tak na marginesie to stanowi nieliczny „wypad” we współczesność. Choć gdyby się uprzeć, to melorecytacją była archaicznym rapem… Wszystkie utwory nie tylko komentują sceniczną rzeczywistość, ale decydują o atmosferze przedstawienia. Ich wplecenie w akcję spektaklu było dobrą realizacyjną decyzją. Na osobne brawa zasługuje precyzyjny i adekwatny dobór repertuaru. Autorem muzyki towarzyszącej spektaklowi oraz aranżacji piosenek jest Łukasz Matuszyk. Kompozytor znakomicie usłyszał nie tylko „epokę”, ale przede wszystkim emocje jej bohaterów. Jego subtelne melodie kapitalnie dopełniają atmosferę wielu scen.

fot. Izabela Rogowska/mat. teatru

Taniec, muzyka, dynamiczne sekwencje, ruchome dekoracje oraz niespotykana parada postaci… To wszystko pozwala mówić o przedstawieniu Szkotaka w koszalińskim teatrze jako o pełnowymiarowym widowisku. Faktycznie, ująć w sceniczne ramy (także dosłownie, ale o przestrzeni już było) tak bogaty w treści utwór, to wielka sztuka i duża odpowiedzialność. Paweł Szkotak, doświadczony w interpretacji klasyki, kolejny raz potwierdził swoje teatralne wyczucie oraz świetną intuicję. Zawsze, gdy oglądam jego sceniczne produkcje, przypominam sobie odważne, awangardowe, widowiska plenerowe, które tworzy w Teatrze Biuro Podróży. Szukam ich „odprysków” w kolejnych realizacjach. Tym razem zdecydował się na „zakłócenie” klasycznej poprawności kilkoma wymownymi niuansami. To z pewnością wspominane już wuppertalskie choreo Iwony Runowskiej, ale przede wszystkim wyróżniające się dwie sceny – narkotycznej wizji oraz finałowego korowodu. Ta pierwsza to nie tylko ciekawie aktorsko poprowadzona scena, ale także popis zespolenia sztuki teatru ze sztuką video. Dzięki tej drugiej udało się stworzyć miraż odjechanych halucynacji… W tej ostatniej, tu uwaga spoiler – Dyzma grający na mandolinie (video) i bezwolny taniec na pierwszym planie przypomniały melodię Chochoła z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Znakomita to scena, potwornie smutna, ale idealnie puentująca figurę Dyzmy. Albo inaczej – figurę tych, którzy tym Dyzmom wierzą…

Wspomniałem, już że na scenie oglądamy dziesiątkę aktorów, kreujących kilkadziesiąt postaci. Taki zabieg zawsze wymaga od aktorów wiele skupienia, ale przede wszystkim kreatywności, która może pozwolić na zróżnicowanie postaci. By rzecz została przez widza uznana za wiarygodną nie wystarczy zmiana kostiumu czy makijażu. Koszalińscy aktorzy, z uwagi na nieliczny zespół, są przyzwyczajeni do tego rodzaju pomysłów, więc o jakość tych zdublowanych kreacji specjalnie się nie obawiałem.

Debiutujący w BTD Kajetan Bartosik wcielił się w Jerzego (Żorża) Ponimirskiego, a także Terkowskiego, dyrektora gabinetu premiera (którego Dyzma beszta za zachowanie na raucie, co staje się „furtką” do jego kariery), a chwilę później Jana Ulanickiego, wiceministra rolnictwa. Tu zgrzyt, bo obie postacie pojawiły się zbyt „blisko” siebie, myląc nieco widzów. O ile dwie ostatnie figury mają charakter epizodyczny, to postać Żorża jest ważna dla historii Dyzmy. W pierwszej scenie Bartosik zabarwił go niewieścio, by później o tym… zapomnieć, trudno także odgadnąć rodzaj „psychicznego schorzenia”, o jakie jest posądzany. Mimo to, stworzył wyrazisty charakter, często bawiąc, szczególnie animacją lalkowego psa. Mam wrażenie, że właściwą „barwę” Ponimirskiego odnalazł dopiero w finałowej scenie, gdy w amoku fiksacji wybucha i zdradza „całą prawdę” o Dyzmie. Także debiutującej na koszalińskiej scenie Oldze Mleczko reżyser powierzył mniejsze role – od chłopaka z teczką gubiącego zaproszenie na Bal Konsularny, przez kelnerkę, pokojówkę, gazeciarza, tancerkę, po sekretarkę Dyzmy w Państwowym Banku Zbożowym. Wspomniane wyzwanie związane z różnicowaniem postaci, w jej wykonaniu wypadło bardzo dobrze. Tak jak wyśpiewanie pierwszej z piosenek spektaklu, w której refrenie nieco zawadiacko śpiewa „Ta mała piła dziś i jest wstawiona, rozkoszny szmerek w pijanej główce ma, więc jak cukierek usteczka słodkie wszystkim da"

Świetny jest Piotr Krótki jako Leon Kunicki vel Kunik. W epizodach także Książę Roztocki oraz Litwinek. Aktor świetnie pokazał najbardziej nieoczywistą postać z powieści Dołęgi-Mostowicza. To sprytny hopsztapler, ale przecież pełen biznesowej mądrości, dzięki której Dyzma pnie się po szczeblach politycznej kariery. Krótkiemu, balansującemu na granicy obu cech bohatera, udało się znaleźć celny porter Kunickiego. W finale przedstawienia to właśnie Krótki jako Litwinek, dyrektor gabinetu prezydenta przywozi list z premierowską nominacją dla Dyzmy. Tu znów podobna niezborność jak w przypadku dwóch wcieleń Bartosika. Litwinek z twarzą Kunika to trochę jak Wilhelmi w ostatnim odcinku kultowego serialu „Alternatywny 4” jako wysoki urzędnik z ministerstwa. Swoją drogą należy Stanisława Anioła dopisać do rozpoczynającego niniejszy tekst zestawienia „dyzmopodobnych”.

W postać Niny, rozkochanej w Dyzmie żony Kunickiego, wciela się Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska. W jej odczytaniu to dostojna hrabina, pełna namiętności i tęsknoty za prawdziwą miłością. Swoisty labirynt uczuć komplikuje tu obecność Kasi, córki jej męża z pierwszego małżeństwa (Adrianna Jendroszek). Obie panie łączy lesbijska miłość, niestety zabrakło w jego portrecie namiętności i ich związek przypominał bardziej relację matka-córka. Jendroszek owe pokłady namiętności zużyła za to w śmiałej, pełnej erotyzmu scenie z Dyzmą. Tam pokazała prawdziwy pazur i seksapil.

W roli ministra Jaszuńskiego zaskoczył Jacek Zdrojewski. Aktor posiadający znakomitą vis comica, którą z powodzeniem epatował w kilku ostatnich spektaklach BTD, tym razem zaprezentował się jako stateczny i stanowczy polityk. Szyku i sznytu przydał mu dobrze skrojony frak. W drugiej części przedstawienia, niejako w kontrapunkcie, oglądamy go jako wsiurowatowego Józefa Boczka, byłego szefa Dyzmy, naczelnika poczty w Łyskowie. Choć i z tym wcieleniem poradził sobie poprawnie, to zdecydowanie „wygrał” Jaszuńskim.

Marcin Tomaszewicz z powodzeniem pokazał Zygmunta Zyzia Krzepickiego. W obecności kochanki hrabiny Przełęskiej kipiał namiętnością, a jako sekretarz Dyzmy opanowaniem i mądrością. Otrzymał jeszcze do odegrania niewielką rolę Komisarza Jaskólskiego, dzwoniącego do Dyzmy w sprawie zeznań mańki Barcikowej. Tu znów opisywany dwukrotnie casus – w Jaskólskiego przeobraża się zbyt „blisko” Zyzia, co znów wprowadza małe interpretacyjne zamieszanie.

Ciekawie swoich, tym razem mundurowych, bohaterów sportretował Karol Czarnowicz. Najpierw Jako sprężysty w gestach pułkownik Wacław Wareda, a później jako jeden z policjantów oraz zasadniczy Nadkomisarz Reich. To wyraziste i dobrze poprowadzone role.

Brawurową aktorską pracę nad charakterami swoich bohaterek wykonała Beata Niedziela. Paweł Szkotak powierzył jej dwie skrajnie różne postaci – zakochaną w Dyzmie prostytutkę Mańkę Barcikową oraz Hrabinę Przełęską. Niedziela z wielką precyzją zróżnicowała temperamenty oby kobiet i wyraziła to w równie drobiazgowo dobranych gestach, mimice, a nawet modulacji głosu. Jako Przyłęcka jest dostojna, odpowiednio wyniosła, a przy tym ekscentryczna, szczególnie w intymnych scenach z Zyziem, gdzie oglądamy ją jako rozkosznie figlarną i namiętną. Z kolei jej Barcikowa zbudowana jest ze smutku, bólu, ale też rozczulającej naiwności i wzruszającej nadziei. To najbardziej prawdziwa i przejmująca bohaterka powieści Dołęgi-Mostowicza i spektaklu Szkotaka. Beata Niedziela „przytuliła” ją do siebie, otoczyła ciepłem i opieką, a jednocześnie powołała do roli wyrzutu sumienia zakłamanego świata Dyzmy i jemu podobnych. Mańce kariera, a właściwie życie, nie wyszło… Mocny kontrast, poruszająca kreacja. Wokalne umiejętności Niedzieli ujawnione we wspomnianych już piosenkach są niewątpliwą ozdobą przedstawienia. Mowa nie tylko o lirycznych utworach, w których aktorka czuje się najlepiej, ale przede wszystkim jej rewelacyjnej interpretacji „Nikodema”, przebojowego lejtmotywu koszalińskiego „Dyzmy”.

Dymsza, Wilhelmi, Pazura, Rogowski… Spokojnie, to tylko prowokacja, obiecałem przecież, że nie dopuszczę do pojedynku teatr vs. film. Nie będzie także bitwy bratobójczej, czyli teatr kontra teatr, bo ku mojemu zaskoczeniu, jeśli wierzyć archiwum Encyklopedii Teatru Polskiego, „Kariera Nikodema Dyzmy” nie jest często wystawianym utworem. We wspomnianym źródle widniej jedynie sześć realizacji scenicznych i jedna radiowa (z Marianem Kociniakiem jako Dyzmą). Tak czy inaczej tytułowy bohater Dołęgi-Mostowicza należy do ikonicznych postaci nie tylko polskiej literatury, a kultury jako takiej. Tym samym każda próba jego interpretacji będzie obarczona sporym ryzkiem blamażu i wielką odpowiedzialnością. Wojciech Rogowski jako Dyzma w koszalińskim spektaklu unika tego z całą pewnością. Bliżej mu jednak co Cezarego Żaka jako Kozła w „Ranczu” niż do Romana Wilhelmiego z serialu Rybkowskiego. Przy czym uznaje to za absolutnie znakomity i uzasadniony zabieg. Nie tylko z uwagi na wiek i warunki fizyczne Rogowskiego, ale przede wszystkim aktualny stan tzw. polskiej duszy. Dyzma u Szkotaka nie jest wyrafinowanym i przebiegłym oszustem, ale budzącym sympatię nieco leniwym i przaśnym spryciarzem. Nie bez znaczenia jest tu przypadek i łut szczęścia, o który współcześnie prościej i szybciej niż w momencie powstawania literackiej historii czy produkcji serialu. Swoją drogą tak skokowy wzrost szans na zostanie kolejnym Dyzmą to wielce ciekawy wątek, który daje mocno do myślenia. W pierwszej części spektaklu Dyzma Rogowskiego wydaje się poczciwcem nieco oszołomionym niespodziewanymi wydarzeniami. Tym buduje sympatię widza. Jednak po antrakcie, gdy jego awanse są już efektem świadomej bezczelności, ową życzliwość celowo burzy, rujnuje. Aktor ciekawie kontrastuje oba wcielenia swojego bohatera, sukcesywnie i konsekwentnie prowadzi go do figury nieprzyjemnej kreatury. Tą przykrą metamorfozę dobrze widać w scenach z Mańką – to narastająca agresja, buta, obojętność, a finalnie przemoc. O tym kim się staje wprost mówi Żorzowi, licząc, że ten z uwagi na chorobę, nie zrozumie jego wyznania. Intrygująca jest ta scena, a wspomniany dialog stanowi ciekawy wątek, wskazujący na próbę uwiarygodnienia siebie albo wyzwolenia osobliwej formy katharsis. Zupełnie inny jest na salonach – nonszalancki, dystyngowany, pewne siebie, ale nadal odważny w słowie i geście. Odziany w drogie garnitury bryluje na scenie niemal bez przerwy. To rola nie tylko trudna merytorycznie, ale także wymagająca nie lada koncentracji i fizycznej wytrwałości.

„Napoleon gospodarczy, zbawca ziemiaństwa” – skandują fani Dyzmy, a on im przytakuje. Kiedy w finale otrzymuje propozycje objęcia teki premiera, a poszczególni bohaterowi gratulują mu kolejnego awansu, wydaje się przerażony. Spokojnie tylko przez chwilę, bo zaraz zagra na mandolinie, a My mu zatańczymy. To My jesteśmy paliwem wszystkich Dyzmów… Rogowskiemu udało się poprowadzić tę role, tak by bez większego problemu porwać do tańca wszystkich świadków jego historii. Ale też tak, by wzbudzić owację na stojąco. Nie tylko za swoją rolę, ale za całe widowisko. I słusznie. I zasłużenie. Tylko ta przestroga: Bo taki jest czas, ile Dyzmy w nas…

Tytuł oryginalny

Kariera Nikodema Dyzmy

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także