EN
27.01.2022, 11:44 Wersja do druku

Jeszcze niedawno taki głos wydawał się niemęski, genderowo inny


Jakub Józef Orliński, kontratenor z Metropolitan Opera: Jedyne, na co się zamykam, to disco polo.

fot. Krzysztof Bieliński

Jakubem Józefem Orlińskim*, młodym kontratenorem podbijającym światowe sceny, zdobywcą międzynarodowych nagród – i gwiazdą YouTube'a - rozmawia Aga Kozak

Aga Kozak: Skąd takie dwa poważne imiona?

Jakub Józef Orliński: O! Ja jestem bardzo poważnym człowiekiem. Mam już 31 lat i dużo odpowiedzialności na sobie – trochę się śmieję, ale trochę mówię poważnie. A geneza imion? Skomplikowane. Babcia od strony taty bardzo chciała, żebym miał na imię tak jak mój tata, czyli Jakub, a rodzice woleli imię Józef. Więc jak byłem małym dzieckiem, babcia nazywała mnie Jakub, rodzice Józef. Troszkę nie dawałem sobie z tym rady – takie jakby rozdwojenie jaźni towarzyszy mi od najmłodszych lat. Potem babcia zgodziła się na Józefa. I tak właśnie używałem mojego drugiego imienia do 22. roku życia, ale w dokumentach od zawsze jest Jakub Józef.

Czyli – bo ja też już mam rozdwojenie jaźni – mówi się do ciebie…

– Rodzina zna mnie jako Józefa, a cała reszta jako Jakuba. I tak niech zostanie, bo było z tym mnóstwo problemów. Dużo ludzi znało mnie jako Józefa – czyli Józka – i nawet w niektórych poważnych dokumentach było moje drugie imię, a potem problemy, bo w papierach o stypendium jedno, a w dowodzie Jakub Józef Orliński. Przez te nieścisłości wiele instytucji myślało, że chodzi o dwie różne osoby.

Więc odkąd zacząłem jeździć za granicę, używam Jakuba, ale artystycznie zawsze jestem Jakub Józef Orliński.

Pasowałyby i do powstańca styczniowego, i do śpiewaka operowego sprzed stu lat…

– No i bardzo dobrze! Lubię swoje dwa imiona do tego stopnia, że jak nie ma jednego, to czuję się nieswojo – bo to nie jestem ja. Jestem Jakub Józef Orliński. Ja się bardzo utożsamiam z oboma moimi imionami. Choć bywa, że moi amerykańscy znajomi mówią do mnie Jacob czy JJ.

Ta twoja rodzina, która nadała ci te imiona – jest z Żoliborza, prawda? I wszyscy utalentowani wizualnie.

– Tak, głównie wizualnie. Moja śp. babcia od strony mamy – Barbara Czechowska – była wyśmienitą architektką. Mój dziadek od strony taty też jest architektem, nadal aktywnym. Moja druga babcia rzeźbi z kolei w zębach, znaczy robi protezy.

Mój tato jest grafikiem komputerowym i malarzem. Moja mama jest malarką, rzeźbiarką i robi kreatywne zajęcia edukacyjne dla dzieci – tzw. trudnej młodzieży, co jest moim zdaniem dość krzywdzącą nazwą. Plus bardzo dużo zajęć na oddziale onkologii w Aninie, w Centrum Zdrowia Dziecka. Ma fundację Słoneczna Akademia, którą staram się wspierać, jak najbardziej mogę. Mój brat jest grafikiem komputerowym, który bardzo mi pomaga, tworzy moje wszystkie grafiki i opiekuje się moją stroną internetową. A wujek jest reżyserem filmowym, brat cioteczny operatorem, więc dużo u nas takich artystycznych dusz.

Ale w rodzinie są też sportowcy.

– Mam też brata, mówię brata, dlatego że byliśmy wszyscy wychowani w jednym domu – i choć to brat cioteczny, to jesteśmy bardzo blisko – który był zawodowym tenisistą. Drugi brat też gra w tenisa, uczy... Jeszcze jeden jest projektantem mody, a kolejny pracuje w muzeum. Jest nas jeszcze trochę. Jesteśmy naprawdę sporą rodziną. 

To musiał być fajny dom, tak wszyscy na kupie, tyle osobowości.

– Dzięki dziadkom mamy takie miejsce, wspólny dom. Mieliśmy dookoła ogród, rodzice nas wypuszczali – jak takie zwierzątka! – na dwór, a myśmy biegali, hasali. Różnica wieku była na tyle duża, że moje siostry były w stanie wymyślać gry dla nas młodszych i mogły się nami zajmować. Mieliśmy więc swoją bandę.

Ten Żoliborz wtedy to było miejsce bardzo przyjazne, na sąsiednich ulicach mieszkało też wiele dzieciaków znajomych moich rodziców. Jak zimą był śnieg, to żeśmy chodzili na górki i całe dnie spędzaliśmy, zjeżdżając. A lato na rowerach albo deskorolkach, albo rysowaliśmy na ulicy kredą. Wtedy jeszcze nie było tylu samochodów, nie trzeba było tak uważać.

To ty faktycznie masz gdzie wracać. Bo ty z tego wielkiego świata ciągle tylko wracasz do ziomków.

– Jak się urodzisz na Żoliborzu, to… tak już masz. Ja naprawdę dużo zwiedziłem, może nie cały świat, ale wiele miejsc i jeszcze nie znalazłem takiego, w którym czułbym się tak dobrze jak na Żoliborzu.

Oczywiście znajdzie się dużo miejsc, w których bym chętnie został na dłużej, jak Portland, Oregon czy Kopenhaga. Może nie na całe życie, ale na dłużej. Nie zamierzałem jakoś się za bardzo zasiadywać w Warszawie – zostałem zmuszony przez pandemię. Ale też nie zamierzałem się zasiadywać gdzie indziej - bo zazwyczaj produkcje operowe to dwa miesiące, maksymalnie trzy, licząc z powrotami na spektakle.

Trasy koncertowe oznaczają, że się zmienia miejsca właściwie z dnia na dzień. To mi odpowiadało, było takie ciekawe: można było sprawdzić sobie różne miejsca, różne kultury, różne ciekawostki kulinarne danego miejsca i poznać fantastycznych ludzi.

Dobrze się czujesz w nomadyczności…

– …bo mam tutaj dobry grunt, zawsze mam gdzie wracać. Jak się ma taką bazę, to jest dużo łatwiej prowadzić wędrowny tryb życia. Jestem bardzo związany z rodziną. Dla mnie to zawsze było bardzo ważne, ta wielka rodzina, która wspiera, odgrywa ważną rolę w życiu i pomaga twórczości. Wtedy jest łatwiej.

Nieważne, czy jestem w Stanach, czy w Europie – mamy grupę na WhatsAppie i codziennie ktoś tam wrzuca jakieś głupoty, wymieniamy się informacjami. Nie wyobrażam sobie życia bez tego kontaktu. Dzięki temu nie tęsknię, nie muszę wracać do domu, bo oni są i zawsze mnie wspierają.

Te moje korzenie są na tyle głęboko osadzone, że nie czuję, żeby ktoś mnie mógł zniszczyć. Bo, niestety, ten zawód nie jest taki prosty, jak by się mogło wydawać. Jest bardzo dużo hejterów, zazdrośników, nieprzyjemnych sytuacji, jak kradzież tożsamości czy wyłudzanie pieniędzy od fanów – używając mojego imienia. Ale na szczęście jestem w stanie dość szybko sobie z nimi poradzić, dlatego że mam siłę, którą czerpię z tego rodzinnego gruntu.

A jakbyś miał wskazać na wartości tej twojej rodziny, to co by to było?

– Każdy ma trochę inaczej, bo czerpie z różnych źródeł, ale jedną z najważniejszych rzeczy jest chyba ta otwartość, kreatywność i taki trochę brak strachu. Bo jak teraz sobie wyobrażam, na co moi rodzice mi pozwalali…

Na co?

– Na takie rzeczy… Oni nie mieli chyba świadomości, że na deskorolce naprawdę można sobie zrobić krzywdę. Puszczali mnie, „niech się bawi" i „niech sobie robi". Dawali mi szansę, żeby próbować różnych rzeczy: grałem w tenisa, grałem na pianinie, śpiewałem w chórze amatorskim – od którego całe śpiewanie się zaczęło – zapisałem się na capoerię, akrobatykę, breakdance. Próbowałem znaleźć taką „swoją" rzecz. To dzięki nim, temu, że zawozili mnie na te zajęcia, które mi się podobały. Nie trzymali na uwięzi.

Pewnie pomogło też to, że wszyscy w domu są artystami. Na początku nie zdawałem sobie z tego sprawy, a jednak czuć u nas tę krążącą w powietrzu kreatywność. I to, że nie ma pracy od 8 do 16, że wracasz i po prostu jesteś w domu, tylko o każdej godzinie może się coś wydarzyć, trzeba pojechać do pracowni i np. domalować obraz. To jest zupełnie inny rodzaj życia.

Tymczasem jak poszedłeś do liceum plastycznego, to gromadzono się wokoło twoich prac – ale nie żeby podziwiać, tylko dlatego, że nie były najlepsze. Czy ty to czułeś jako słabość? Wszyscy w domu coś malują a ty…

– Oczywiście, że tak. Właściwie cała rodzina jest uzdolniona wizualnie, a ja nagle nie potrafię nawet prostej kreski postawić. To jest ostre ukłucie.

Ale ja nadal uważam, że jeszcze obudzę talent, że on potrzebuje jeszcze czasu, żeby wykiełkować. I będę podejmował kolejne próby.

A wtedy naprawdę próbowałem. Dwa lata się uczyłem w liceum plastycznym i po prostu nie szło. Talent to jedno, a wypracować coś zawsze można w jakimś stopniu. Myślę, że jeszcze przyjdzie czas na wielkie prace wizualne Jakuba Józefa Orlińskiego!

Czyli kiedy śpiewałeś, to „szło"?

– Nie do końca, ale nie robiłbym tego z takim zapałem, gdyby nie dawało mi satysfakcji, radości, spełnienia.

Zresztą dla mnie zawsze najważniejszy był proces, nie wynik. Jak jeździłem na deskorolce, fajnie było przy kolegach skleić – my to nazywaliśmy „wyjaśnić" jakąś miejscówkę. Czyli zrobić jakiś taki trik, że reszta patrzy i uginają się kolana, no że nie ma pytań… Fajnie jest zrobić coś takiego. Ale najważniejszy i tak był proces: to, że siedzisz godzinami na jakimś skwerze czy w parku i katujesz się, łamiesz tę deskę kilkakrotnie, ona wali cię o piszczele. Okupujesz to okupione cierpieniem, ale potem niesamowitą satysfakcją. Jak w końcu to skleisz, to jest niesamowita radość i taki rodzaj uczucia, którego nie jesteś w stanie przełożyć na inne rzeczy.

Bo jak z muzyką jest inaczej. Jak ćwiczę sobie jakiś utwór i w końcu gram go z orkiestrą, to nagle przychodzi euforia, ekstaza – ale też stres i adrenalina. To burza fenomenalnych emocji, których trzeba się nauczyć doświadczać i nauczyć się trochę nad tym panować, żeby działały na korzyść. To trudne rzeczy do zanalizowania, ale przez doświadczenie są możliwe do opanowania. Najczęściej w śpiewie taki stres przekłada się na skrócony oddech i ogólne zesztywnienie ciała. Wraz z doświadczeniem i wyrobioną pewnością siebie na scenie jesteś w stanie ten stres opanować. Przede wszystkim trzeba znać siebie i wiedzieć, co nam może pomóc przed wyjściem na scenę, a co może bardziej zablokować.

Jak się popatrzy na całą otoczkę twoich albumów, to tam widać mnóstwo pracy – od researchu, poprzez przygotowanie, występy, ale też opowieść o danej rzeczy w mediach społecznościowych. Ogarniasz całość tego procesu, wiele poziomów.

– Od groma! I można na to patrzeć, jak patrzą niektórzy słuchacze: jest artysta, podoba mi się jego głos, słucham jego muzyki, kropka. Ale w śpiewaniu jest dużo więcej rzeczy i niektórzy dają się zaprosić do takiego szerszego odkrywania muzyki.

Wydając moje albumy, wyszukuję barokowe skarby. W przypadku pierwszej płyty „Anima Sacra" półtora roku zajęło nam, żeby coś takiego znaleźć, zedytować – bo to są wszystko manuskrypty, pisane w innej notacji niż ta, której teraz używamy współcześnie – to trwa. Trzeba sprawdzić w głosie, sprawdzić, czy mi to pasuje.

Moje płyty nie są takie, że biorę pojedyncze kawałki, stwierdzam „O, wow, super są, zaśpiewam sobie". Wszystko, co się dzieje wokół każdej mojej płyty, ma swój sens i pasuje do tematu, jaki obieramy na dany album. W „Anima Sacra" głównym pomysłem było ukazanie podróży spirytualnej, podróży duszy, wykorzystując utwory sakralne okresu baroku. Zaczęliśmy album utworem bardzo spokojnym z malutkim składem orkiestrowym, czyli sama linia basu i jedna partia skrzypiec. Wraz z rozwojem płyty dochodziła coraz większa orkiestracja i album kończy się najbardziej dramatycznym utworem z pełną orkiestrą.

Takich małych niespodzianek i ciekawostek ukrywam dość sporo na swoich albumach. To wszystko i wiele więcej jest opisane w książeczkach dodanych do płyt.

Faktycznie dużo odpowiedzialności jak na trzydziestolatka.

– Wydaje mi się, że dużo łatwiej po pierwsze, śpiewać, zinterpretować taki materiał, który sam wybrałem, zgłębiłem, a po drugie, co jest dobre dla mojej wytwórni – dużo łatwiej zareklamować go. Bo wtedy, udzielając niezliczonej ilości wywiadów na całym świecie, mogę z autentycznym zaangażowaniem opowiadać o wszystkich tych materiałach i detalach związanych z programem.

Na szczęście nie jestem w tym sam, bo utwory nie znajdują się ot tak. Mam dostęp do takich dzieł dzięki mojemu przyjacielowi śpiewakowi i erudycie Yannisowi François, który wyszukuje te skarby.

Tworząc albumy, dbam o wszystkie szczegóły, myślę np. o oprawie graficznej i wyglądzie całości – zatrudniam fotografa i grafika, który zrobi mi książeczkę i projekt płyty, żeby to też było spójne z tematem całego materiału. Wszystko jest połączone i wymaga pracy, często od 8 rano do 2 w nocy. Przy tworzeniu płyty jestem w ciągłym kontakcie z Yannisem na WhatsAppie, mailu, telefonie. Dogadujemy program, sprawdzamy rzeczy. Produkuję też swoje teledyski, które można zobaczyć na moim kanale na YouTubie czy Instagramie – nie jest tajemnicą, że jestem dość mocno instagramowym graczem.

Co cię musi uwieść w utworze? Bo czytałam recenzję Doroty Szwarcman, która pisała, że dajesz słuchaczom „przeżycie duchowe", kładziesz nacisk „raczej na urodę brzmienia i emocje niż na technikę", choć nie rezygnujesz z wirtuozerii.

– Z biegiem czasu jesteś w stanie określić, jakie rzeczy umiesz robić najlepiej i jakie rzeczy brzmią dobrze w twoim głosie. Ja uwielbiam barok – bo w baroku musisz umieć wszystko. Nie możesz śpiewać tylko wolnych piosenek, robić to dobrze i sobie na tym jechać całe życie, bo w jednej roli w operze barokowej musisz umieć zaśpiewać i szybkie przebiegi, i bardzo wolne przebiegi. Musisz umieć być szczęśliwy, zły, sfrustrowany – tyle tam jest emocji zawartych – a do tego jest mnóstwo technicznych trudności, pułapek i narzędzi dla wokalu.

A co do utworów na płytę to już dość szybko jestem w stanie stwierdzić – patrząc na przebiegi czy rozczytując kawałek utworu – że to będzie naprawdę na maksa dobrze brzmiało w moim głosie. Albo wiem, że będę w stanie to zaśpiewać, ale petardy nie będzie, będzie ładnie, ale nie powstanie utwór, który podbije świat. Specjalnie wybieram też takie, bo na jednym albumie nie można mieć tylko megahitów. Ważne, żeby znajdować rzeczy, które będą ciekawe, ładne, interesujące, ale też będą częścią większej całości, całego opowiadania.

Jest parę takich utworów, które uwielbiam, a nie stały się hitem, jak „Juste Judex" Francesco Feo czy „Fra gl'assalti di Cupido" Scarlattiego. Ale i tak dla mnie są wspaniałe jako odkrycie. Jak sobie pomyślę, że jestem pierwszym, który je wykonuje od prawdopodobnie 250 lat, to jest niesamowity zaszczyt.

A jak się np. jarasz na wideo na YouTubie Haendlem, to nagle z niego wychodzi fajny żywy człowiek, a nie jakiś spiżowy pomnik, który przez lata tworzono…

– Bo on był fajny! To stereotyp, że muzyka klasyczna jest dla jakiejś wyższej klasy społecznej i snobów. Albo że jest rodzajem rozrywki, której młodzież nie jest w stanie pojąć. Że musi przez nią brnąć!

Rozumiem, że to wszystko przez lata było kreowane w ten sposób, więc po prostu staram się pokazać inny punkt widzenia – tak, żeby dostrzegli muzykę klasyczną ludzie, którzy są w moim wieku albo młodsi. I na razie mi się to dobrze udaje: na social mediach jest bardzo dużo młodzieży, która mnie obserwuje, ale przede wszystkim liczą się koncerty. A na naszych jest bardzo dużo młodych ludzi, nawet takich, co mają po 14-16 lat. I być może przychodzą, bo znają mnie z social mediów, ale co ważne – przychodzą posłuchać, bo są megazainteresowani muzyką.

Zrobiło się trochę z tą muzyką jak z ciuchami vintage – klasyka wróciła jako moda. Barok się zrobił trendy, bo ludzie zaczęli go inaczej wykonywać. I dzięki temu, że ta muzyka naprawdę potrafi współgrać z emocjami ludzi, nadajemy na takich wibracjach, które również ci młodzi czują. Bo w muzyce baroku jest poukrywanych masa narzędzi, które sprawiają, że w naszym organizmie fizycznie zachodzi proces, że nagle coś się budzi, emocje, odczucia… No piękne.

Ale wydaje się, że ty i oni nie rozróżniacie już gatunków i epok: że masz po prostu taką uniwersalną ścieżkę dźwiękową: tu Purcell, tu Beethoven, tu hip-hop czy punk.

– Obecnie bardzo ciężko jest w ogóle cokolwiek sklasyfikować. Masa ludzi nadal uważa, że muzyka elektroniczna to młodzież, a muzyka klasyczna jest dla starszych ludzi. A przecież teraz bardzo dużo starszych ludzi – których bym nigdy nie podejrzewał – słucha np. housu. A ostatnio widziałem, że kumpel muzyk – raczej rockowy – puszczał sobie kontratenora Jaroussky’ego, jadąc samochodem w trasę. Pomyślałem sobie, że zajebiście!

Jaram się, że ci młodzi ludzie są otwarci. Bo tu chodzi o otwartość. Ja sam nie lubię się zamykać na nic. Jedyne, na co się zamykam, to disco polo. Ale do reszty staram się podejść z otwartą głową i posłuchać, zobaczyć – bo nigdy nie wiesz, jak na ciebie jakiś rodzaj muzyki zadziała.

A muzyka klasyczna jest coraz bardziej obecna w naszym codziennym życiu choćby przez muzykę filmową, bo ta opiera się w dużej mierze na klasycznej. Najwrażliwsze, najważniejsze momenty w filmach ilustrują zazwyczaj orkiestry symfoniczne – ale najbardziej zawsze nas dotykają te skrzypce albo wiolonczela. To po prostu rwie po całości.

Jeszcze chcę cię podpytać o ciało – narzędzie pracy śpiewaka. Zawsze ci śpiewacy byli tacy duzi… a ty jesteś szczupłym, wyćwiczonym tancerzem.

– Nie ma złotego środka, bo jak się ma większe ciało, no to nasze cielesne „pudło rezonansowe" jest większe. Ale to nie jest konieczne, żeby dobrze śpiewać. Ani też nie jest nic złego w tym, żeby takim większym być. Nie ma limitów ani w jedną, ani w drugą stroną. Po prostu trzeba poznać siebie, analizować i technicznie umieć obchodzić się z własnym ciałem. Ja np. wiem, że niektórych rzeczy nie mogę robić zaraz przed śpiewaniem – mówię tutaj o breakingu [breakdance] – ale z drugiej strony dużo rzeczy z breakingu pomaga mi być dobrym śpiewakiem. Np. mieć kontrolę oddechu, która jest jedną z najważniejszych rzeczy u śpiewaka.

Jesteś kontratenorem…

– …i mój rodzaj głosu nie jest czymś takim, jak to było ze 20 lat temu, czyli czymś całkowicie egzotycznym. Jest już czymś w miarę normalnym. Ja sam uważam, że to po prostu rodzaj techniki, której się używa, bo sam głos to jest głos naturalny i przybywa takich śpiewaków jak ja.

Jest na was moda? Czy też społeczeństwo się zmieniło? Pamiętam, jak ten głos był nadal uważany za niemęski. Genderowo niebezpieczny…

– Chyba obydwie te rzeczy, bo pamiętam, jak zaczynałem śpiewać w Polsce – nawet w sumie niedawno – i gdy śpiewałem w domach kultury, to często były takie niepokojące, przykre reakcje. Ludzie patrzyli na mnie jak na dziwaka. Dla studenta, który nie ma pewności w ogóle, co robić w życiu, to dość bolesne przeżycia.

Ale miałem też wrażenie, że po prostu ta świadomość, szczególnie w Polsce, muzyki poważnej była dość słaba. Teraz jest już dużo, dużo lepiej. Wydaje mi się, że przez narzędzie, jakim jest internet, ludzie dość szybko się edukują. Jak pojechałem do Niemiec czy do Włoch, to okazało się, że bycie kontratenorem jest całkiem normalne. Nagle zobaczyłem, że jest dużo więcej takich ludzi jak ja – to mnie uspokoiło.

Tak cię uspokoiło, że tańczysz brejka na scenie, robisz beatboks, w pandemii dałeś domowy koncert dla radiowej Dwójki, stojąc na dywanie w kolorowych skarpetkach, od których nie mogłam wzroku oderwać…

– To wszystko naprawdę jestem ja. Od początku miałem dość spore problemy, jeżeli chodzi o moją karierę. Nigdy nic nie było łatwo – najpierw nie dostałem się na studia, później też było bardzo pod górkę, ale koniec końców poszedłem swoją drogą i jakoś się udało.

Czytałam, że twoimi przyjaciółmi była wtedy bułka z kefirem i modelowanie dla kasy.

– To też! Ale przede wszystkim siebie samego musiałem wykombinować. Przez pierwsze lata byłem swoim własnym menedżerem, więc nauczyłem się bardzo dużo. Sam też musiałem produkować, załatwiać rzeczy i znajdować sobie pracę w różnych projektach.

Po prostu robię swoje i jeżeli to wchodzi w jakiś kanon, to OK, jeżeli nie – to się nad tym raczej nie zastanawiam i nie za bardzo przejmuję się komentarzami. Oczywiście jest dużo ludzi, którzy uważają, że super, że łamię schematy i że daję wgląd w tę muzykę klasyczną z innej strony. Ale są i tacy, którzy twierdzą, że to jest złe. Że gdy się używa tych wszystkich narzędzi, social mediów, to jest zakłamane i sztuczne. Tylko że nie jest sztuczne, jeżeli w ten sposób pokazujesz siebie!

Oczywiście jeżeli czynisz z siebie produkt i tworzysz rzeczy tylko dla pieniędzy, z czasem będzie można wyczuć w tym wszystkim biznes i sztuczność. Dlatego tak ważna w tym wszystkim jest naturalność i autentyczność. Wiadomo, że po raz kolejny oznacza to dużo pracy.

Do drugiej w nocy.

– Zazwyczaj w nocy mam czas, żeby odpisywać na wszystkie maile. Wstaję rano i robię dalej. To trudny kawał chleba. Mimo że mam fenomenalny menagement, trzymam rękę na pulsie. Jeżeli ma się jakieś swoje poglądy i chce się zostać jak najbardziej prawdziwym, szczerym wobec siebie – być spójnym – to zajmuje sporo czasu. I tysiące maili, żeby to wszystko poskładać, skoordynować.

A to gwiazdy nie powinny leżeć, pachnieć, opychać się winogronami, a menago się zatroszczy?

– Czasy się zmieniły. Nie ma lekko, szczególnie że ten świat muzyki barokowej, w którym ja się obracam, nie jest aż tak bogaty jak świat muzyki np. romantycznej. Zupełnie inne gaże są za role w operze Verdiego, Pucciniego czy Wagnera. Trzeba wyrobić sobie markę, żeby móc dostawać wyższe gaże. Nikt za ciebie takiej roboty nie zrobi.

Bardzo dużo ćwiczeń, dbania o siebie. Jak się śpiewa dwu-, trzytygodniową trasę koncertową, w której co drugi dzień podróżujesz, co drugi śpiewasz – to trzeba naprawdę znać siebie, swoją wytrzymałość, wiedzieć, co jeść, czego nie, żeby było wszystko w porządku, i dać radę na każdym wydarzeniu.

Masz swoje przyzwyczajenia związane z podróżowaniem samolotami.

– Zawsze siedzę przy oknie, bo ja się w samolocie raczej nie ruszam. Zawsze mam notesik, gdzie zapisuję pomysły, komputer, książkę. Ale przede wszystkim mam maskę do latania. To taki nawilżacz powietrza, nic specjalnego. Oraz okulary przeciwsłoneczne, czapkę. Na początku ludzie strasznie dziwnie na mnie patrzyli, a teraz, w pandemii, nagle stałem się normalny…

Na śpiewaka zagrożenie czai się z wielu stron…

– Moja pani profesor miała taką sytuację, że na scenie postawili jej lilie, a ona ma ogromną alergię na te kwiaty. To może się wydawać śmieszne i detaliczne – ale gdyby nie zauważyła zawczasu, koncert by się nie odbył. Takie małe rzeczy, a takie ważne. Będąc śpiewakiem, trzeba dokładnie wiedzieć, co ci pomoże zrobić dobre show, a co przeszkodzi.

A co ci pomaga?

– Dużo wody i rutyna fizyczna. Staram się być spokojny. Ćwiczę dużo, więc jak już nadchodzi występ, muszę zaufać, że zrobiłem tyle, ile mogłem, i wszystko będzie dobrze.

Też chcę mieć jakąś przyjemność z występowania. Nadal się uczę, żeby się dobrze bawić w czasie występów, ale idzie mi coraz lepiej.

Widać to na nagraniach w tych twoich słynnych mediach społecznościowych, na których masz tylu followersów co gwiazdy pop. 

– Na początku się bardzo opierałem, żeby robić jakiekolwiek relacje na Instagramie, ale namówił mnie przyjaciel, Piotr Klitowicz, który chciał wiedzieć, gdzie jestem, co widzę, jak wyglądają wszystkie te miejsca, które zwiedzam. Zacząłem więc wrzucać – oczywiście oprócz takich oficjalnych treści dotyczących kariery – krótkie filmiki. Głupotki – co się właśnie dzieje, dokąd właśnie podróżuję, gdzie jestem i co widzę. Jak wyglądają próby, jak wygląda miasto, ciekawostki.

Wydaje mi się, że po tych moich relacjach widać, jakim jestem człowiekiem. Jest tam bardzo dużo poważnych rzeczy, ale też dużo takich sarkastycznych – uwielbiam sarkazm – i komediowych sytuacji. Może dlatego ludzie to oglądają. To cały ja.

*Jakub Józef Orliński – ur. w 1990 r., śpiewak, kontratenor, tancerz breakdance, jeden z najpopularniejszych polskich artystów muzyki klasycznej (o ile można w ogóle doń dopasować jakąś szufladkę). Występował w Carnegie Hall, jesienią zadebiutował w Metropolitan Opera, nagrywa dla Warner/Erato. Zwycięzca Grand Finals w Metropolitan Opera, laureat nagrody brytyjskiego magazynu „The Gramophone" dla najlepszego młodego artysty, Paszportu „Polityki" w kategorii „muzyka poważna" i International Opera Awards. "New Yorker" sążnisty tekst o nim zatytułował: "Kontratenor z pokolenia milenialsów uwodzi niczym gwiazda pop". Jego klipy na YouTubie dobijają do 10 mln odsłon

Tytuł oryginalny

Jakub Józef Orliński, kontratenor: Jeszcze niedawno taki głos wydawał się niemęski, genderowo inny. Gdy śpiewałem w domach kultury, patrzyli na mnie jak na dziwaka

Źródło:

„Gazeta Wyborcza” online

Link do źródła

Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku są dostępne w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tekstów w języku polskim w sieci. Skorzystaj z prenumeraty Gazety Wyborczej.

Autor:

Aga Kozak