„Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice'a w reż. Rolanda Maya z Teatru im. Gerharta Hauptmanna w Goerlitz. Pisze Piotr Grosman w portalu24.tv.
Wystawiona na terenie starej rzeźni w Goerlitz inscenizacja „Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a w reżyserii Rolanda Maya zachwyca efektowną oprawą wizualną i pomysłowymi rozwiązaniami. Mocna muzyka, efektowna scenografia i niezwykła przestrzeń starej rzeźni w Goerlitz. Teatr im. Gerharta Hauptmanna pokazał „Jesus Christ Superstar” w inscenizacji, która zachwyca wizualnie, ale też skłania do refleksji. To rock opera, która od ponad pół wieku budzi emocje - i nadal nie zostawia widza obojętnym.
Koncepcja Rice'a i Webbera
„Jesus Christ Superstar” to znana na całym świecie rock opera z przełomu lat 1969 i 1970 autorstwa Brytyjczyków, Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a. Opowiada o ostatnim tygodniu życia Jezusa Chrystusa, widzianym oczami jego zwolenników i przeciwników. A działo się to w chwili, gdy rozkwitała jeszcze kontrkultura, gdy zmieniał się duchowy paradygmat zachodniej cywilizacji, której jednym z fundamentów jest przecież zapisana w czterech Ewangeliach Nowego Testamentu relacja o Jezusie, który na krzyżu oddał swe życie za całą ludzkość. Dzieło Rice’a i Webbera, w końcu jeden z superprzebojów popkultury, doświadczyło różnych przygód. Uznawano je za bluźnierstwo, zwolennicy politycznej poprawności dopatrywali się w nim antysemityzmu, inni z kolei gromili autorów za pokazanie Judasza i Piłata jako postaci nieledwie godnych współczucia, zapominając, że dla zachowania politycznej poprawności należałoby zakazać publikowania Biblii. Dziś, po 56 latach od powstania, „Jesus Christ Superstar” został uznany nawet przez Watykan jako jedna ze sztuk zalecanych do wystawiania.
Koncepcje Webbera i Rice'a mogą się wydać szokujące, jeśli nie zwróci się uwagi na moment, w którym powstał ich spektakl. Rozwój ruchu hippisowskiego wśród amerykańskiej młodzieży, dla której Jezus stał się idolem, zaś w czasie wojny w Wietnamie jedynym pacyfistą, do którego młody człowiek mógł się bez zastrzeżeń odwołać, sprawił, że 2 tys. lat po swej śmierci Jezus okazał się żywy…, ale był to oczywiście Jezus wyprowadzony z kościoła. Jezus–gwiazda, Jezus–idol młodzieży. Młoda Ameryka potrzebowała kogoś takiego.
Rice i Webber postanowili z Chrystusa zrobić bohatera opery i przedstawić go z perspektywy jego zwolenników i przeciwników. Kontrowersyjny spektakl najpierw wydano na płycie. W rolę Jezusa wcielił się wówczas wokalista zespołu Deep Purple Ian Gillan. Operę „Jesus Christ Superstar” przyjęto jednak z aprobatą i 12 października 1971 wystawiono ją na Broadwayu. Tym razem partie Jezusa odśpiewał amerykański wokalista Jeff Fenholt. Wbrew obawom o bojkot liczba chętnych do obejrzenia opery rosła w zawrotnym tempie. Z roku na rok przybywało teatrów, które decydowały się na wystawianie jej na rodzimych scenach. Historia rozpatrywana dotychczas wyłącznie w sferze sacrum stała się najpopularniejszym musicalem, a sam bohater Jezus Chrystus — muzycznym idolem. Rock opera Andrew Lloyd Webbera i Tima Rice'a doczekała się niezliczonych inscenizacji na scenach całego świata.
Czy w życiu prywatnym Rice i Webber wierzyli w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa?
Tim Rice opisując swoją religię, stwierdził w wywiadzie z 1982: „Technicznie rzecz biorąc, jestem anglikaninem, co właściwie nic nie znaczy. Ale nie praktykuję. Nie powiedziałbym, że jestem chrześcijaninem. Nie mam nic przeciwko temu”. Z drugiej strony, Rice stwierdził również, że adaptował biblijne historie o starotestamentowym Józefie i Jezusie na potrzeby musicali, ponieważ „zawsze wolał historię prawdziwą od nieprawdziwej”. Z kolei Andrew Lloyd Webber w wywiadzie dla „The New York Times” z 1971 powiedział, że jest agnostykiem. Dodał również, że postrzega Jezusa jako „jedną z wielkich postaci historycznych”.
Tanecznie i rozrywkowo
Widowisko Teatru im. Gerharta Hauptmanna w Goerlitz to świetny przykład pewnego zespołowego działania. Bohaterem tego spektaklu jest nie tylko Judasz i Chrystus, ale przede wszystkim tłum, zagubiony i zdezorientowany, a poszukujący życiowych wartości. Właśnie dynamiczne sceny zespołowe, interesująca choreografia autorstwa Massimo Gerardiego czynią z tej rock opery spektakl prawdziwie teatralny, bowiem w swej formie bliższa jest ona w gruncie rzeczy oratorium niż dramatowi muzycznemu. W Goerlitz rzadko zdarza się, by skład orkiestry był poszerzany o gitarę basową, gitarę elektryczną, instrumenty klawiszowe i zestaw perkusyjny. Takie połączenie orkiestry z zespołem rockowym nadaje muzyce moc niezbędną dla tego musicalu.
Choreografia Massimo Gerardiego jest idealnie wpleciona w akcję. Nie ma tu pustych ruchów, każdy jest zagospodarowany i symboliczny, przemyślany i dopracowany. Grupa młodych tancerzy, Rafail Boumpoucheropoulos, Filippo Nannucci, Giovanni Saba, Gianna Sargent, Eefje van den Bergen, Ruri Wakiyama, Szymon Walawender, Jun Wang, Florian Enzo Gerhard, Catherine Rinehart Beer, Madeleine Limmer i Frida Stenvall, wystąpiła w rolach tłumu, hipisów, hipsterów, aniołów i świty Heroda.
W tej wersji uwagę zwracają też ciekawe kostiumy Luisy Lange, choć reżyser Roland May odrzucił biblijną scenografię, powłóczyste szaty, togi, kamienną architekturę Jerozolimy. Wszystko odbywa się w nowoczesnej, industrialnej niemal scenografii Johanna Jörga, w zimnych białych światłach współczesnych reflektorów; czasem ruch na scenie „zamraża” rozbłyskujący stroboskop.
Pierwszy pojawia się Judasz Iskariota (Michael Souschek), nosi ubranie, którego pozazdrościć mu może niejeden hipster. W otoczeniu Jezusa jest jedynym intelektualistą – wszyscy inni to prostaczkowie, którzy „kochają i wierzą”. Judasz ma wątpliwości…, w Jezusie widzi mądrego i wspaniałego człowieka, który pozwolił sobie jednak na zbyt wielką odwagę. Natchniony Jezus, otoczony radosnym tłumem, wydaje się przy nim znacznie mniej skomplikowany. Lecz czyje życie jest bardziej tragiczne? Tego, który wie, że zostanie zdradzony i musi umrzeć, czy tego, który wie, że musi zdradzić?
Jezus z Nazaretu (Sascha Luder) jako jedyna ze scenicznych postaci nosi (zgodnie z wielowiekową tradycją) biały strój, lecz przecież nie powłóczystą szatę. Taki kostium mogłaby nosić niejedna rockowa gwiazda. Sanhedryn ubrany w jednakowe ciemne garnitury przypomina do złudzenia nawet nie polityków, lecz nijakich przedstawicieli średniego szczebla jakiejś anonimowej korporacji. Herod (Michael Berner) pląsa ubrany w pomarańczowy garnitur i kapelusz, jest dziś wysztafirowanym showmenem. Turba, czyli w języku dawnych pasji tłum zasypujący pojmanego Jezusa pytaniami o zrobione błędy, środki obrony, o to, co czuje, przywodzi nagle na myśl przerażające obrazy z Iranu, w którym tuż przed egzekucją reporterzy odpytują skazańca, jak się czuje, w ostatnich chwilach życia wymuszając na nim wyznania skruchy. Najnowsze wydarzenia na świecie dostarczyły jeszcze innych, równie przerażających widoków. Wszystko jest już na sprzedaż, nawet ludzkie pohańbienie i śmierć. Tym lepiej, tym atrakcyjniej.
Dobra obsada
Roland May potraktował skomplikowaną fabułę musicalu plakatowo, nie bawiąc się w niuanse psychologiczne. Zakomponował sceny zbiorowe i wplótł w nie poszczególne songi. Plany nakładają się na siebie. Inscenizacja jest logiczna, konsekwentna – i bardzo urodziwa teatralnie. Także znakomicie zaśpiewana i zagrana. Cała obsada prezentuje równy, wysoki poziom wokalny i aktorski – co ważne, bo materiał jest niezwykle wymagający.
Urodzony i wychowany w Zurychu, 39–letni Sascha Lunder w roli Jezusa oddaje konsekwencję bohatera i jego przeświadczenie, że idzie dokładnie tą ścieżką, którą ma podążać. Wybór, jakiego dokonuje, nie sprawia jednak, że opuszczają go wszystkie wątpliwości. Bywa, że wydaje się przytłoczony nadmiarem wymagań i oczekiwań – jak czasem każdy z nas. W naturalistyczny sposób pokazuje strach i cierpienie Jezusa. Jezus nie chciał być Superstar. Ludzie jednak tak Go traktowali, bo myśl o Bogu w ludzkim ciele ich przerastała.
Czyny Judasza Iskarioty w interpretacji Michaela Souscheka wynikają z wewnętrznego przekonania, że tak właśnie powinien postępować. Jest pewien, że wie lepiej, co dla Jezusa odpowiednie. Judasz jest postacią tragiczną. W zdarzeniach z ostatnich dni życia Chrystusa widzi jedynie chęć Jezusa zdobywania popularności, budowania własnego mitu.
Sopranistka Lisa Orthuber w roli Marii Magdaleny tworzy portret pozornie mocnej i odpornej na ciosy dziewczyny, która niejedno już przeszła. Ma jednak w sobie wciąż mnóstwo delikatności, a miłość do Jezusa czyni ją podatną na zranienie.
Uwagę przykuwa Hans-Peter Struppe grający Poncjusza Piłata, najpierw zaintrygowanego więźniem, potem wściekłego i zrezygnowanego, bo nie potrafi zrozumieć sposobu jego postępowania. Zwracają uwagę Fernando Nehemiah Watts w roli Kajfasza i tenor Yalun Zhang jako Annasz. Piotr zagrany przez Buyan Li (baryton) podczas wieczerzy umie się cieszyć ze szczerością dziecka, pod wpływem chwili deklaruje chęć oddania życia za mistrza, a niedługo potem nie przechodzi próby i przeżywa załamanie. Świetny jest Michael Berner (tenor) jako Herod i Yannik Gräf (tenor) jako Szymon Zelota.
Odbiór przez widza narodzonego na nowo lub odrodzonego
„Jesus Christ Superstar” kończy się sceną śmierci Chrystusa. I nie ma w nim chwili Zmartwychwstania. W naszych agnostycznych czy wręcz ateistycznych czasach ma to dodatkową i zapewne gorzką wymowę. Bo jest utrzymany w hippisowskiej stylistyce, pełny dwuznaczności i odziera z chwały Pana Jezusa Chrystusa, usprawiedliwiając przy tym Judasza. To dzieło nie powinno być raczej chwalone i doradzone nikomu przez żadnego z chrześcijan.
Ważne jest, aby pamiętać, że „Jesus Christ Superstar” nigdy nie miało być postrzegane jako interpretacja biblijna. Ten musical został napisany raczej jako świecki dramat, który przedstawiał narrację o Jezusie jako tragedię o ludziach i supergwiazdach. Jednak, jak zapewnia Ewangelia apostoła Jana 6:40 – „Każdy, kto wierzy w Syna Bożego, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. To jest Nadzieja, której się trzymać trzeba! Jeżeli ktokolwiek może naprawić ten świat, to właśnie On, Jezus Chrystus.