Jan Frycz należał do tych aktorów, których obecność na scenie trudno było pomylić z kimkolwiek innym. Wracając do ról i przedstawień, w których spotykałem jego aktorstwo — od „Hamleta” i „Ferdydurke”, przez Czechowa i Mikołaja Grabowskiego, po „Wycinkę” — próbuję uchwycić to, co sprawiało, że Frycza nie dało się oglądać obojętnie. To nie jest katalog ról, lecz osobista mapa pamięci o aktorze, który potrafił niepokoić, bawić i zmuszać do myślenia - pisze Wiesław Kowalski.
Są aktorzy, których role pamięta się długo. Są też tacy, których pamięta się przede wszystkim jako obecność. Jan Frycz należał do tej drugiej kategorii. Kiedy pojawiał się na scenie, nie można było po prostu „obejrzeć przedstawienia”. Trzeba było się z nim zmierzyć. Z jego głosem, spojrzeniem, sposobem chodzenia, pauzą, a czasem z czymś trudniejszym do nazwania — z niepokojem, który wnosił ze sobą na scenę.
Mam własną mapę spotkań z jego aktorstwem. Nie jest to oczywiście pełny obraz jego dorobku, ale właśnie dlatego wydaje mi się dziś ważny. Każdy z tych punktów pamięci mówi coś o aktorze, którego 15 sierpnia 2026 roku pożegnaliśmy. Od „Hamleta” Jana Englerta w Teatrze Telewizji, przez „Ferdydurke” Macieja Wojtyszki, „Iwanowa” i „Czajkę”, przez role w przedstawieniach Mikołaja Grabowskiego, aż po późniejsze spotkania z jego aktorstwem w Teatrze Narodowym — układa się z tego nie tyle katalog ról, ile portret artysty nieustannie sprawdzającego granice własnego zawodu.
Najwcześniej wracam myślą do „Hamleta” z 1985 roku. Frycz nie próbował w nim być pomnikiem Szekspira ani kolejnym młodym Hamletem z podręcznikowej galerii. Było w tej kreacji coś niebezpiecznie współczesnego: nerw, inteligencja, nieufność wobec świata i wobec samego siebie. Pamiętam przede wszystkim aktora, który potrafił myśleć na scenie. To określenie może zabrzmieć banalnie, ale w przypadku Frycza było fundamentalne. Jego postacie nie tylko mówiły tekst — one prowadziły w nim własne śledztwo.
Niedługo później przyszła „Ferdydurke”. Syfon był rolą z zupełnie innego rejestru, a jednak Frycz znów pokazał tę samą cechę: niezwykłą precyzję w budowaniu człowieka, który nie mieści się w jednym tonie. Gombrowiczowski świat formy i upupienia potrzebował aktora, który potrafiłby być jednocześnie komiczny i poważny, groteskowy i prawdziwy. Frycz umiał tę sprzeczność utrzymać. I właśnie dlatego Syfon nie był tylko figurą z literackiego świata Gombrowicza. Stawał się kimś realnym. Potem oglądałem go w Czechowie. W „Czajce” jako Trieplewa, w „Wujaszku Wani” jako Astrowa, a później w „Iwanowie” jako tytułowego bohatera. Czechow był dla Frycza terenem szczególnym, ponieważ pozwalał mu pokazać coś, co w jego aktorstwie zawsze fascynowało mnie najbardziej: umiejętność grania człowieka, który sam dla siebie pozostaje zagadką.
„Iwanow” jest dziś dla mnie szczególnie ważny. Telewizja przypomniała go widzom już po śmierci aktora i nagle dawny spektakl nabrał nowego, bolesnego znaczenia. Nie oglądałem w nim jedynie znakomitego aktora grającego Czechowa. Patrzyłem na artystę, który potrafił uczynić z wewnętrznego rozdarcia materię sceniczną. Iwanow Frycza nie był człowiekiem łatwym do osądzenia. Był człowiekiem zmęczonym sobą, własnymi wyborami, światem, który przestał odpowiadać na jego pytania. Ta niejednoznaczność jest chyba jednym z najważniejszych znaków aktorstwa Frycza.
Kiedy myślę o jego spotkaniach z Czechowem, wraca też Astrow z „Wujaszka Wani”. To była kolejna postać, w której pod powierzchnią słów i zachowań pracowała rozpacz. Frycz nie potrzebował jej demonstrować. Potrafił ją pozostawić w półcieniu, pozwolić, by pojawiła się w geście, w zawahaniu, w sposobie patrzenia. Aktorzy naprawdę wielcy wiedzą, że nie wszystko trzeba zagrać do końca. Czasem najwięcej wydarza się właśnie wtedy, kiedy coś zostaje niewypowiedziane.
Był również Frycz Mikołaja Grabowskiego. To osobny rozdział jego aktorskiej biografii. „Opis obyczajów”, „Kwartet dla czterech aktorów”, później kolejne spotkania z Grabowskim — tam ujawniała się inna twarz tego aktorstwa: poczucie humoru, groteska, ironia, dystans. Ale nawet w komedii Frycz nigdy nie stawał się wyłącznie aktorem poszukującym efektu. Umiał rozbawić, lecz zawsze pozostawiał pod śmiechem drugie dno. „Kwartet dla czterech aktorów” pamiętam jako dowód jego scenicznej odwagi. W takim przedstawieniu łatwo posunąć się o krok za daleko, popaść w czystą błazenadę albo przeciwnie — zacząć pilnować aktorskiej „ważności”. Frycz nie bał się ani jednego, ani drugiego. Potrafił być całkowicie serio w sytuacji całkowicie niepoważnej. To jedna z najtrudniejszych umiejętności w zawodzie aktora.
Z biegiem lat Frycz coraz częściej stawał się dla mnie aktorem, którego nie sposób przypisać do jednego stylu. Mógł być Księdzem w „Dziadach”, Markiem Antoniuszem w „Juliuszu Cezarze”, Tockim w „Idiocie”, Gloucesterem w „Królu Learze”. Każda z tych postaci wymagała innej temperatury, innego rytmu, innego rodzaju obecności. A jednak za wszystkimi pozostawał ten sam aktor: inteligentny, niepokorny, nieufny wobec łatwych rozwiązań.
Dlatego tak mocno pamiętam jego „Wycinkę”. Najpierw tę teatralną, a później także telewizyjną. Było w tym przedstawieniu coś przewrotnego: aktor grający aktora, obecność, na którą inni czekają, zanim jeszcze się pojawi. Frycz doskonale rozumiał tę grę z oczekiwaniem. Wiedział, że czasem najpotężniejszym środkiem aktorskim jest sama obietnica pojawienia się na scenie.
I wreszcie został mi w pamięci Frycz późny. Nie słabszy — przeciwnie, jeszcze bardziej świadomy siły własnych środków. „Król Lear”, „Termopile polskie”, „Burza”, „Jak być kochaną”, a potem „Kwartet dla czterech aktorów” w Teatrze Telewizji i „Wycinka”. Aktor, który przez dziesięciolecia nie przestał szukać dla siebie nowych zadań.
Kiedy dziś patrzę na tę drogę, najbardziej uderza mnie nie liczba ról. Uderza konsekwencja. Frycz nigdy nie był aktorem „bezpiecznym”. Nie dawał widzowi wygodnego schronienia. Nawet kiedy pojawiał się na drugim planie, można było mieć wrażenie, że za jego postacią kryje się cała niewidoczna biografia. Może dlatego jego role tak długo zostają w pamięci.
Nie chcę żegnać Jana Frycza listą osiągnięć, nagród, premier i tytułów. Te rzeczy zostaną zapisane gdzie indziej. W encyklopediach, archiwach, programach teatralnych. Mnie pozostają spotkania. Konkretne wieczory, sceny, głosy, twarze postaci, które przez chwilę były ważniejsze od samego aktora. A jednak właśnie dzięki nim wiem, że oglądałem aktora wyjątkowego.
Nie „wielkiego” dlatego, że tak wypada powiedzieć o zmarłym. Wielkiego dlatego, że jego aktorstwo miało własną temperaturę. Można było je lubić albo się przed nim bronić, można było zachwycać się nim albo polemizować z jego wyborem — ale nie sposób było przejść obok niego obojętnie.
Jan Frycz zostawił po sobie coś więcej niż role. Zostawił pamięć o aktorstwie jako sztuce ryzyka. O aktorze, który nie przychodzi na scenę po to, żeby potwierdzić nasze wyobrażenia o postaci, lecz po to, żeby je naruszyć. I może właśnie dlatego, kiedy dziś wracam do „Iwanowa”, nie mam poczucia, że oglądam przedstawienie z przeszłości. Mam raczej wrażenie spotkania z kimś, kto wciąż zadaje pytania.
Tylko że tym razem nie możemy już odpowiedzieć.
Jan Frycz odszedł. Jego role zostały. I pozostaje nadzieja, że długo jeszcze nie pozwolą nam o nim zapomnieć.