Logo
Recenzje

Jaka jest nasza „dżuma”, a jaka nadzieja?

30.03.2026, 11:19 Wersja do druku

„Dżuma” Alberta Camusa w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Kameralnym im. Wandy Rucińskiej w Bydgoszczy. Pisze Karolina Sałdecka.

fot. Radek Drygas/mat. teatru

Czytałam Dżumę kilka, może nawet kilkanaście razy, pragnąc za każdym powrotem ponownie przeżyć przyjemność płynącą z pierwszej lektury, goniąc wspomnienie własnych emocji i niemal nieuchwytnego smaku proustowskiej magdalenki. Nie muszę chyba wyjaśniać, że bezskutecznie? Dlatego długo przed obejrzeniem spektaklu w Teatrze Kameralnym im. Wandy Rucińskiej w Bydgoszczy zastanawiałam się, w jaki sposób można oddać klimat tak niesamowicie parabolicznej i polifonicznej powieści na scenie. Reżyser Wojciech Kościelniak zaplanował ten proces na kilku płaszczyznach, tworząc machinę, w której każdy trybik wpada na swoje miejsce.

Po pierwsze – kobiety. Kościelniak w swojej wersji oddaje im głos, podczas gdy świat u Camus był niemal wyłącznie męski. Doktor Bernarda Rieux (w tej roli Sara Lech) dźwiga na swoich barkach wyjątkowy ciężar. Lech ma tutaj gigantyczną pracę do wykonania – jak pokazać bowiem bohaterkę zaangażowaną i zdystansowaną jednocześnie? Otrzymujemy ciekawą, złożoną postać kobiety walczącej o dobro, uczciwość, prawdę, mierzącej się z naciskami ze strony prefektury, bezwzględnego doktora Richarda (jego okrucieństwo, a przez to i banalność, przyziemność zła doskonale pokazuje Filip Łach). Kobiety, która również w życiu prywatnym podejmuje wszystkie trudy, w tym trud opieki i prawdopodobnie przeczuwa, że nie ma żadnego uniwersalnego ocalenia…

Jeśli już o ocaleniu mowa, to Kościelniak – w ślad za Albertem Camus – poszukuje go w kompletnej, działającej sprawnie społeczności. Tutaj zaczynają się prawdziwe „smaczki” spektaklu, czyli podróże bohaterów w głąb samych siebie. Jeanne Tarrou (Katarzyna Chmara) mistrzowsko kreuje bohaterkę skonfliktowaną wewnętrznie. W spektaklu silna Jeanne przyjmuje ciężar dziecka kochającego bezwarunkowo, a jednocześnie próbuje rozprawić się z odpowiedzialnością, którą ostatecznie powinien dźwigać wyłącznie jej ojciec. Ten dysonans poznawczy, z którym bohaterka mierzy się w dorosłym życiu, a także pragnienie kochania i bycia kochaną, wybrzmiewa w przejmującym wykonaniu piosenki Tarrou. Potężny, przenikliwy głos Chmary, łzy w oczach, nieodłączny papieros (wręcz „uberpapieros”) - wszystko to tworzy postać wyrazistą i prawdziwą. Bardzo mocno została też podkreślona więź pomiędzy Rieux a Tarrou.

Po drugie – przemiana. Postać Ramberta od początku była dla mnie w powieści jedną z najbardziej fascynujących. W spektaklu Régine Rambert, początkowo skoncentrowana na sobie, karierze i planach ucieczki z kurczącego się przez obostrzenia Oranu, stopniowo ujawnia coraz więcej wrażliwości. Widać tutaj ogrom pracy Katarzyny Kłaczek, chociażby w jej relacji z szaleńcem Cottardem (w tej roli Adrian Wiśniewski), na którego spogląda z coraz większą nieufnością, a w ostateczności – z pogardą. W dramatycznym krzyku Régine wybrzmiewa wszystko – niezgoda na śmierć, wola walki, moralność i człowieczeństwo. Odkrycie takiego wcielenia Katarzyny Kłaczek było dla mnie jednym z najprzyjemniejszych momentów podczas spektaklu (moim prywatnym „wow”).

fot. Radek Drygas/mat. teatru

W kategorii zachwytów nie sposób pominąć Leszka Andrzeja Czerwińskiego w roli ojca Paneloux. Czerwiński wspaniale poradził sobie z pokazaniem skomplikowanej postaci jezuity, który tkwiłby zapewne w swoim pysznym przekonaniu o wyższości kaznodziei nad ludem, gdyby nie agonia Filipa Othona. To zdarzenie jest przełomowym również w powieści. Camus zachowuje dystans wobec wiary Paneloux, pozwala mu samodzielnie dostrzec, że doktryna w obliczu rozpaczy jest czymś niewystarczającym, wydmuszką. W spektaklu prywatnym kryzysem Paneloux jest dodatkowo scena w kościele i to ona pozwala w pełni dostrzec późniejszą przemianę postaci – od radykalizmu do pokornego człowieka w służbie drugiemu człowiekowi.

Po trzecie – obraz śmierci. Maria Salwińska jako Anioł Dżumy to postać przepotężna, zwiastująca zniszczenie, grająca napięciem i strachem widza bez żadnego wypowiedzianego słowa. Jest wszędzie i może wszystko. Niema władczyni naszych lęków. Paradoksalnie jej obecność w codziennym życiu mieszkańców Oranu wyciąga postaci ku światłu.

Tym światłem może być człowieczeństwo, wspólne działanie, przemiany, decyzje. W tym kontekście dojrzewa też Joseph Grand (Nikodem Bogdański), którego izolacja, choroba i doświadczenie niesienia pomocy innym przygotowują do prawdziwego, pełnego życia. Bogdański pokazał też ciekawie proces pokonywania blokady twórczej pisarza. Ruch ku życiu okazał się zbawienny.

Mocnym zabiegiem w spektaklu jest też spersonifikowanie agencji Infdok (w tej roli Zofia Gołaj). Postać ta przekazuje informacje, ale też niejako mówi w imieniu ludności miasta, pokazuje załamania, kryzysy, słabości, ciemną i jakże ludzką podszewkę strachu.

Niepokój i ciekawość widza wzmaga jeszcze muzyka Mariusza Obijalskiego, pełna napięcia i podskórnego przeczucia katastrofy (na żywo gra trio w składzie: Mateusz Krawczyk – perkusja, Antoni Olszewski – kontrabas, Kacper Kasprzak – pianino). Wrażenie narastającej grozy budują też światła w reżyserii Tadeusza Trylskiego, zdecydowanie warto zobaczyć teatralny Oran o każdej porze.

Scenografia, za którą w spektaklu odpowiada Mariusz Napierała, to jednak nie tylko mury Oranu, ale przede wszystkim schody. Stopnie, które pokonują bohaterowie nie jako symbol wyłącznie wysiłku, drogi i mierzenia się z trudnościami, ale współegzystowania, mijania się z drugim człowiekiem, niekiedy z sytuacjami, kiedy ktoś przestaje być potrzebny albo przestaje potrzebować nas; kiedy przestajemy być wygodni. Zło pod różnymi postaciami wsącza się w szczeliny murów i pozostaje ukryte, uśpione. Szczególnie wymowna pod tym względem jest ostatnia scena bydgoskiego spektaklu. Oto Bernarda Rieux nie uczestniczy w korowodzie ocalonych, przeżywając prywatną katastrofę i jednocześnie mając świadomość, że zło tylko drzemie i nigdy się nie kończy. Zabieg domykający tę scenę (celowo go tutaj nie ujawniam) mówi najwięcej o nadziei. No właśnie – jaka jest nasza „dżuma”, a jaka jest wobec niej nadzieja?

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także