EN
21.04.2022, 12:10 Wersja do druku

JAK JEDEN DZIEŃ. Dlaczego nie zaprosiłam Johna Malkovicha

Z Anną Gornostaj, dyrektorką warszawskiego Teatru Capitol, rozmawia Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.

fot. mat. teatru

O ile wiem, nie lubisz jubileuszy?

- Niezbyt, dla kobiet to zawsze niezręczne, te wszystkie urodziny, jubileusze.

A jednak obchodzisz?

- Publiczność to lubi. Teatr potrzebuje wydarzeń. A ostatnio tak mato okazji do świętowania i radości, że uznałam to za niezły pretekst.

I obchodzisz 80-lecie? Nie za wcześnie?

- Ponieważ „Małżeństwo to morderstwo" gramy razem z Olafem Lubaszenką, a on też policzył, że minęło mu niepostrzeżenie 40 lat na ekranie i na deskach scenicznych, postanowiliśmy dodać te jubileusze i wyszło nam 80 lat. A 80-lecia pracy artystycznej chyba nikt jeszcze nie obchodził?

Zacząłem podejrzewać, że planujecie stulecie, wystarczy, że minie 10 lat.

- Oby twoje słowa w złoto się zamieniły. My jesteśmy takie zwierzaki sceniczne, że marzy się nam, aby wytrwać albo umrzeć na scenie.

Nie śpieszcie się tak. 40 lat minęło jak jeden dzień? Parę sezonów w Narodowym, prawie ćwierć wieku w Ateneum i 13 lat „na swoim", czyli w Capitolu. Czy potrafisz wyłuskać trzy najważniejsze dla ciebie doświadczenia w tych czterech dekadach?

- Właśnie je wymieniłeś: pierwszy angaż - Narodowy, drugi angaż - Ateneum i trzeci Capitol.

To raczej etapy, a nie konkretne zdarzenia. Myślałem, że wymienisz spektakl, rolę, awanturę.

- Jak człowiek ma za sobą 40 lat pracy, to wszystko zaczyna się zacierać. Nawet przestałam liczyć, ile zagrałam ról. Ktoś mi czasem przypomina: o, pani w tym zagrała - a ja już nie pamiętam. Coś mi się kojarzy, ale czy to było naprawdę? Na początku mojej drogi aktorskiej grywałam dziwne role w rozmaitych filmach i nawet tego nie notowałam, różnych drobiazgów po prostu nie pamiętam. Z latami zmienia się perspektywa. Jest taka anegdota o starszych aktorach: na początku, za młodu, jak aktor dostaje rolę, sprawdza, ile ma tekstu - chodzi o to, żeby było jak najwięcej. A w moim wieku chodzi o to, żeby tekstu było jak najmniej.

Przed wejściem do Capitolu zobaczyłem wielki transparent anonsujący wasz poprzedni spektakl z Olafem Lubaszenką, „Wykrywacz kłamstw". Nadal w repertuarze?

- Jednak już zdjęliśmy ten tytuł, autor jest Rosjaninem, może to wywoływać złe nastroje. Staje przed nami pytanie: czy grać dzisiaj literaturę rosyjską, czy jej nie grać? Emocje buzują i rozumiem, dlaczego teraz nie chce się grać i odbierać literatury rosyjskiej.

Trzeba się strzec takich reakcji.

- Masz rację, ale wojna wywołuje tak straszliwe emocje, że trudno to z czymkolwiek porównać. I myśmy nagle to poczuli. Wszelkie aluzje czy elementy polityczne w spektaklach zawsze były świetnie odbierane przez publiczność - w tej chwili to się skończyło. Prawie każdy z nas stara się pomóc uchodźcom z Ukrainy.

Podobno Capitol też pomaga?

- Właścicielem budynku, w którym gramy, jest Towarzystwo Polska-Wschód, to spadek po dawnym TPPR - oni są dzisiaj towarzystwem, które autentycznie pomaga Polakom na Wschodzie. W przeszłości negocjowaliśmy czynsze, nie bez pewnych napięć, ale teraz połączyliśmy siły, ponieważ oni mają fantastyczną fundację. Dziedzictwo Kresów, która dzisiaj pomaga wszystkim w Ukrainie, nie tylko Polakom. Podjęliśmy z nimi współpracę i z każdego sprzedanego biletu przeznaczamy 5 zł na tę fundację. Ludzie, którzy przychodzą do teatru, są „usprawiedliwieni": nie przychodzą tylko po to, aby się oderwać, bo jednocześnie robią coś pożytecznego. Pokazujemy, ile świetnych rzeczy robi wspierana przez nas fundacja. Nie myślałam, że będziemy tak blisko ze sobą pracować, a publiczność będzie z tego tak zadowolona, jak to okazuje. Wiemy, że pomoc musi być długofalowa, bo potrzeby wciąż rosną. Po spektaklach publiczność nas oklaskuje, ale my klaszczemy publiczności, dziękując za wsparcie. Powstaje jakiś nowy rodzaj więzi, bo łączy nas wspólny cel.

Mówimy o kryzysie wywołanym inwazją rosyjską w Ukrainie, ale jako teatr przeszliście niedawno przez istne tsunami wywołane pandemią.

- Pandemia nas totalnie załatwiła, bo nas zamknęła. Jak myśmy to przetrwali, sama nie wiem - cudem przetrwaliśmy.

W cuda nie wierzę.

- Powiem szczerze, jak było. Przed pandemią tak nam świetnie szło, że chcieliśmy wybudować i otworzyć nową scenę. Zbieraliśmy na to pieniądze, oszczędzaliśmy każdy grosz. I to nas uratowało, ten „fundusz inwestycyjny", po którym teraz pozostało tylko wspomnienie. Sami sobie pożyczyliśmy pieniądze.

A pomoc z tarczy?

- Dostaliśmy tarczę jak wszyscy, tarcza też zadziałała, bardzo nam pomogła. I jak już zaczęliśmy się otrzepywać z tego wszystkiego, to nagle wybuchła wojna. Czy teatr to przeżyje, nie wiem.

Przed pandemią pracowaliście bardzo intensywnie. A jak to teraz wygląda? Czy ta lokomotywa bardzo zwolniła?

- Lokomotywa stanęła. Trochę zaczęliśmy ją znowu puszczać w ruch. Jest teraz inaczej, ludzie nie myślą, tak się wydaje, o teatrze, ale jednocześnie chcą się oderwać od codzienności. Wprowadziliśmy tuż przed pandemią nowy system sprzedaży biletów - mamy własne call center, dziewczyny dzwonią i zapraszają do teatru, docieramy w ten sposób do konkretnego odbiorcy. Dziennie możemy się dodzwonić do około tysiąca potencjalnych widzów. I dzięki temu monitorujemy, co się dzieje - w pierwszych dniach wojny sprzedaż bardzo spadła. Z innego powodu niż w trakcie pandemii, kiedy ludzie bali się zarazić. Musieliśmy przekonywać, że teatr jest bezpieczny. Teraz wracają, widzimy, że w teatrze oddychają, przez dwie godziny czują się wyłączeni spod naporu trudnych wiadomości.

Wróćmy jeszcze do twojego jubileuszu. Jako szefowa mogłaś zaprosić każdego, nawet Johna Malkovicha. Dlaczego zaprosiłaś właśnie Olafa Lubaszenkę. Pytam, choć spodziewam się odpowiedzi.

- Ciekawa jestem jakiej?

Że poprzednio sympatycznie wam się pracowało.

- A wiesz co? A nie.

Nie?

- Pracowało nam się sympatycznie, ale rzecz polegała na czymś innym. Zaczęliśmy szukać pieniędzy z każdej strony. Nigdy nie wyciągaliśmy ręki po pomoc, ale podczas pandemii zaczęliśmy brać udział w konkursach, składać projekty. Jednym z nich był festiwal „Capitol w drodze". Pomysł polegał na tym, że spektakl po premierze warszawskiej, która się spodobała, wyjeżdżał w objazd, ale do takich miejsc, do których w ogóle teatr nie dociera. A my jesteśmy tak przygotowani technicznie, że możemy postawić teatr nawet na Księżycu. Społecznie projekt wyglądał nieźle, więc dostał pieniądze. Problem polega na tym, że dostał jedną dziesiątą tych pieniędzy, o które występowaliśmy. I trzeba było wymyślić formułę tanich, małych spektakli. A nasze spektakle nie do końca są tanie.

Jesteśmy teatrem komercyjnym, aktorzy naprawdę sporo zarabiają. Wobec tego jak zrobić tanio? Tanio mogę, obsadzając sobą, na szczęście jestem aktorką i mogę w swoim teatrze zagrać za darmo. Kogo jeszcze mogę poprosić? Jakiegoś zaprzyjaźnionego aktora, kolegę, który zagra za jedną czwartą, a próby zrobi za darmo. Dlatego padło na Olafa, który jest aktorem i reżyserem. Stworzyliśmy spektakl „dwójkowy", który tylko dlatego wyprodukowaliśmy, że zrobiliśmy większość za darmo albo prawie za darmo, naprawdę za symboliczne pieniądze, mając w perspektywie, że kiedyś to nam się zwróci.

Ale najpierw musieliście zainwestować siebie.

- Nie mogłam o to prosić aktora, którego nie znam. To mógł być tylko ktoś zaprzyjaźniony.

John Malkovich odpadał.

- Olaf oprócz tego, że jest erudytą, fantastycznym człowiekiem, którego bardzo szanuję, nie przywiązuje wagi do pieniędzy. Musi je zarabiać jak każdy, ale ma do tego stosunek pełen luzu. Poprosiłam zaprzyjaźnioną tłumaczkę, żeby też potraktowała nas ulgowo. Spektakl powstał więc w reżimie oszczędności, a że stał się fantastycznym przedstawieniem i przygodą, to zasługa pewnego zabiegu. Żeby nam się dobrze pracowało, Olaf wymyślił, żebyśmy grali nie postacie ze sztuki, ale siebie. Gramy więc siebie w tych postaciach. Zazwyczaj jest tak, że aktor gra postać. Dostajesz scenariusz, masz do zagrania postać, wchodzisz w nią lepiej czy gorzej. Tym razem tekst zmienialiśmy pod siebie. Mało tego, po kilku spektaklach, zagranych na rozbieg, Olaf sięgnął po sposób, który stosują Anglicy - zmieniał tekst na podstawie reakcji widzów. Tłumaczka miała na tyle poczucia humoru, że przyjęła tę koncepcję. Toteż kiedy zmieniliśmy już tak wiele, trzeba było dodać w zapowiedzi: „spektakl częściowo improwizowany". I tak rzeczywiście jest, grany jest z publicznością, Olafowi to wychodzi, bo jest świetny w ripostach, a ja się uczę. Przypominają mi się czasy pracy z Hanuszkiewiczem, który tuż przed premierą - tylko młodzi mogli to znieść - przychodził i komunikował: ty już tego wiersza nie mówisz, ty weźmiesz jego zwrotkę, a ty dodasz jeszcze jedną. Tak było zawsze, on tak reżyserował. Ja to teraz mam znowu z Olafem.

Tytuł oryginalny

JAK JEDEN DZIEŃ Dlaczego nie zaprosiłam Johna Malkovicha

Źródło:

„Przegląd” nr 17

Autor:

Tomasz Miłkowski

Data publikacji oryginału:

19.04.2022

Wątki tematyczne