Logo
Magazyn

Iwona Kotzur: „zachowaj zawsze kawał nieba nad swoim życiem…”

1.09.2026, 09:44 Wersja do druku

Aktorka Iwona Kotzur zmarła 15 lipca 2026 r.. Był to okres wakacyjny, byłem za granicą – nie dane mi było pożegnać Artystki. Łączyło nas 5 lat zielonogórskiej (T. Lubuski, 1991-1996) i 2 poznańskiej (T. Polski w Poznaniu, 1998-1999) współpracy oraz wiele lat przyjaźni. Pisze Waldemar Matuszewski.

fot. W. Szmidt/mat. teatru

Nasze artystyczne drogi splątał Stanisław Hebanowski – postać poznańska: reżyser, filozof teatru, wnuk budowniczego Teatru Polskiego w Poznaniu. Pani Iwona, pochodząca z poznańskiej artystycznej rodziny (mama – Sonia Manthey - była śpiewaczką i tancerką, tata – Witold Kotzur – był skrzypkiem), pamiętała „Stulka” od wczesnej swojej młodości, bo bywał w salonie jej rodziców przy Engla 15 (dziś: Braci Niegolewskich).

Kiedy pani Iwona zaangażowała się w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze (rok 1987) wciąż jeszcze żywa była tutaj pamięć Stanisława Hebanowskiego jako kierownika literackiego tego teatru - prowadzonego w słynnym duecie H+O, czyli wespół z Markiem Okopińskim (w latach 1960-1963). Postać Stanisława Hebanowskiego była także bliska piszącemu te słowa i kiedy w roku 1991 objąłem tutaj (w duecie z Janem Tomaszewiczem) dyrekcję, miałem w pani Iwonie wielkiego sojusznika w kultywowaniu w Zielonej Górze pamięci tego wielkiego człowieka polskiego teatru. W wystawionej na Małej Scenie „Antygonie” w jego tłumaczeniu pani Iwona zagrała rolę królowej Eurydyki. Przy okazji premiery scenie tej zostało nadane imię Stanisława Hebanowskiego. Pamiętaliśmy o „Stulku” w każdą kolejną rocznicę jego śmierci -18 stycznia - miała miejsce uroczystość (np. otwarte dla publiczności czytanie sztuk, które tłumaczył). Było to dla pani Iwony bardzo ważne. O okresie zielonogórskim w swojej karierze teatralnej pani Iwona mówiła, że był to jej złoty okres.

Waldemar Trębacz, wieloletni inspicjent TL, ojciec chrzestny nadający przydomki szczególnie kochanym i kolorowym członkom zespołu swojego teatru, obdarzył panią Iwonę mianem „Kocurka” albo „Iwonicz-Zdrój”. Bezkonfliktowa „Kocurka” była duszą zespołu aktorskiego w Zielonej Górze – zarówno w siedzibie, jak i w objeździe. Lapidarny biogram „Iwonicz-Zdrój” zamieszczony we wcześniej wspomnianym małym słowniczku biograficznym TL z lat 1991-1996 brzmi następująco: Zapamiętana z takich ról jak Niania w „Romeo i Julii”, Matka w „Ślubie”, Andrea, czy Dotty w komedii „Czego nie widać” a także - ze słynnej korespondencji adresowanej (ku zdziwieniu listonoszy i zachwytowi adresatów) przy użyciu flamastrów i wyszukanej ozdobnej kaligrafii nabytej podczas studiów na wydziale historii sztuki. Ciekawa świata, podczas tournée w Paryżu lubiła zwiedzać z Jurkiem Lamentą i Jankiem Wysockim zaklęte rewiry… To prawda, z Iwonką można było konie kraść!

Wspomniana rola Andrei, zagrana w polskiej prapremierze sztuki „Andrea chodzi z dwoma” Davida Willingera (1992) na scenie TL, w dublurze z Dorotą Stalińską – opowieść o losie trójki niepełnosprawnych umysłowo dorosłych przebywających w zamkniętym zakładzie - była jedną z najbardziej przejmujących i ze szczególnym pietyzmem wykaligrafowanych kreacji aktorskich Iwony Kotzur. Aktorka tak wspomina etap przygotowywania roli: „Mieliśmy spotkania w ośrodku, gdzie ci niepełnosprawni pracowali, wykonywali jakieś drobne prace. I tam chodziliśmy ich obserwować. Zaobserwowaliśmy, że oni bardzo prawidłowo, prawdziwie reagują. To znaczy, że po prostu rozumieją. Witali się bardzo serdecznie, ale musieli się przekonać do tej osoby. Czyli też właściwe takie podejście było. (…) Oczekiwali na przyjazne traktowanie, serdeczność, żeby ich przytulić. Ale reagowali bardzo prawdziwie. Jak im się coś nie podobało, to, rzeczywiście, ze złością reagowali. I tam czerpaliśmy od nich te momenty zachowań różnych.” (wypowiedź z 24 marca 2026 r., podczas promocji wydawnictwa „La belle époque Teatru Lubuskiego (1991-1996)” w zielonogórskim klubie jazzowym „Cicha Kobieta”, z taśmy filmowej spisała te słowa inna uczestniczka wieczoru – aktorka TL Beata Sobicka-Kupczyk)

Grała dużo i czyniła to wnosząc na scenę ciepło i dobrą energię. W Zielonej Górze grał gościnnie (np. w „Andrei”) także mąż „Iwonicz-Zdrój” - Lech Gwit. Kiedy trzeba było poratować TL w obsadzeniu postaci dziecka – pod okiem mamy występował (w „Roberto Zucco” lub „Romeo i Julii”) – syn Jakub Gwit (dziś będący już dojrzałym aktorem i szefem własnego Teatru „Gwitajcie” w Szczecinie).

Kiedy w roku 1998 – idąc śladem duetu Hebanowski/Okopiński - zostałem dyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu, oczywistym było dla mnie zaproszenie do nowego zespołu pani Iwony. Tutaj wciąż mieszkała mama – Sonia Manthey, w chórze Teatru Wielkiego śpiewała siostra Magdalena, to był wielki powrót do rodzinnego miasta, do teatru swojego dzieciństwa. „Kocurka” znała w budynku Polskiego (jeszcze z dzieciństwa) każdy kąt. Teraz grała na jego scenie, ale też uważnie obserwowała poczynania dyrekcji związane z przygotowaniami do jubileuszu 125-lecia zasłużonej poznańskiej placówki teatralnej, opatrzonej dewizą „Naród Sobie” na frontonie budynku wybudowanego przez dziadka „Stulka” – również Stanisława – Hebanowskiego.

fot. M. Czerski/mat. Instytutu Teatralnego

Panią Iwonę fascynowało przywracanie wnętrzom poznańskiej bombonierki pierwotnego wystroju, odzyskiwanie teatralnych krzesełek marki Thonet, które służyły widzom z roku 1875 i lat następnych, renowacja kanapy Modrzejewskiej, starego fortepianu Blüthner, odzyskiwanie przedwojennych afiszy teatralnych – była z tym teatrem zżyta niemal rodzinnie. Fakt, że oprócz przygotowania aktorskiego pani Iwona miała za sobą studia na wydziale historii sztuki doskonale przydawał się w tym wypadku. Gdy poprosiłem o zamieszczenie w trzech okrągłych „ślepych” otworach na ścianie frontowej poznańskiego teatru portretów narodowych wieszczów, pani Iwona natychmiast podała ich fachową nazwę: tonda. Dla pani Iwony liczył się każdy szczegół wystroju i architektury teatralnej bombonierki, każdy ślad, na którym „znać było jeszcze jakąś girlandkę, uśmiech, czasami piękny odblask przeszłości” (M. Proust).

Wystawiła mi za te działania piękną laurkę, którą nieskromnie tutaj przytaczam – by pokazać, co dla Niej samej było ważne: „Byłam w 10 teatrach, miałam dwudziestu paru dyrektorów i takie mam rozeznanie w tym, jak kto się poświęca swojej pracy, jak ją traktuje. Waldemar potrafił wiele zrobić dla teatru. (…) Bardzo dużo organizował. Jest estetą, bardzo wrażliwym na wnętrza, na to, jaki jest wystrój teatru. O to bardzo dbał. Bardzo to było ważne.” (wypowiedź z 24 marca 2026 r., j. w. – spisała Beata Sobicka-Kupczak)

Była wielką orędowniczką idei Narodowego Teatru Wielkopolski, tzn. objazdu po Wielkopolsce z naszymi spektaklami – w podzięce za ufundowanie tego gmachu. Pani Iwona nie opuściła żadnego popremierowego wyjazdu z kwiatami na cmentarzyk w Gieczu, na którym pochowani są obaj Stanisławowie Hebanowscy (dziadek, właściciel Giecza i wnuk). Głęboko wierzyła, że coś ważnego przekazujemy młodzieży aktorskiej, która nam towarzyszyła w tych wyjazdach do Giecza.

Pani Iwona była także wielką entuzjastką uruchomienia w podziemiach teatru środowiskowego klubu artystów „U Stula”. Łączyło nas oboje to zapatrzenie w wielkiego człowieka teatru, którego śladami wspólnie podążaliśmy. Popiersie „Stulka” powróciło na centralne miejsce w teatralnym foyer – jak mówiła „Kocurka” – „Stulek” witał naszych widzów. Ale nasz wspólny poznański teatralny sen trwał jednak krótko, po dwóch latach został brutalnie przerwany przez poznańskich urzędników. Po moim odejściu z Teatru Polskiego, gdy nastała nowa dyrekcja, pani Iwona znalazła się na poznańskim bruku--- Bez teatru trudno jej było żyć, było ciężko. Po pewnym (wcale nie krótkim) czasie zdarzył się cud - dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu Daniel Kustosik zaprosił aktorkę do swojego zespołu. Ale zanim to nastąpiło, był trudny czas---

Dopiero kiedy przestałem być dyrektorem pani Iwony, zaproponowała przejście „na ty” – aktorka taką miała twardą i mądrą zasadę, żeby się ze swoimi aktualnymi dyrektorami nie „tykać”. W marcu 2023 spotkaliśmy się znowu w pracy – na scenie Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie. W modnej dziś formie czytania performatywnego prezentowaliśmy Prousta. Była to moja kolejna adaptacja „W poszukiwaniu straconego czasu”, zatytułowana „Nie chcę matki piękniejszej od mojej…”. Rzecz była przygotowywana wcześniej z czwórką aktorów Teatru Lubuskiego, w ostatniej chwili okazało się jednak, że jedna z aktorek do Warszawy nie może się wybrać – o ratunek poprosiłem panią Iwonę (tekst został pospiesznie przesłany do Poznania).

Przez te upływające lata kontaktowałem się z „Iwonicz-Zdrój” tylko telefonicznie (wciąż obiecując sobie spotkanie). Kiedy teraz, po latach – w marcu 2023 roku - ją ujrzałem, serce mi się ścisnęło. Z dawnej, nie narzekającej na brak ciała osoby zrobiła się filigranowa kruszyna, czas, który upłynął dał o sobie bezlitośnie znać. Pani Iwona miała tego wieczora zagrać Babkę bezgranicznie kochającą swego wnuka (Marcela), którego musi przygotować na swoje zbliżające się nieuchronnie odejście... Wszystko to, nosiła w sobie postać Prousta, aktorka miała już w sobie - zanosiło się na coś przejmującego---

Przed wieczornym występem mogła mieć tylko jedną próbę – tego samego dnia rano. Okazało się, że pani Iwona nie brała nigdy udziału w tej formie teatralnej prezentacji, tzn. w czytaniu performatywnym. „Jak tu grać do/z partnerem, kiedy trzeba, trzymając kartki scenariusza w ręku, chodzić po scenie w ustawionych sytuacjach i wciąż ślepić w tekst?” - pytała. Dla aktorki był to prawdziwy skok na głęboką wodę… Pomogli otrzaskani ze scenariuszem we wcześniejszych próbach koledzy: James Malcolm /Marcel/, Joanna Koc /Matka/ i Janusz Młyński /Ojciec/.

Lekko przerażoną na początku panią Iwonę koledzy dyskretnie naprowadzali na ułożone wcześniej sytuacje. Dwójka młodszych aktorów nie znała wcześniej pani nestorki, ale ujęła ich tą sceniczną bezbronnością – w nieznanej jej konwencji. Ich serdeczna pomoc trafiła jednak na duszę lubiącą wyzwania i niespodzianki (jak te paryskie „zaklęte rewiry” odwiedzane z Jankiem Wysockim i Jurkiem Lamentą…) oraz na wytrawną przecież aktorkę. W efekcie – mimo braku prób - Iwonka zrobiła w Instytucie Teatralnym furorę! Młodzi aktorzy po tym wspólnym, nieco partyzanckim, doświadczeniu pokochali na zawsze dzielną nestorkę i tego wyjątkowego wieczoru z panią Iwoną nie zapomną.

Z ust granej przez „Iwonicz” Babkę padły wtedy znamienne, związane z poczuciem wolności, tak ważnym dla pani Iwony (tak w życiu, jak i w teatrze), słowa - kierowane do ukochanego wnuka: Staraj się zawsze zachować kawał nieba nad swoim życiem, mój mały. Masz piękną duszę, rzadkiej ceny, naturę artysty, nie pozwól, aby jej brakło tego, co najważniejsze.

Przesłanie to już wtedy miało swoją ogromną moc, a dzisiaj - brzmi jak memento dla nas wszystkich – dla syna Jakuba, dla młodych aktorów, którzy ją wspierali na scenie Instytutu Teatralnego, dla całej aktorskiej młodzi, ale też dla starych teatralnych koni, wszystkich nas, którzy garniemy się do teatru. To przesłanie Maestra życiowej i teatralnej kaligrafii nam pozostawiła po sobie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także