EN
10.03.2022, 13:24 Wersja do druku

Itaka – w drodze do samego siebie

„Itaka” w reż. Przemysława Klonowskiego w Teatrze Collegium Nobilium w Warszawie. Pisze Hanna Strychalska.

fot. Zuzanna Mazurek

Itaka z „Odysei” Homera – to jeden z najbardziej znanych archetypów w kulturze europejskiej, tak jak powiązane z tą wyspą – synonimem rodowego gniazda i własnego miejsca na Ziemi – są postacie i przypisane im losy: Odyseusza, Penelopy i Telemacha. Itaka nie istnieje więc w „pustej przestrzeni”. Przeciwnie, skupia główne wątki i bohaterów starożytnego eposu, stanowi epicentrum zdarzeń. Z tego „punktu” wyrusza się w najważniejszą podróż i wraca z niej, ku Itace. Powraca się do samego siebie, ale będąc już innym, dojrzalszym, kto wie – może bardziej pogodzonym z własnym życiem i światem. Ale zanim do tego dochodzi, że stajemy na granicy morza i lądu pod otwartym niebem, zmęczeni, nieco nostalgiczni i nie do rozpoznania dla wielu, nawet najbliższych nam osób – otwieramy się na tę jedyną w swoim rodzaju, burzliwą wędrówkę. Aby w końcu stanąć, choćby przez chwilę, w prześwicie prawdy o sobie i sensu swojego istnienia.

Już sam motyw drogi, która rozpięta jest pomiędzy Itaką a nieznanym światem, a następnie powrotu z bagażem doświadczeń –  tak, doświadczeń, a nie łupów i skarbów, bo te niewiele znaczą wobec siły przeżyć, wartości wiedzy i wrażeń – stanowi nieustanną inspirację dla ciągle nowych dzieł: plastycznych, literackich, muzycznych i teatralnych.        

Podróż, w której pokonujemy trudy i znosimy cierpienia. Z jednej strony uderza w nas los, z drugiej –  równie nagle trafia się, ulotne ze swej natury, szczęście. Wtedy to poznajemy, jaka jest wartość świadomej egzystencji i każdej chwili, także jak kruche i przemijające jest nasze tutaj bytowanie. Itaka może być więc kwintesencją wielkiego eposu... i każdego, pojedynczego losu. Jest uniwersalna. Ma w sobie niezwykłą żywotność i moc przyciągania. Nawet wtedy, gdy oczyścimy ją z wielości wątków i motywów, którymi jest otoczona – w imię nowoczesnej, ascetycznej i naznaczonej chłodem estetyki.


„Życie to spacer po prochach klasyków/ Jestem i zniknę istoty nie zdołam przeniknąć (...)” – jak słyszymy w znanej, współczesnej piosence „Co tam?” autorstwa Katarzyny Nosowskiej, mieszczącej się w obszarze ambitnej popkultury. I tak, śladami Odyseusza, już po jego śmierci, idzie syn Telemach. Wyruszając z Itaki pozostawia starą matkę, Penelopę, która wspomina czas, gdy opuszczona została przez męża, Odyseusza. Telemach szuka prawdy o swoim ojcu, którego przecież nie zdążył dobrze poznać, chce również dowiedzieć się kim jest on sam. Podobnie, jak Odyseusz, zaznaje trudów żeglugi, wędrowania i samotności. Ogląda te same, ale przecież już inne, bo odmienione przez czas, pejzaże. Spotyka osoby, które znały jego ojca. Rozmawia z Menelaosem, królem i przyjacielem Odysa. W tę postać (głos) wcielił się Jarosław Gajewski. Władca opowiada o zmarłym przyjacielu, przypominając o ich wspólnych planach czy marzeniach. Jest refleksyjny. Widz czuje, że Menelaos wydobywa słowa z głębi przeszłości i samego siebie. Głos aktora, którego oddziaływanie wzmocnione jest przez plamę światła, wypełnia przestrzeń kameralnej sali. Menelaos – Gajewski jest obecny, choć nie ma go na scenie w sposób fizyczny. Telemach spotyka też Helenę i Kalipso. A następnie, nie wiadomo kiedy, wraca z długiej podróży na rodzimą Itakę.

Premiera multimedialnego przedstawienia „Itaka”, która odbyła się 19 listopada 2021 roku w salach Teatru Collegium Nobilium Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, skupiała się właśnie na wątku wędrówki Telemacha i wspomnianych wcześniej sytuacjach. To artystyczne przedsięwzięcie składające się z trzech części dzieje się w dwóch przestrzeniach: sceny i video. Jest połączeniem aktorstwa „na żywo”, obrazu i muzyki oraz symbolicznych dla polskiego kina fragmentów archiwalnych. Powstało dzięki współpracy Akademii ze stowarzyszeniem „Kwadrofonik”, które prowadzi Emilia Sitarz – pianistka i pedagog, członkini dwóch wirtuozowskich zespołów „Lutosławski Piano Duo” i „ Kwadrofonik” oraz pomysłodawczyni i organizatorka festiwalu „Kwadrofonik”, a także cyklu koncertów „Słuchy”– Koncerty do zwiedzania, w ramach których zaistniało przedstawienie. 

Reżyserem, także reżyserem światła i autorem libretta, jest Przemysław Klonowski. Scenariusz, pojmowany szeroko jako pomysł, tekst, plastyczna wizja całości i atmosfera muzyczno-teatralnego utworu – jak chcą go określać jego główni twórcy – zainspirowane zostały kilkoma tekstami. Są to, między innymi: „Odyseja” Homera, dramat „Helena” Eurypidesa, a także powieści „Les aventures de Télémaque” François Fénelona z 1699 roku i „Pokój na Itace” Sándora Máraiego z 1952 roku oraz jego dzienniki.

Klonowski jest artystą plastykiem, reżyserem operowym, twórcą scenografii i kostiumów teatralnych, aranżerem wystaw o szeroko pojętej tematyce historycznej i teatralnej, jak również autorem projektów graficznych książek i katalogów o tej problematyce. Wśród fascynacji literackich i podróży szczególnie preferuje Grecję. Jej historię – od starożytności po współczesność – oraz dzieła sztuki i język. Także literaturę powstałą w międzynarodowym, głównie jednak anglosaskim, kręgu pisarzy i poetów, dla których Grecja w pierwszej połowie XX wieku wraz z jej kulturą, obyczajowością i pejzażem, stanowiła „drugi dom”. Nieprzemijające źródło inspiracji twórczej i wiernej miłości. Współtwórca „Itaki” już od wielu lat „śledzi”, przede wszystkim za pośrednictwem dzienników, tę jedyną w swoim rodzaju bohemę. Żyjącą z dala od kolonialnego i przewrażliwionego na swoim punkcie Imperium Brytyjskiego czy nowoczesnej, nerwowej i ambitnej Europy, rozwijającej się w aurze wzajemnej rywalizacji z Ameryką, a przeciwnie – u źródeł cywilizacji śródziemnomorskiej. W świecie nasyconym przeszłością i trwaniem. W tej wyabstrahowanej, w pewnym sensie, rzeczywistości, autor libretta sam zanurzył się już nie jeden raz.

Muzykę do „Itaki” skomponował Sławomir Wojciechowski, ceniony kompozytor nowoczesnej muzyki, instrumentalnej i elektronicznej, improwizator, a także wykładowca Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Wykonali ją bardzo uznani muzycy: sekstet wokalny „proModern” wraz z grupą instrumentalistów. Warstwa muzyczna, czyli instrumentalno-wokalna, cały czas była połączona z aktorską. Muzycy stawali się równocześnie aktorami występującymi na scenie, a w niektórych sytuacjach było to wyraźnie zindywidualizowane, do czego jeszcze wrócę. Ubrani na czarno, wydobyci zostali z mroku przez światła reflektorów. Zazwyczaj byli prawie statyczni, przypominając archaiczne, greckie rzeźby. Wokaliści spełniali rolę greckiego chóru, wprowadzając nas w opowieść o Telemachu, w której język polski wzbogacono o grekę. Słowa wypowiadane były w rytmie, podobnie zrytmizowane – klaskania i uderzenia o uda. W skupieniu, poczuciu zamknięcia we własnym kręgu, bez żadnego kontaktu z widownią oraz w aurze dyscypliny głosów i gestów, w rękach snujących opowieść pieśniarzy – aktorów pojawiły się małe, włączone tranzystory „chwytające” relacje ze świata współczesnego.

To była ciekawa scena, będąca treściowym i estetycznym wstępem do przedstawienia. Oto powoli zanurzamy się narrację starożytnego eposu, o którym zdaje się nam, że zaistniał na początku cywilizowanego świata, podobnie jak przypowieści biblijne – a razem budują naszą europejską mentalność i kulturę. Jednocześnie widz ma tu poczucie nowoczesności, z rysem eksperymentu. Ascetyczność, surowość, a nawet pewien rodzaj chłodu właściwe dla tej sceny, okazują się charakterystyczne dla całej sztuki „Itaka”. Dziwnie łączą one „otchłań” przeszłości z teraźniejszością.

Sądzę, że podobnie symboliczną rolę – łącznika w czasie i przestrzeni – miała też „odgrywać” muzyka. Jej źródło stanowiła kameralna grupa tradycyjnych i innych, zupełnie nie klasycznych instrumentów, nie będących jednak zaskoczeniem dla bywalców „Warszawskiej Jesieni”, szczególnie koncertów z lat 70., zainspirowanych wcześniejszą twórczością Krzysztofa Pendereckiego. Poprzez odosobnione często – w moim odczuciu – dźwięki, uderzenia, zgrzyty, trzaski, spięcia i kakofonie, wydobywane także z różnych przedmiotów, kolejny raz ilustrowano niepokoje i kontrasty, a nawet więcej - fobie, chaos i rozpad rzeczywistości wokół nas. Kompozytor nie dążył więc, w żadnym razie, do zadośćuczynienia wymogom klasycznie pojmowanego piękna, które opisywane jest przez kategorię harmonii...  Ale można na tę muzykę spojrzeć jeszcze inaczej, a mianowicie zinterpretować jej wyalienowane, zaskakujące i pełne ekspresji brzmienia, jako nawiązanie do zaczątków kultury, okresu poszukiwań i prób. I wtedy można odnaleźć w niej coś podstawowego, szlachetnie prostego, naiwnego i świeżego, co charakteryzuje każdy początek.

fot. Zuzanna Mazurek

„Itaka” nasycona została muzyką. Wykonywaną „na żywo” i odtwarzaną z nagrań, śpiewaną i graną na różnych instrumentach, wybrzmiewającą jako melorecytacja i wybijany rytm, sugerowaną też na obrazie, czyli w warstwie video. Również jako muzycznie wypowiadane monologi aktorów. Istniała więc tak, jak w kulturze antycznej, gdzie obecna była we wszystkich dziedzinach życia, co potwierdza zachowane na przedstawieniach plastycznych, malarskich, jak i rzeźbiarskich, bogate instrumentarium. Towarzysząca narodzinom i śmierci, codzienności i świętowaniu. Złączona ze słowem i tańcem. Określająca aurę przepowiedni wieszczów, rezydujących przy sanktuariach oraz przemowy znamienitych retorów.


Patrząc uważnie na fragmenty video, które były częścią narracji – ale działały odrębną formą, miały „swoich” aktorów i własne obrazowe metafory, czemu też cały czas towarzyszyła warstwa muzyczna – odbiorca coraz mocnej odczuwał zależności pomiędzy sceną a video. Rozpoznawał moment dopełniania treści, dziejący się dialog czy komentarz, wobec zdarzeń na scenie. Uzyskano tu wrażenie przenikania i – na podobieństwo estetyki charakterystycznej dla malarstwa średniowiecznego i wczesnego renesansu – symultanizmu. W końcu też zaistniała „różnorodność w jedności”. Wszechobecne, a jednak „dziwnie uporządkowane” dźwięki jednoczyły te dwie przestrzenie, w których dział się teatr (montaż video – Michał Mazurek i Krzysztof Oleksiak, reżyseria dźwięku – Przemysław Kunda).

À propos oddziaływania obrazowymi metaforami. W pierwszej części „Itaki”, długą podróż Telemacha w poszukiwaniu śladów ojca i własnej tożsamości, pokazano jako ciąg spokojnych i płynnych ujęć z wnętrza magazynu muzealnego, gdzie widz patrzył na różne przedmioty, które w takich placówkach widnieją pod nazwą „rzemiosło artystyczne”. Zabicie zalotników Penelopy przez powracającego do domu Odysa, o czym wspomina w tej samej części przedstawienia sama Penelopa, zilustrowano szufladą wypełnioną bronią. Zdawało się, jakby przeglądał ją Telemach, przywołując wspomnienie tej krwawej zbrodni, w której sam uczestniczył. W trzeciej części natomiast obserwowaliśmy uporczywe wręcz poszukiwanie głosów z przeszłości, co ukazano poprzez kadr z widokiem starego magnetofonu kasetonowego, w którym ktoś, wielokrotnie i w różne strony, przesuwa taśmę.  Odbiorca ponownie mógł sądzić, że to jest Telemach. Są to niebanalne, wizualnie pomysły, ale – moim zdaniem – fragmenty te trwały zbyt długo, choć możliwe, że było to zamierzone i miało budzić skojarzenia z wytrwałością, dociekliwością głównego bohatera, Telemacha, którego grał – Tomasz Osica, student Akademii Teatralnej.

 

W sekwencjach video wystąpiły wybitne aktorki teatralne i filmowe: w pierwszym „akcie” Emilia Krakowska jako Penelopa, w drugim – Barbara Krafftówna jako Helena i Maja Komorowska w roli Kalipso. Każda z nich inaczej, pod względem treści i formy, a także „bliskości” z odtwarzaną przez siebie postacią, zaznaczyła własną obecność w przedstawieniu, ale zawsze była ona intensywna.

Penelopa, jak o tym już wspomniano, zaistniała w krótkim monologu o długiej samotności i zalotnikach, a jej głos miał w sobie niezwykłą głębię i spokój. „Widziałam” ją jako kolumnę głosu, w świetle, po prawej stronie sceny. Taką barwę mógł mieć głos biblijnej Sary, żony Abrahama. Rzeka zdarzeń płynie, burzy się i uspokaja, a ona, Penelopa, trwa nadal i dziwi się temu trwaniu. To właśnie można było usłyszeć w głosie Emilii Krakowskiej, przemawiającej ze swojego świata, z dalekiej perspektywy, gdzie początek jest już za mgłą. Zupełnie jakby pytała: „To wszystko było przecież tak dawno, czy zdarzyło się naprawdę i czy jeszcze ma jakieś znaczenie?”.

Helena jawiła się w sposób skomplikowany, choć nie sądzę, aby wydawała się reżyserowi przedstawienia ciekawsza, pod względem psychologicznym, niż pozostałe postacie kobiece, które wybrał z Odysei, i o których tyle już napisano. A więc najpierw zaistniała „na żywo”, na scenie, jako trzy młode, ładne, uwodzicielskie i… okrutne wobec Telemacha – kobiety. W tych rolach, śpiewając, wystąpiły członkinie zespołu „proModern”. Może każda z nich reprezentowała inny aspekt postaci Heleny?  Kobiety były intrygujące, stojąc blisko siebie, z partyturami w dłoniach, wydobyte z mroku poprzez światło. Przypominały Mojry albo może zwodzące pięknymi głosami i ponętnymi sylwetkami Syreny, które niegdyś napotkał Odys wraz z towarzyszami. Później zjawiła się jako głos Helena znacznie starsza i nostalgiczna. Tak, ta Helena była cała zanurzona w czasie, ale jej głos był jasny, kilkadziesiąt lat młodszy, miał w sobie dziewczęcy wdzięk (głos – Julia Borkowska). Tym razem – nieokreślony kształt i lekko drżał pośrodku sceny. „Ale pierwszy był Aleksander” – stwierdziła, jakby porządkując chronologię zdarzeń we własnym życiu.

Dodajmy, że obie, Penelopa i Helena, a więc Emilia Krakowska i Barbara Krafftówna, zostały widzom przypomniane na „ekranie” we fragmentach swoich wcześniejszych ról. Oto jak wyglądały, gdy budziły podziw świata... starożytnego i współczesnego. Krafftówna – w znanym monologu, który dzieje się w samolocie i rozpoczyna akcję legendarnego filmu „Jak być kochaną” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa z 1963 roku.

W postać Kalipso wcieliła się Maja Komorowska, ale to stwierdzenie jest zbyt proste, ponieważ jako jedyna bohaterka nie przypominała widzom swoich losów. Nie zobaczyliśmy jej też w ujęciach archiwalnych. Niezwykłość Kalipso została wyrażona, pokornie i w aurze zachwytu, przez Telemacha. Zobaczył ją „oczami wyobraźni” dokładnie tam, gdzie kierował spojrzenie widowni – w jasnym świetle reflektora, siedzącą przy stoliku, na kanapie, wyścielanej kardynalską czerwienią. Gdy nagle „zmaterializowała” się na video, wszedł z nią w dialog. Kalipso – Komorowska, w wyznaczonym jej czasie, prawie bez przerwy widoczna była na video. Rozmawiając ze swojej rzeczywistości z Telemachem obecnym na scenie – co szczególnie połączyło video ze sceną i widownią – była równocześnie zajęta rozmową z niewidocznym dla widza reżyserem. Czy reżyser w tym momencie był Telemachem? To możliwe.

Wspomniany dialog dotyczył przesłania sztuki. Bohaterka snuła przejmujące refleksje o przemijaniu, zerkając nieznacznie do zapisków przypominających osobisty dziennik (Barbara Osterloff, „Pejzaż. Rozmowy z Mają Komorowską dawne i nowe”). Czy ta zupełnie inna, „prywatna” forma zaistnienia, jakbyśmy to określili – pomysł na postać, wynikły z upodobania Przemysława Klonowskiego do szczególnego gatunku literackiego, jakim jest właśnie dziennik? Moim zdaniem jest to również wyraziste wskazanie na osobowość aktorki. Jej wypowiedź, której treści świadomie nie przytoczę – choć zapadła mi w pamięć i głęboko mną poruszyła – mogła doprowadzić widza do miejsca, gdzie nurt jest najgłębszy i gdzie giną już wątpliwości, wyparte przez świadomość i mądrość.

fot. Zuzanna Mazurek

W tym miejscu warto wspomnieć, iż spektakl dział się w trzech kameralnych wnętrzach, co odpowiadało jego trzem częściom. Widzowie więc przemieszczali się od sali do sali, przechodząc korytarzami, gdzie na ścianach widniały fotografie z wizerunkami absolwentów Akademii Teatralnej –  jej wszystkich roczników. I tak, przed wejściem do każdej sali, odbiorca natrafiał na ekran z twarzą Penelopy – Emilii Krakowskiej, Heleny – Barbary Krafftówny i Kalipso – Mai Komorowskiej. Portret bohaterki mitu, a zarazem znakomitej aktorki, zamieniał się – jakby w duchu „Przemian” Owidiusza – w asfodel, roślinę symbolizującą inną rzeczywistość i nieśmiertelność.


Całość przedstawienia zamyka wyjątkowa sekwencja video, która z jednej strony stanowi część eksperymentu, jakim w pewnym stopniu jest „Itaka”, z drugiej zaś buduje rodzaj obrazowego i filozoficznego komentarza. Wystąpili w niej artyści Domu Aktora Weterana Scen Polskich w Skolimowie: Halina Jabłonowska –  aktorka teatralna i filmowa oraz Piotr Friedrich – pionier i współorganizator telewizji w Polsce, wybitny reżyser, realizator i scenarzysta, a także twórca wielu nagrodzonych, popularnych programów telewizyjnych. Na ten komentarz złożyły się materiały o zróżnicowanej formie, a więc połączenie sytuacji zarejestrowanych w czasie przygotowań do emitowanego właśnie nagrania, kadrów „podpatrzonych”, które mogły być także nieco kreowane oraz krótkich, osobistych wypowiedzi przypominających wywiady. „Odchodzę, ale bardzo powoli...”, rozważa Halina Jabłonowska.

Szczególnym łącznikiem, pomiędzy dość swobodną narracją „Itaki” a pełnymi światła kadrami ze Skolimowa, jest postać starego Telemacha granego przez Friedricha. Oto sam Telemach dopłynął do tego miejsca w czasie, w którym spotkał niegdyś wiekowe już Penelopę, Helenę i Kalipso. Jego twarz jest uważnie, łagodnie i z bliska okrążana przez „oko” kamery. A ta skupia spojrzenie widzów na jego jasnych oczach, w których jakby zapisany został los i długa podróż życia Telemacha – Friedricha, o czym zresztą sam mówi w monologu zza kadru. 

Telemach ze Skolimowa obejmuje nas prawdą swojego spojrzenia, czego nie trzeba, a może wręcz nie powinno się definiować, ponieważ to, co jest najważniejsze, tak w świadomej egzystencji, jak i w sztuce, pozostaje nienazwane.

fot. Zuzanna Mazurek

„Itaka” jest przedstawieniem traktującym o rzeczach najważniejszych i, jednocześnie, skomplikowanym formalnie. Nie wiem czy taki stopień komplikacji był niezbędny dla wyrażenia tych właśnie treści. Przyjmuję, iż poprzez swoją złożoną konstrukcję i charakter interesujących pomysłów teatralnych, miało ono przynależeć do współczesnego trendu inscenizacji, który rozwija się na polskiej scenie, począwszy od drugiej połowy lat 90. XX wieku. Ten zamysł został spełniony. Patrząc z mojego „klasycznego” punktu widzenia – a może po prostu idąc za wymogami logiki, komunikatywności, spójności i siły wyrazu – przekaz „Itaki” wybrzmiał jasno i przemówił do widza. Osiągnięciu tego podstawowego i ważnego celu, podporządkowano bogate i umiejętnie użyte środki artystyczne. Narracja rozwija się w dwóch przestrzeniach równocześnie – sytuacja jest więc inna niż wtedy, gdy warstwa video stanowi jedynie efektowny, modny czyli wymagany element inscenizacji. Całość przenika muzyka, co zgodne jest z założeniami przedsięwzięcia, które miało łączyć teatr z rodzajem koncertu. Podstawową wartością jest tekst, który okazał się mądry, interesujący i jednolity stylistycznie. Jak tchnienie przeszłości, jak pełne szacunku i zaciekawienia pochylenie się nad źródłem, które przeszłość odbija. Niezwykle wybrzmiewają fragmenty interpretowane przez aktorki: Krakowską, Krafftównę i Komorowską. Dzięki nim pojawiła się moc słowa, które jest u podstaw teatru jako misterium – w jedności z muzyką.

„Itaka”, oddziałując na widza poprzez egzystencjalną prawdę tekstu pięknie zinterpretowanego i wyrazistą formę plastyczną – dopełnioną przez światło, a miejscowo również znaczenie koloru – stopniowo buduje w widzu refleksje, jak i emocje. Aby przeważyć szalę wzruszenia w scenie monologu starego Telemacha – Friedricha, którego twarz i spojrzenie pamiętać będę jeszcze długo.

[26 grudnia 2021 roku]

Barbara Krafftówna w otoczeniu twórców przedstawienia “Itaka”, 2021, fot. Agnieszka Kokowska

Źródło:

Materiał nadesłany