12.08.2021, 10:22 Wersja do druku

Instytucja operowa Kazimierz Kowalski

Zauważyłem, że jeśli ktoś przyniesie tę ohydną wiadomość o czyjejś śmierci, zwykle reagujemy irracjonalnym okrzykiem: „Żartujesz!". Takie poczucie koszmarnego żartu towarzyszyć mi odtąd będzie w żałobie po Kazimierzu Kowalskim - pisze Sławomir Pietras w Tygodniku Angora.

Pierwsze reakcje otoczenia i informacje medialne o jego odejściu trąciły banałem, płycizną i tandetą. Że był wybitnym śpiewakiem (zapowiadał się na takiego, ale później odpuścił), wieloletnim dyrektorem Teatru Wielkiego w Łodzi (dwie kadencje - jedna czteroletnia, druga trzyletnia - to znowu nie taka wieloletniość) i autorem audycji radiowych o sztuce operowej (ale nadawanych dopiero po północy, więc nie przez wszystkich słuchanych}.

Kazimierz Kowalski to przede wszystkim człowiek instytucja operowa. Swą obecnością, działaniem, energią i - dla niektórych - charyzmą uosabiał liczne zabiegi o miejsce dla sztuki operowej w palecie zjawisk artystycznych.

Urodził się w Łodzi 70 lat temu, i będąc przez całe życie konkretnym i precyzyjnym, rozstał się z tym światem dokładnie w dniu swoich urodzin. Pochodził z domu inteligenckiego i aż do dorosłości był wychowywany przez matkę i ciotkę (jej siostrę), które prześcigały się w rozpieszczaniu Kazia wykazującego od dziecka liczne uzdolnienia artystyczne. Ojciec był lubianym aktorem teatralnym i estradowym, prawie zawsze obecnym na widowni, gdy syn śpiewał swe najbardziej odpowiedzialne role. Wczesna próba umieszczenia dziesięciolatka w Studiu Baletowym pod skrzydłami Feliksa Parnella nie powiodła się, bo u urodziwego adepta tańca zdiagnozowano poważną wadę serca. Potem ukrywał ją przez całe życie, lekceważąc jej groźbę aż po ostatnie dni, co skończyło się zaskakującą tragedią.

Posunięciem niezwykle trafnym było wstąpienie Kazia - już wtedy młodocianej gwiazdy piosenki i muzyki rozrywkowej - do Akademii Muzycznej na Wydział Wokalny do klasy prof. Antoniego Majaka. Ten wybitny bas, profesjonalny reżyser i kompetentny pedagog, ukształtował podstawy wokalne swego pupila na tyle solidnie, że w roku 1976 Kazimierz Kowalski zdobył w Tuluzie trzecią nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Wokalnym, przy czym pierwszej i drugiej nie przyznano, więc on był najlepszy!

Antoni Majak nadal sprawował nad nim artystyczne ojcostwo. Kaziu, będąc już solistą Teatru Wielkiego w Łodzi, przejmował kolejno najlepszy repertuar swojego profesora: Kecala w „Sprzedanej narzeczonej”, Żupana w „Baronie cygańskim”, Zbigniewa w „Strasznym dworze” czy tytułowego Don Pasquale, szczególnie interesującą rolę w jego coraz bardziej bogatym repertuarze. W międzyczasie powiększył go o Doktora w „Traviacie”, Colline'a w „Cyganerii”, Niko w musicalu „Zorba”, Chorążego w „Hrabinie”, Don Basilia w „Cyruliku sewilskim”, Masetta w „Don Giovannim”, tytułową w „Maestro di Capella” i wiele innych partii operowych śpiewanych na zmianę z doborową czołówką łódzkich basów w tamtych latach: Tomaszem Fitasem, Włodzimierzem Zalewskim, Andrzejem Malinowskim, Piotrem Nowackim, Romualdem Tesarowiczem, Piotrem Micińskim, ale to jeszcze nie wszyscy...

W tej silnej konkurencji wygrywał dzięki swej popularności, którą zawdzięczał piosence, występom telewizyjnym, radiowym i estradowym, licznym nagraniom utworów rozrywkowych, a coraz mniej spektaklom w operze, co z czasem - mimo niepospolitego talentu - miało wpływ na poziom wokalny niezbędny do śpiewania na scenie operowej.

Ale Kaziu nie dawał za wygraną. Po ustrojowej transformacji zorganizował niezależny zespół operowy, z którym występował wszędzie, gdzie tylko się dało. Od lat kontynuował swój ciechociński festiwal operowo-operetkowy, reżyserował spektakle, lansował młode talenty, ale szanował i doceniał również starsze koleżanki i kolegów w operowym fachu. Był w naszych czasach typem przedsiębiorcy operowego na wzór teatralnych antreprenerów z XVIII i XIX wieku.

Zarazem sympatyczny i czarujący, ale jednocześnie potrafił być zasadniczy, a nawet brutalny. Przez całe życie wierny Łodzi, cieszył się łatwą rozpoznawalnością dosłownie w całej Polsce. Otoczenie rozczulał szacunkiem i opiekuńczością wobec starego profesora Majaka, pielęgnacją rodzicielskiego gniazda i dbałością o życie rodzinne, swą serdecznością na co dzień i dobrym, wyniesionym z domu wychowaniem.

Kiedyś łódzka drogówka zatrzymała mnie do kontroli. Kiedy okazało się, że jestem dyrektorem Teatru Wielkiego, funkcjonariusz, trzymając w ręku dokumenty, spytał: - Czy tam u pana pracuje ten bas Kazimierz Kowalski? - Nie tylko pracuje, ale i śpiewa! - poinformowałem. - A czy on was też tak ściska i obcałowuje, jak nas podczas kontroli? - Owszem, tylko my się odwzajemniamy i nie nakładamy mandatów-odparłem osłupiałemu milicjantowi.

Źródło: