Logo
Recenzje

Instrukcja przeżycia

5.12.2025, 12:49 Wersja do druku

„Sublokatorka” na podstawie prozy Hanny Krall w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Marek Zajdler w na stronie NaszTeatr.

fot. Karolina Jóźwiak

„Chciałabym, by widz powiedział mi: zrozumiałem” – mówiła przed premierą „Sublokatorki” reżyserka Maja Kleczewska. Przyznam ze smutkiem, że nie umiem po spektaklu udzielić tak jednoznacznej odpowiedzi. Nowa dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie wybrała na początek swej przygody ze sceną przy Zamoyskiego niełatwą do adaptacji prozę Hanny Krall. Wybór podyktowany nie tylko uczczeniem 90. urodzin pisarki, ale także bliską teatrowi Kleczewskiej tematyką przywoływania i ożywiania pamięci, a poniekąd historycznej traumy, zwłaszcza w odniesieniu do Zagłady. To co udało się wcześniej w „Dybuku” czy „Malowanym ptaku”, czego wstrząsające echa widać było w krakowskim „Weselu”, tym razem nie przemówiło. „Sublokatorka” nie wie bowiem do końca, na czym chce się skupić. Odchodzi od głównego tematu tytułowego utworu, tonie w labiryncie wątków z całej krallowskiej literatury, skręca, meandruje, przepoczwarza się, by musnąć wielu myśli, ale żadnej z nich nie uczynić przewodnią. I chyba na tym polega jej grzech główny – chciałaby opowiedzieć twórczo o wielu rzeczach, a ostatecznie nie mówi o niczym, czego już dawno nie wiemy.

Początkowo spektakl Mai Kleczewskiej miał nosić podtytuł „Instrukcja przeżycia”, a biorąc pod uwagę całokształt realizacji, byłby to chyba trafniejszy wybór. „Sublokatorka” pozostała nie tylko dlatego, że ten właśnie osobisty reportaż Hanny Krall stanowi sporą część scenicznego materiału, ale także ponieważ – zgodnie ze słowami samej reżyser – chciała ona zwrócić uwagę na specyficzny kontrakt sublokatorski towarzyszący wojnie i zagrożeniu. Gdy ofiarom udziela się pomocy, początkowo bezinteresownie, potem odpłatnie, a w końcu wymawia ów kontrakt i pozostawia samym sobie, często przypieczętowując ich los. Kleczewska widzi paralelę pomiędzy ludźmi dotkniętymi skutkami konfliktów zbrojnych, widzi jak wypowiadamy dziś kontrakt sublokatorski Ukraińcom, których najchętniej odesłalibyśmy z powrotem do domu. Tyle że analogia ta nie znalazła żadnego scenicznego odzwierciedlenia. Bo choć reżyserka wspomni o rakietach lecących z Iranu na Tel Awiw, choć pozastanawia się przez chwilę, gdzie łatwiej – na Ursynowie czy na działce – przeżyć wojenną zawieruchę, to nie zaryzykuje większych odniesień do współczesności i pozostanie zamknięta w historycznej otoczce. 

Grzegorz Niziołek przewertował uważnie setki stron zbierającego w całość reportaże Hanny Krall tomu „Fantom bólu” starając się ogarnąć ten literacki kosmos. Obok „Sublokatorki” umieścił w sztuce epizody z „Król kier znów na wylocie”, ze „Zdążyć przed Panem Bogiem”, a także historię współpracy pisarki z Krzysztofem Kieślowskim przy VIII odcinku „Dekalogu”. Twórcy starają się przedstawić nam wykrzywiony świat wojny i permanentnego strachu oczami ukrywającego się dziecka, uwypuklić perspektywę z głębi szafy. Zrekonstruować to doświadczenie ze strzępków wspomnień, które powracają natrętnie i każą analizować zdarzenia na nowo, przeżywać po wielokroć te same chwile doszukując się w zranionej pamięci ich rzeczywistego obrazu. Wir powtarzających się scen, w których życie dziewczynki jest zagrożone, miał w założeniu odzwierciedlać styl pisarski Krall, która także co i rusz przywołuje wydarzenia wspomniane już wcześniej. Kleczewska łączy to dodatkowo z bardzo filmowym odniesieniem, gdy fragment scenografii wraz z każdym powtórzeniem sceny przybliża się do nas niczym oko kamery, abyśmy mogli wyłapać jeszcze więcej szczegółów. Aby więcej szczegółów uchyliła nam zapętlona i tkwiąca bezustannie w dramatycznych przeżyciach pamięć bohaterki. Jakby to zbliżenie miało odsłonić przed nami jakąś wielką tajemnicę. O ile jednak różnoraka inscenizacja fragmentu „Dekalogu” niesie ze sobą dodatkowy ładunek emocjonalny, tak inne nawracające obrazy nie wnoszą niczego nowego, poza dojmującym poczuciem utrwalonej traumy, z której nijak nie potrafimy się wyzwolić. 

Obraz poranionego psychicznie dziecka rozkłada się na wszystkich wykonawców i ciekawie miesza w konwencjach. W Powszechnym dziecięcą, wykrzywioną okolicznościami optykę przedstawia i prawdziwa dziewczynka, i lalka, i choć na chwilę sami aktorzy, wśród których najbardziej wstrząsające wrażenie robi zbuntowany chłopiec w wykonaniu Jerzego Walczaka, zaproszonego gościnnie z Teatru Żydowskiego. I może gdyby na tej dziecięcej wizji okrutnego świata się skupić powstałoby przedstawienie jednorodne i mówiące dosadnie o czymś. Ale Kleczewska nie mogła powstrzymać się przed obudowaniem dziecięcych flashbacków pierwotnie zaplanowanym instruktażem przeżycia, strategiami ocalenia i wyciągniętymi z krallowskiej literatury scenariuszami ludzkich losów. Pojawiają się Tomasz Blatt, Marek Edelman i inni bohaterowie, wykraczający swoimi historiami poza dziecięce postrzeganie wojennej rzeczywistości i meandrujący w zupełnie inne rejony ludzkich doświadczeń. Perspektywa dziecka zostaje zaburzona, gubi się w nawarstwiających opowieściach, które składają się w rezultacie na przygnębiający obraz Zagłady i nieprzemijającej woli pozostania przy życiu. Kleczewska nie ostrzega jednak przed powtórką, bardziej rozdrapuje rany i pokazuje ile sił włożyć trzeba w przetrwanie. „Na przeżyciu musisz się skupić. […] Nie dopuszczaj do siebie zbędnego smutku. Smutek mógłby cię osłabić. […] Przetrwali ci, którzy zgodzili się nie dopuszczać do siebie współczucia i cierpienia.” - padają ze sceny trudne słowa, a ja wiem, że nie są to już wskazówki małej dziewczynki. 

Twórcy od początku starają się wzorem Krall trzymać pewien dystans do opowiadanych historii, które właściwie nie chcą być wysłuchiwane. Michał Czachor w nawiązaniu do Jokera Andrzeja Chyry z „(A)pollonii” Warlikowskiego, a może własnej roli zagranej u Kleczewskiej w 2014 roku w „Cienie. Eurydyka mówi" występuje w stroju smutnego arlekina i zaprasza wstających z widowni aktorów do przedstawiania świadectw, byle króciutko i nie za długo. Na początku drugiego aktu znajdziemy też pełen werwy latynoamerykański taniec, a potem dość ironicznie przedstawione dysputy Marka Edelmana z powstającymi ze wspomnień ciałami w prosektorium. O nagości pisać w tym miejscu nie zamierzam, bo w Powszechnym to już właściwie normalność i szokujący mógłby być co najwyżej jej brak. Bez względu jednak na sceniczne zabiegi Mai Kleczewskiej, nie buduje ona przeciwwagi dla dramatycznych wspomnień z Holocaustu. To co wybrzmiewa w literaturze Krall, na teatralnych deskach ginie przykryte bądź skrajnie trudnymi emocjami, bądź irytującym niekiedy patosem podbijanym łzawą muzyką Cezarego Duchnowskiego czy projekcjami wideo. Instrukcja przeżycia nie jest tu tematem do żartów. Podawana w formie ciągu monologów uzupełnianych - to akurat na plus - wzbogacającą wizualnie choreografią Kai Kołodziejczyk, zamiast poruszać, zaczyna dość szybko nurzyć. I choć w aktorskim oku Agnieszki Przepiórskiej zalśni łza, choć Karina Seweryn czy Agnieszka Rajda przeleją na swe postaci cały wachlarz emocji, to w gąszczu zmieniających się bohaterów i traumatycznych przeżyć ciężko jest złapać oddech na refleksję. 

Podobać się może efektowna scenografia Fabiena Lédé będąca przedłużeniem wizji reżyserki. Kleczewska dominującym elementem wizualnym zapragnęła uczynić w spektaklu podłogę nawiązującą do "Dybuka" i sali prób Teatru Żydowskiego, zakłócającą perspektywę widzenia dziecka poruszającego się nisko, poza zasięgiem okien. Dziecka zamkniętego w czterech ścianach szafy, któremu dzień miesza się z nocą, podobnie jak sufit z posadzką. Dębowa jodełka na monumentalnych, przesuwanych i podświetlanych panelach buduje klaustrofobiczny labirynt, pozwalając jednocześnie na dowolne kształtowanie scenicznej przestrzeni. O poklatkowo wysuwanym, "filmowym" fragmencie już wspominałem. Całość robi wrażenie.

"Sublokatorka" kończy się wizytą w domu dziecka w Otwocku, gdzie zgromadzono po wojnie żydowskie dzieci, które przeżyły Zagładę. Dzieci z szaf, z psich bud, skrzynek na węgiel i innych kryjówek. Straumatyzowane, a jednocześnie pełne życia. Kim będą? Co z nich wyrośnie? Czy to istotne? Na razie cieszą się życiem. Tylko czy wykrzyczane w finale niemal całkowicie niezrozumiałe tuwimowe "Ptasie radio" ma być radosną pieśnią ocalenia, czy raczej oskarżeniem, a może dziecięcym katharsis, zrzuceniem z siebie bagażu przeżytych doświadczeń? Fakt pozostaje faktem - finał utonął w zgiełku i hałasie. W nieczytelnych słowach zawarła się cała kwintesencja "Sublokatorki", spektaklu, który licząc na zrozumienie widza, obrasta nadmiernie treścią i nie może się zdecydować, o czym tak naprawdę chce opowiedzieć. 

Tytuł oryginalny

Instrukcja przeżycia - "Sublokatorka" w Teatrze Powszechnym w Warszawie, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także