EN
12.08.2022, 14:58 Wersja do druku

Ignacy Gogolewski – śpiewak dla ludzi (17 czerwca 1931 – 15 maja 2022)

Romantycznego naznaczenia nie zmieniły późniejsze kreacje artysty, które nie zawsze miały z nim związek, choć tych romantycznych ról w karierze aktora nie brakowało. Tak czy owak, zdobył Gogolewski powszechne uznanie za niezrównane interpretacje romantycznego wiersza i nic tej pozycji nie zachwiało. Pisze Tomasz Miłkowski w „Scenie”.

fot. archiwum Teatru Polskiego w Warszawie

Niewielu ponad pięciuset widzów miało przywilej oglądać i słuchać Ignacego Gogolewskiego, kiedy 9 lipca 2016 roku, na wielkich schodach u stóp Pałacu Ujazdowskiego, na warszawskiej Agrykoli, recytował strofy Mickiewiczowskiej Ody do młodości:

Młodości dodaj mi skrzydła

Niech nad martwym wzlecę światem

W rajską dziedzinę ułudy

Kędy zapał tworzy cudy (…)

Głos osiemdziesięciopięcioletniego wówczas nestora polskiego aktorstwa brzmiał jak dzwon, a w jego charakterystyczny zaśpiew i barwę wkradały się nuty nostalgii i melancholii. Gogolewski wystąpił w widowisku plenerowym Olgierda Łukaszewicza „Konstytucja dla Europy”, który właśnie jemu powierzył rolę łącznika z wielkim romantycznym dziedzictwem.

Nie tylko wziął udział w widowisku, ale i w ciągnących się godzinami próbach, czekając cierpliwie na swoje wejście – Skoro zgodziłem się wykonać zdanie, muszę skupić na nim i pozostawać w gotowości. Nic nie może temu przeszkodzić – tłumaczył aktor, dla którego misja, tradycja i profesjonalizm stanowiły artystyczne credo.

Postać w scenariuszu nosiła imię Starego Wiarusa, który paradoksalnie intonował pieśń–apoteozę młodości i zmartwychwstania. Twórca widowiska nieomylnie zobaczył w Ignacym Gogolewskim uosobienie romantycznej postawy, potwierdzając opinię Jana Kotta, który po pamiętnej premierze Dziadów (1955) w Teatrze Polskim w Warszawie w reżyserii Aleksandra Bardiniego z Ignacym Gogolewskim w roli Konrada taką przyszłość przepowiadał artyście:

Gogolewski wyrósł po „Dziadach” na największą nadzieję romantycznego teatru. Ma w sobie niezafałszowane wewnętrzne bogactwo i głębię uczuć, rzadką szlachetność gestu. Wiele jeszcze surowości w grze, ale nic ze sztampy, nic ze złego smaku, nic z wyuczonej martwoty. Jest to aktor, który ma w sobie rzadki dar nawiązywania serdecznego kontaktu z widzem (...) Jak niegdyś Osterwa i Węgrzyn.

Początkowo Ignacy Gogolewski miał dublować Stanisława Jasiukiewicza, ale choroba starszego kolegi sprawiła, że to on właśnie (ku rozpaczy Bardiniego) zagrał na premierze. Razem z Jasiukiewiczem wystąpili w tych Dziadach 270 razy. Trafił na okładki kilkunastu magazynów, z dnia na dzień stał się aktorem sławnym i podziwianym. To nie była łatwa próba charakteru.

Romantycznego naznaczenia nie zmieniły późniejsze kreacje artysty, które nie zawsze miały z nim związek, choć tych romantycznych ról w karierze aktora nie brakowało, by wymienić Kordiana, Mazepę i Fantazego z dramatów Juliusza Słowackiego czy Gustawa ze Ślubów panieńskich Aleksandra Fredry. Tak czy owak, zdobył Gogolewski powszechne uznanie za niezrównane interpretacje romantycznego wiersza i nic tej pozycji nie zachwiało (mistrzowskie monologi z Dziadów i Kordiana utrwalono na płycie Wielkie monologi romantyczne, 1967) – w Encyklopedii Teatru Polskiego znaleźć można zwięzłe dookreślenie miejsca artysty w teatrze: „uważany za odnowiciela stylu romantycznego realizmu w polskim teatrze”. A przecież Gustaw–Konrad to nie było jedyne ważne spełnienie artysty.

Dziadach po latach zagrał odkrywczo zinterpretowanego Senatora w realizacji lubelskiej realizacji Krzysztofa Babickiego (2001). Nienaganna dykcja, kontrolowany patos, wzniosłość, nieprzekraczająca granicy pompatyczności, a z drugiej strony liryzm nieledwie sielankowy, połączenie tych dwu przeciwstawnych akcentów dawało bohaterom romantycznym w jego wykonaniu szczególny wymiar – na pewno nie szeleścili martwą poezją, byli bohaterami żywymi, z krwi i kości.

fot. Stefan Okołowicz

Aktor szukał swojego miejsca w teatrze także poza repertuarem romantycznym, choć wciąż do niego wracał. W Teatrze Narodowym (1962–7), prowadzonym przez Kazimierza Dejmka, zagrał z wielkim sukcesem Nerona w Brytanniku Jeana Racine’a u boku Ireny Eichlerówny i księcia Henryka Hareforda w Ryszardzie II Szekspira (1964). Jednak najbardziej oczekiwany Kordian okazał się porażką. Rozczarowany odszedł na jeden sezon do Teatru Współczesnego Axera, gdzie także nie spełniły się jego nadzieje, potem w Teatrze Dramatycznym debiutował jako reżyser Śniegiem Stanisława Przybyszewskiego (1969). Najwyraźniej szukał nowych możliwości spełnienia.

Szansa taka się pojawiła, kiedy od sezonu 1971/72 objął dyrekcję Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, zabierając ze sobą grupę swoich utalentowanych studentów z warszawskiej szkoły teatralnej (Ewa Dałkowska, Marek Kondrat, Krzysztof Kolberger, Tomasz Marzecki, Maciej Szary). Teatrem kierował przez 4 sezony, grał wtedy niewiele, choć to na niego czekała publiczność: największe wrażenie wywołał jako Tartuffe w Świętoszku Moliera i Poeta w Weselu Stanisława Wyspiańskiego. Kiedy jednak natrafiał jako kierownik sceny na coraz większe przeszkody ze strony władz, z mieszanymi uczuciami powrócił do stolicy i zaangażował się ponownie do Teatru Polskiego (1975–80). Nie był to okres dla niego szczęśliwy, tytułowy Otello Szekspira w spektaklu Augusta Kowalczyka (1975) okazał się porażką.

Jeszcze dwukrotnie stawał na czele zespołów, lubelskiego Teatru im Juliusza Osterwy i warszawskich Rozmaitości, ale dyrekcje te przysporzyły mu więcej trosk niż satysfakcji. Latami snuł się za nim zarzut „kolaboracji” z Teatrem Telewizji w okresie aktorskiego bojkotu, a mimo to nie zawahał się podjąć obowiązków prezesa ZASP–u w czasach trudnej przebudowy (2005–6). Jednak nie liczące się dokonania społecznika, ale dorobek aktora stanowi o jego miejscu w historii polskiego aktorstwa (także filmowego – nie sposób choć nie wspomnieć o roli Antka Boryny w serialu Jana Rybkowskiego wg Chłopów Władysława Reymonta.)

Jeśli nie z romantykami, to kojarzono Gogolewskiego z repertuarem klasycznym, z teatrem „akademickim”, z tradycją, podejrzewaną o konserwatyzm. Może dlatego, że przez wiele lat związany był z Teatrem Polskim, a sam prowadząc teatry jako dyrektor chętnie sięgał po tytuły klasyczne, po dramat literacki. Toteż z zaskoczeniem przyjęto odważną decyzję artysty o ugruntowanej pozycji – w roku 2000 niespodziewanie opuścił Teatr Polski, aby rozpocząć przygodę z teatrem Jerzego Grzegorzewskiego. W Narodowym wprawdzie już wcześniej był zaangażowany, ale był to inny Narodowy od teatru z charyzmą i szczególną formą autorskiego teatru Jerzego Grzegorzewskiego.

Można było się spodziewać takiego kroku, jeśli ktoś śledził aktorskie poszukiwania Gogolewskiego, choćby w Krzesłach Ionesco (1995), kiedy partnerował Ninie Andrycz, w Szekspirowskim Juliuszu Cezarze (1996) czy nawet w roli Orgona z Molierowskiego Świętoszka (1993). Aktor najwyraźniej przekraczał ramy tradycyjnego realizmu. Swego rodzaju rozstaniem z wizerunkiem artysty „starej daty” stał się Aktor Minetti Thomasa Bernharda na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego (1999).

Związek artysty z Narodowym okazał się dla Gogolewskiego okresem aktorskich triumfów, poczynając od precyzyjnego portretu hrabiego Szarma w Operetce (2000). Udrapowany na hieratycznego stryja Ryszarda, Jana z Gandawy, zachwycił w Ryszardzie II Szekspira (2004). Zadziwił kreacjami (trzy role) w Błądzeniu wg Witolda Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego (2004): jako wuj Konstanty, król Ignacy, Hrabia Ojciec. Dopracowanymi w detalach, z rozmachem, dwuznacznością, niemal perwersją drążące wnętrza niepokojących postaci, które osaczają wyobraźnię Witolda. Zdumiewał niemal milczącą rolą w Żarze Christophera Hamptona (2007), dowodząc, jak wspaniale potrafi słuchać, jak potrafi zniknąć w partnerze.

Po rozstaniu z Teatrem Narodowym, zwrócił się ku rolom komediowym, dając znakomite kreacje w Teatrze Polonia. Rozczulał widzów do łez (ze śmiechu) w Grubych rybach Michała Bałuckiego (2008) i 32 omdleniach wg Antoniego Czechowa (2011). Jednak po raz ostatni pojawił się na Scenie Narodowej w Kordianie, wypowiadając raptem kilka wersów (jako Starzec z Ludu w scenie spisku), ale tak, że dreszcz przechodził. W ten sposób domknął klamrą swoją misję „śpiewaka dla ludzi”.

Tytuł oryginalny

Ignacy Gogolewski – śpiewak dla ludzi (17 czerwca 1931 – 15 maja 2022)

Źródło:

„Scena” nr 1-2 (109/110)