„Hotel ZNP" Małgorzaty Maciejewskiej w reż. Kuby Kowalskiego w Teatrze Telewizji. Pisze Piotr Zaremba w „Sieciach".
„Hotel ZNP" to spektakl Teatru Telewizji, przeniesiony z łódzkiego Teatru Nowego. Chwilami jego standardowo nowoczesna forma mnie nużyła, chwilami coś w nim przykuwało moją uwagę. To adaptacja powieści Izabeli Tadry sprzed dwóch lat. Chodzi o najbrzydszy hotel w Warszawie, przedstawiony tu jako miejsce schadzek. Na scenę przenieśli ten tekst Małgorzata Maciejewska (scenariusz) i Kuba Kowalski (reżyser). Wolę, jak ten ostatni zajmuje się nowymi tekstami, a nie klasyką, bo to jego estetyka. Mamy opowieść o dziewczynie imieniem Belcia (dobra Paulina Walendziak), która odbywa coś w rodzaju wędrówki – a to wychodząc za mąż za niejakiego Wilhelma, a to wprowadzając się do innych facetów. Ta podróż, ujęta w konwencję strumienia świadomości, może być przez nią wymyślona – przynajmniej częściowo.
W rozmowie po spektaklu autorka, adaptatorka i reżyser przedstawiali ją jako rodzaj żeńskiego everymana. Jej przygody czasem są sugestywne, czasem bełkotliwe. Lata temu Kuba Kowalski wraz z Julią Holewińską znaleźli receptę na męskiego bohatera-everymana w ich wspólnej sztuce „Dolce vita". Za nim można było wędrować. Belcia pozostała dla mnie nieokreślona. Jej cechy i racje rozmywały się w potokach niejasnych, czasem wulgarnych słów. Postaci z jej życia – od matki do kolejnych partnerów – to galeria dziwadeł pokazanych w konwencji groteski totalnej. Ciekawe jest jedno. W zajawkach wyczytałem, że sztuka ma być oskarżeniem tradycyjnej rodziny. Faktycznie, taki fragmencik się pojawia. Facet z walizką pełną wibratorów (niezły Damian Sosnowski) opisuje swojego patriarchalnego ojca terroryzującego bliskich (sugestywny Piotr Seweryński). Czy to jednak jedyne objaśnienie dla pustki świata Belci i jej znajomych wypełnianej narkotykami i przelotnym seksem?
„Wy się nie musicie od razu pobierać. To takie mieszczańskie" – ogłasza matka bohaterki w jednej z pierwszych scen, kiedy ta wiąże się z niepozbieranym, nieumiejącym wybrać jednej kobiety Wilhelmem. Zawsze jestem ciekaw, czy autorzy chwytający taką pustkę – jednak postnowoczesną – myślą o niej w kategoriach jakichś recept. Z dyskusji prowadzonej po spektaklu przez Agnieszkę Szydłowską po raz kolejny się tego nie dowiedziałem. Oni wszyscy mieli złych ojców? Czy może to dopust Boży, jak zmiana klimatu?