„Historia Sosnowca” Weroniki Murek w reż. Katarzyny Szyngiery w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Mamy nową straszną chorobę. Po sukcesie „1989” każdy teatr musi mieć swoją Szyngierę w repertuarze, nieważne jak wielkie poświęcenia i konsekwencje to niesie. Prowadzi nas to do dzisiejszego powodu spotkania, czyli „Historii Sosnowca” z Teatru Zagłębia.
Historia jest kobietą i z tego założenia wyszła reżyserka do spółki z Weroniką Murek odpowiedzialną za tekst i dramaturgię „Historii Sosnowca”; wspólnie starają się spojrzeć na to miasto i jego historię przez pryzmat znanych lub mniej znanych, ale istotnych historycznie kobiet, które w Sosnowcu się urodziły lub przez niego się przewinęły. W sposób typowy dla tej sceny kontekst lokalny staje się pretekstem do szerszej analizy, podobnie jak przy fantastycznej i niesłusznie zapomnianej „Środuli. Krajobrazu z Mausa” Remigiusza Brzyka i całkiem słusznie zapomnianej (dzięki bogu) „Utraconej czci Katarzyny W.”.
Twórczynie rezygnują z fabuły spektaklu ułożonej w sposób klasycznie przyczynowo-skutkowy, stawiają bardziej na format w stylu rozsypanych puzzli - pojedyncze biogramy zasłużonych Sosnowiczanek płynnie przechodzą w siebie i jedyne, co je w jakiś sposób ogranicza lub ustawia to chronologia czasowa. Wędrujemy od wydarzeń najwcześniejszych do współczesności, bo ostatni wpis w tym pamiętniku historycznym pochodzi z 2024 roku.
Wbrew tytułowi o historii Sosnowca nie dowiadujemy się tak naprawę niczego poza ogólnikowymi „tu był las” na przemian z „tu nie było nic”. Jest to zgoła rozczarowujące, bo perspektywa historii personalnej koniec końców wypiera historię zbiorową. Soczewka twórczyń ogniskuje się na jednostkach sprawdzając z jakimi przeciwnościami losu musiały się mierzyć: d trudnych dziejów służących, które musiały pracować ponad swoje siły (jak wiadomo nie było nigdy służby rodzaju męskiego, który dzielił równie podły los co kobiety), przez pozorną wolność bogatej damy Fanny Lamprecht, która pomimo swojego statusu była też więźniem braku praw dla kobiet do śledzenia losów nauczycielek, artystek i tancerek, które pomimo tytanicznej pracy nie miały okazji wybrzmieć i nie zostały zauważone.
„Historia Sosnowca” zdaje się być oddaniem głosu kobietom niesłusznie zapomnianym przez historię.
Dochodzimy jednak do zgrzytu - proponowane biografie nie są specjalnie interesujące i nie wyróżniają się aż tak na tle podobnych historii z epoki. Dodatkowo Szyngiera serwuje je w sposób pospieszny i nie daje im wybrzmieć w pełni, co doprowadza do paradoksalnej sytuacji, że nie dowiadujemy się niczego odkrywczego, ale jednoczenie nie mamy czasu się dowiedzieć, bo pędzimy do kolejnej, bliźniaczo podobnej historii podanej równie mocno na kolanie jak poprzednia.
Okazuje się też pod sam koniec, że chyba ktoś przypomniał reżyserce, że chciała musical, a nie zwykły spektakl, bo nagle wszyscy postanawiają wykonać dwie piosenki i zupełnie nie wspominać nigdy więcej o tej formie.
Trafiają się ciekawe wizualnie momenty, jak na przykład sekwencja strajku robotniczego, w którym niepokojąca choreografia Barbary Olech łączy się z pulsującym światłem, za którego reżyserię odpowiadała Milena Czarnik. Dodane jest do tego przejmujące aktorstwo Natalii Bieleckiej, która stara się relacjonować wydarzenia strajkowe, ale zagłuszona jest przez ogólny młyn akcji. Szał w oczach Bieleckiej był odczuwalny wręcz pod skórą. Super sekwencja, ale jest jedynie wyspą na oceanie beznamiętności tego spektaklu.
Ciekawym motywem, który wybija się ponad zwyczajne podawanie biografii kobiecych bohaterek, jest wątek syreny (wyborny Kacper - Jan Lechowicz), która stara się wyjść z wody i stać się człowiekiem, tylko po to, aby odkryć, że oddała swoje syrenie atuty za utratę głosu i sprawczości stając się kobietą. Ogólnie jestem zakochany w Lechowiczu, bestia na scenie z ogromnym potencjałem komediowym. Syreno H2O, proszę, pomóż mi.
Rozczarowująco „Historia Sosnowca” nie mówi nic nowego o samym mieście, nie mówi też nic odkrywczego o losie kobiet per se - o tym, jak ciężko miały kobiety, kiedyś powiedziano już bardzo wiele, obecnie wydaje mi się, że jest to trochę opowiadanie tego samego - nawet Szyngiera wałkowała ten motyw w „1989”. Ile razy można powiedzieć to samo? Błagam, niech już nas porwie 5 fala feminizmu i niech nas zatopi i przypłynie Lechowicz i mnie zabierze na morza dno.