EN
28.11.2022, 12:32 Wersja do druku

Groteskowa postopera

„Tango” Michała Dobrzyńskiego według dramatu Sławomira Mrożka w reż. Macieja Wojtyszki z Warszawskiej Opery Kameralnej - prezentacja w Operze Krakowskiej. Pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze Dla Wszystkich.

fot. Jarosław Budzyński

Po kilku latach od premiery w Warszawskiej Operze Kameralnej, do Opery Krakowskiej zawitało Tango Sławomira Mrożka w reżyserii Macieja Wojtyszki z librettem Michała Dobrzyńskiego. Sięgnięcie po najsłynniejszy dramat autora Emigrantów pokazuje jak pojemną formą jest przedstawienie operowe.

Charakteryzując bohaterów dramatów Mrożka, należy zwrócić uwagę na fakt, iż poszczególne dramatis personae to byty będące niejako projekcjami poszczególnych schematów myślowych, stereotypów i form. Marionetkowość postaci jest związana ze specyficzną konstrukcją świata relacji, w jakich występują bohaterowie. W świecie groteskowym nie ma miejsca na pełną realizację człowieczeństwa. Tworzenie postaci-marionetek jest celowe. Próba wydostania się z pułapki stereotypu jest daremna – ucieczka z jednej rzeczywistości prowadzi do drugiej, równie groteskowej. W przypadku „Tanga” ta sytuacja jest doprowadzona do perfekcji. Salon Stomila i Eleonory staje się centrum scenicznego wszechświata, w którym ścierają się, kotłują XX-wieczne idee filozoficzne.

Maciej Wojtyszko nie wyważa otwartych drzwi. Obserwujemy klasyczny pod względem fabularnym i scenograficznym spektakl. Mamy więc drewniany stół i krzesła, szezlong aka katafalk. Ciekawiej jest pod względem kostiumowym: rodzice Artura wyglądają, jak gdyby przed chwilą wrócili z koncertu The Exploited, Edek reprezentuje jakże liczną w naszym kraju grupę „Januszy” (zaskakuje brak siatki z Biedronki i Żubra w ręce), na tym tle babcia i wujek wydają się bardzo „klasyczni”. Na uwagę zasługuje również zmultiplikowany Artur (bohater plus identycznie ubrany chórek) oraz filigranowa Ala, poruszająca się w zwiewnej białej sukience.

Skoro nie w samej konstrukcji fabuły mamy szukać nowatorstwa w podejściu do Tanga, to w czym? Otóż z pomocą przychodzi nam fakt, że jesteśmy przecież w operze. Muzyka i język – to tu znajdziemy coś, co zaskoczy widza / słuchacza. Muzyka w wielu momentach spektaklu jest szarpana, atonalna. Śpiew poszczególnych aktorów oprócz „klasycznych” partii wokalnych kieruje się w stronę melorecytacji, sylabizowania, niektóre partie tekstu są wprost mówione. To tak, jak gdyby postacie chciały przełamać kolejną konwencję – tym razem operową. Jest to ciekawy zabieg, choć na dłuższą metę bywa irytujący dla ucha, utrudnia odbiór całości. Libretto Michała Dobrzyńskiego w ciekawy sposób interpretuje utwór Mrożka. W efekcie powstało coś, co moglibyśmy, na wzór teatru postdramatycznego, nazwać postoperą.

Charyzma aktorów niesie Tango. Widać, że świetnie odnajdują się w konwencji zaproponowanej przez reżysera, bawią się swoimi rolami. Widownia to czuje i może dlatego, choć przyzwyczajona do bardziej klasycznego repertuaru w operze, po wszystkim nagradza twórców gromkimi brawami.

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Piotr Gaszczyński

Data publikacji oryginału:

28.11.2022