Byłem amatorem, ale z zarysem mechanizmu twórczego, który realizowałem wbrew radom wszystkich dobrych ludzi – mówi Piotr Rogucki, znany m.in. z Comy zapowiadając jubileuszowe tournée i album „Transmutacje”. Rozmawia Jacek Cieślak w „Rzeczpospolitej”.
W październiku rozpoczniesz tournée „Rogucki x 30 z Normalnymi Ludźmi” pod hasłem „Transmutacje”. Znamy Cię jako aktora, wokalistę, dramatopisarza, autora, kompozytora. Tournée ma te wszystkie wcielenia pokazać?
Nasza mała trasa koncertowa obejmuje sześć miast, jest początkiem „obchodów” 30-lecia działalności artystycznej, zawierając w sobie elementy wszystkich dziedzin, które mnie ukształtowały i inspirowały. Tworzymy show totalne z nowymi aranżacjami moich utworów ze wszystkich grup muzycznych, które tworzyłem na przestrzeni lat: zespołu Karaś Rogucki, Coma i Rogucki Solo. A ponadto nowe utwory grane przedpremierowo w związku z planami wydawniczymi na przyszły rok. Pojawi się na trasie narracja teatralna, specjalnie zaprojektowana przez Zosię Kozłowską scenografia i wideoarty tworzone na bazie linorytów Patrycji Podkościelny, która robi dla nas okładkę albumu koncertowego o tej samej nazwie co trasa, czyli „Transmutacje”. Planujemy go uwolnić w październiku 2026 r.
Od czego zacząłeś mutować i w jakiej fazie się znajdujesz?
Moje transformacje polegają na spełnianiu marzeń i konsekwentnej, długofalowej realizacji planu twórczego. 30-lecie to moment, kiedy już jestem gotowy, żeby samemu zapoczątkować okres intensywnej pracy, finalizując zamierzenia estetyczne na podstawie swoich doświadczeń. Po pierwsze, transformuje muzyka: stworzyliśmy z Normalnymi Ludźmi swoje własne brzmienie. Transowo-hipnotyczne rytmy oraz dźwięki z pogranicza elektroniki i shoegaze'u. Na początek zrobiliśmy nowe aranże starych utworów, żeby odkryć, gdzie nas pociągnie, i w wyniku tego eksperymentu zarejestrowaliśmy album „Transmutacje”. Potem powstają nowe utwory, tam szukamy własnego języka komunikacji. Za rok planujemy również koncerty, wystawienia teatralne i słuchowiska, ale to potem, więc po kolei, bo „obchody” 30-lecia mają trwać trzy lata!
Kim byłeś, gdy wygrałeś „Oranżerię” i „Wrzosowisko” w 2000 r., „Piostury” w 2002 r. oraz „Spotkania Zamkowe w Olsztynie” 2003 r.?
Byłem marzycielem i amatorem na początku drogi – bez poczucia własnej wartości, ale z zarysem pewnego mechanizmu twórczego, który chciałem realizować, i robiłem to wbrew radom wszystkich dobrych ludzi, jakich spotkałem na swojej drodze, bo naprawdę wielu mistrzów życzyło mi dobrze. Począwszy od Jacka Kaczmarskiego czy Magdy Umer. Oczywiście, również wbrew woli wszystkich, którzy nie zdołali się ze mną zaprzyjaźnić. Moje pojęcie sztuki scenicznej zaczerpnąłem od Antonina Artauda i jego „Teatru Okrucieństwa". To on ukuł koncepcję Teatru Totalnego i tym mnie zaczarowało życie… Więc dzięki obranemu kursowi jestem gotowy realizować widowiska totalne i prowadzić swoją drogę twórczą jako zjawisko kolektywnego misterium, łącząc, a nie wykluczając...
Miałem okazję poznać Cię jako aktora TR Warszawa Grzegorza Jarzyny, gdy grałeś m.in. w szalonym spektaklu „Zaryzykuj wszystko” na Dworcu Centralnym, gdzie musiałeś wciągać sporo mąki ziemniaczanej, bo rzecz była o ludziach „zaryzykuj wszystko”. Przypomnij tamten czas i powiedz, co oznacza dla Ciebie ryzyko i czy często ryzykowałeś?
Praca w Teatrze Rozmaitości to czas mojej inicjacji aktorskiej i poznawania mechanizmów tworzenia opartych na bezwzględnym zaangażowaniu i dynamice działań. Praca nad „Zaryzykuj wszystko”, która trwała aż do ostatniego spektaklu, to uzyskanie pewności, że przy odpowiedniej intencji i motywacji, przy zgranym i lubiącym się zespole, nie ma środowiska, miejsca, czasu, w którym nie dałoby się stworzyć misterium komunikacji twórczej.
Jarzyna pokazał mi teatr typu „trash” i z niego wyrosła moja pewność siebie w warunkach scenicznych. Trwało to, co prawda, 20 lat, ale się udało.
Co do ryzyka – to zawsze starałem się go unikać, mam taki mechanizm, przegaduję go z kolejnym terapeutą. Niestety, to bardzo zwodnicze, ponieważ unikając kłopotów, zazwyczaj pakujesz się w jeszcze większe. Jeśli nie decydujesz się na konfrontację ze strachem, to ostatecznie jesteś przez niego kontrolowany. Mam jeszcze kilka punktów na swojej drodze, z którymi się borykam, do ogarnięcia. Jednak czas w TR był dla mnie również bardzo bolesny, wiele lat z rzędu słyszałem obietnicę, że zostanę przyjęty do zespołu, a jednak to się nigdy nie wydarzyło. Jarzyna śnił mi się po nocach przez dobrych 15 lat. No ale nic, widocznie tak miało być i w sumie nie miałem na to wpływu.
Czy dlatego, że byłeś aktorem, pojechałeś z Comą na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, gdzie zdobyłeś Nagrodę im. A. Osieckiej? Nietypowe miejsce na wylansowanie zespołu rockowego – przyznasz?
Na Przegląd Piosenki Aktorskiej miałem jechać sam, ale uznałem, że moja gitarka akustyczna nie jest w stanie odtworzyć głębi klimatu, jaki tworzy cały zespół. Więc chłopaki towarzyszyli mi jako akompaniatorzy, nawet nie pod nazwą Coma. Powiedziałem im, że jak wygram jakimś cudem, to oddam im połowę nagrody i się zgodzili. Niefortunnie faktycznie tak się złożyło, że dostałem Grand Prix festiwalu i nagrodę w postaci samochodu Lancia Ypsilon. Nawet nie miałem prawa jazdy, a jak już udało się zdać egzamin, to jeździłem tym autem bez mała 12 lat, ale na początku to było przekleństwo, bo nie miałem kasy nawet na podatek za samochód, a co dopiero na spłatę połowy wartości auta, która należała się chłopakom z Comy. Chyba dopiero po dwóch latach zrobiłem ostatnie przelewy.
Ale przy okazji wygrana w konkursie przyczyniła się do zainteresowania zespołem. W tamtym roku, po wieloletnich staraniach, wydaliśmy pierwszy album. Wytwórnia BMG nie miała zielonego pojęcia, jak nasz zespół wypromować. Nagroda na PPA bardzo nam pomogła, choć paradoksalnie pasuje do nas jak pięść do nosa, ale tak mniej więcej wyglądały moje wszystkie zmagania życiowe: dla ludzi z zewnątrz to był chaos, w którym nic do siebie nie pasowało, a najczęściej słyszana rada to była: „musisz się zdecydować”.
Jak Twoje aktorskie wykształcenie wpłynęło na styl bycia na rockowej scenie?
Nie wiem. Ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem, wszystko i zawsze toczyło się równolegle, nie oddzielam tych dziedzin i wpływów, po prostu lecę z prądem, a głównie pod prąd...
Czy koledzy z Comy przyjęli Twój solowy album z obawami, które się potwierdziły, że wybierzesz inną drogę?
No to było ciekawe, bo nie powiedziałem im, że pracuję nad albumem solo, więc byli lekko zdezorientowani. Nie miałem w planach porzucać zespołu, ale istniała taka opcja. Potrzebowałem bardzo poszerzyć estetykę i środki wyrazu, a Coma to już był za ciasny pokój, powtarzalne schematy i brzmienia i ten niebezpieczny dla rozwoju akcent samozadowolenia. Ja obrałem drogę wiecznego debiutanta i to był trudny oraz bardzo kosztowny wybór, bo dostałem mocno za swoje, jednak teraz wiem, że to jest najlepsza i najbardziej uczciwa droga.
Czego Ci brakowało w Comie, szczególnie że zdecydowałeś się m.in. na „J.P. Śliwa”, do którego dołączyłeś własny dramat?
W Comie brakowało eksperymentu i totalności. Były tam duże możliwości, ale kiedy przestaliśmy się dogadywać i rozeszliśmy się na poziomie mentalnym, wiedziałem, że próba realizacji własnych założeń w zespole Coma będzie mnie zbyt dużo kosztować i prawdopodobnie w ogóle się nie uda. Musiałem szukać własnej drogi, żeby się spełniać. Natomiast teraz, ku naszemu zaskoczeniu, po długiej przerwie we wspólnej pracy i dzięki zainteresowaniu nowych fanów możemy realizować przedstawienia na wcześniej niewyobrażalną skalę. Zapoczątkowaliśmy działalność kolektywu „CZULE”, który przejął funkcje managementów promotorskich, i mamy we własnych rękach instrument do realizowania największych spektakli koncertowych, jakich kiedyś nawet nie mogliśmy sobie wymarzyć. Wiadomo: nie są to rzeczy na stadiony, ale nie mamy takich ambicji, a poza tym muzyka, którą gramy, to nie jest popularny hip-hop ani radiowy pop. Nadal stawiamy się w przestrzeni alternatywnej.
Radykalnie zmieniłeś brzmienie, wiążąc się z Karasiem. Co było głównym impulsem?
Pięć lat z Karasiem to był plan na zrobienie przewrotu kopernikańskiego w moim życiu: po pierwsze, nowy zespół, po drugie, nowe brzmienie – dla mnie miało być bliżej elektroniki, ale Kuba chciał bliżej rocka i w ten sposób powstał unikatowy amalgamat brzmień. Ostatni element, zupełnie inny niż do tej pory, to sposób tworzenia – 95 proc. piosenek w Karaś - Rogucki powstało do gotowych tekstów, zatem najpierw były moje wiersze, a potem dopiero muzyka.
Mick Jagger wiele razy próbował solowej kariery, ale zawsze odnosił największe sukcesy ze Stonesami. Nie mógł od nich odejść. A Ty z Comy?
Mnie się dobrze pracuje wszędzie, gdzie jest zaangażowanie i entuzjazm. Teraz po powrocie Comy w chłopaków wstąpił nowy duch i energia, która pozwala grać. Sukces to jest bezsensowne słowo, które kojarzy się z cyframi sprzedaży, liczbą followersów i zarobionymi pieniędzmi. Myślę, że to właśnie od tego nie potrafił się odciąć Jagger, od zasięgów i cyferek. Ja mam to za sobą, potrafię działać bez kasy i bez nadziei na sukces. Jeśli nie nagramy z zespołem Coma nowego albumu, to nie będziemy dalej grać, bo mimo eksperymentalnej i mocnej formy koncertów wyznacznikiem rozwoju zespołu jest to, co nowe. Ja dam sobie radę, ale bardzo bym chciał podjąć wyzwanie i nagrać z zespołem nowy album.
Kiedy Kasia Nosowska ma solowe projekty, muzycy Hey muszą szukać innej pracy. Czujesz zobowiązanie wobec kolegów z Comy?
Tak! Ogromne! To było moje poczucie winy, które nie pozwalało mi odłączyć się od Comy. Wtedy, gdy już wiedziałem, że nic nie działa, nagrywałem kolejne albumy z zespołem, który już nie uznawał mnie za lidera, a nie rezygnowałem tylko dlatego, że miałem właśnie poczucie winy wobec wszystkich – muzyków, managerów i techników, że stracą źródło utrzymania. Ostatecznie, kiedy nie dało się wytrzymać, musiałem zrezygnować, ale poczucie winy dręczyło mnie długo jeszcze. Natomiast los pokazał, że wszyscy sobie poradzili, nikt nie umarł i nie zginął z głodu. To dało mi pewien rodzaj świadomości, że nie można za wszelką cenę brać odpowiedzialności za życie innych ludzi. Nie da się uszczęśliwiać na siłę, trzeba żyć zgodnie z własnym sercem i być uczciwym wobec siebie i innych, mimo że czasem jest trudno i boli.
„Wielka woda” i „Heweliusz” Holoubka to były szczególne doświadczenia dla Ciebie?
„Wielka woda” to epizodzik... „Heweliusz” to mocne doświadczenie, ale bardziej na poziomie wytrzymałości fizycznej i psychicznej niż sztuki aktorskiej. Najpełniejszym do tej pory doświadczeniem aktorskim jest praca z Jackiem Lusińskim w „Minuta ciszy” sezon 1 i 2. To jest scenarzysta i reżyser kompletny, praca z nim jest jak argentyńskie tango – trudna i lekka zarazem… No, a za chwilę premiera filmu „Jak żyć, żeby nie zwariować” – komedia obyczajowa, gdzie po raz pierwszy w życiu zagrałem główną rolę u boku mojej filmowej żony Magdy Popławskiej. To już w październiku w kinach, a potem dwa bardzo ciekawe plany zdjęciowe, ale o nich jeszcze nie mogę rozmawiać…
Koncerty „ROGUCKI x 30”: 25.10.Gdańsk, B90; 30.10. Kraków, Studia; 31.10. Łódź, Wytwórnia; 06.11. Wrocław, Hala Stulecia; 29.11. Katowice, Miasto Ogrodów; 15.12. Warszawa, Stodoła