„7 samotności” wg Oskara Miłosza w reż. Roberta Wilsona i Charlesa Chemine’a w Teatrze im. Wilama Horzycy – we współpracy z Narodowym Teatrem Dramatycznym w Kownie na XXX MFT Kontakt w Toruniu. Pisze Aram Stern w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (8/10) – bardzo dobry
Międzynarodowa koprodukcja, światowej klasy twórcy i teatralne obrazy inspirowane samotnością współczesnego człowieka. W Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu inauguracja jubileuszowej, 30. edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego KONTAKT została połączona z polską prapremierą niezwykłego spektaklu „7 samotności” w reżyserii Roberta Wilsona i Charlesa Chemine’a.
Fabuła „7 samotności” opiera się na tekstach francuskiego poety, dramaturga i dyplomaty litewskiego pochodzenia, Oskarasa Milašiusa (Oskara Miłosza). W swej epizodycznej fabule spektakl (w charakterystycznej stylistyce dla zmarłego w ubiegłym roku Roberta Wilsona) łączy poezję, prozę, bajkę oraz dzieła dramatyczne i metafizyczne Miłosza. Stąd w swej strukturze dramaturgicznej spektakl nie jest łatwy w odbiorze, tym bardziej iż cyniczno-melancholijna wizja świata Miłosza była obca już jego współczesnym, którzy samego Miłosza-metafizyka oskarżali o całkowitą niedostępność czy wręcz o szaleństwo.
Miłosz-poeta i Miłosz-dyplomata (był wujem polskiego noblisty) mentalnie jest zapewne bliższy Litwinom niż nam, Polakom, ale festiwalowa, międzynarodowa publiczność 30. MFT KONTAKT doceniła „7 samotności” przede wszystkim za ich plastyczny abstrakcjonizm i samą realizację sceniczną, nagradzając spektakl gromkimi brawami. To właśnie niezwykle precyzyjna warstwa wizualno-ruchowa okazuje się największą siłą tego przedstawienia: gdy percepcja chwilami grzęźnie w semantycznej nieokreśloności, przedstawienie nabiera niezwykłej intensywności formy i zachwyca wręcz swą warstwą plastyczną.
Dzieła Roberta Wilsona nazywano „architekturą teatralną”, w której najważniejszą rolę odgrywają światło, gest, forma, dźwięk i tempo. Niespecjalnie skupiały się one na znaczeniach czy przesłaniu. Ważne było w nich nie to, co zostało wypowiedziane, lecz to, jak to, co ma być powiedziane, wypełnia przestrzeń sceniczną. Również w ostatnim spektaklu Wilsona postaci eksponowane są niczym rzeźby: szczególnie Poetka (charyzmatyczna Agnieszka Wawrzkiewicz), stylizowana na Marlenę Dietrich, jakby zamrożona w ruchu na zaciemnionej scenie.
W tym „skuciu” postaci wielką rolę odgrywa światło, jak we wszystkich innych dziełach tego twórcy, które jednak nie ma na celu oświetlania przestrzeni, lecz tworzy głębię, atmosferę, kształtuje ciała aktorów i zmienia ich wyraz twarzy niczym rzeźbiarz (reżyseria światła: Marcello Lumaca). Osobną rolę odgrywa zielone światło, które pada na twarz Don Luisa (Grzegorz Wiśniewski), białe – podkreślające rysy Don Juana, czy mieniące się i odbite od trzymanego w dłoni miecza Czerwonego Anioła (Maciej Raniszewski).
Kolejnym bardzo ważnym elementem sceniczno-formalnej wizji Wilsona stają się gesty i mimika. W jego spektaklu gesty aktorów pozostają spowolnione, jak dłoń z długim palcem wskazującym zatrzymana w czasie, a dzięki specjalnemu makijażowi (fryzury i charakteryzacja — Manu Halligan) najistotniejszym ruchem staje się mrugnięcie okiem z długimi rzęsami lub otwarcie ust. Piękne barokowe kostiumy aktorek: dwóch Un-Esprit (Joanna Rozkosz i Małgorzata Abramowicz) oraz Loli (Ada Dec) utrzymują ciała w stagnacji, a ich ruch sceniczny oddaje niezwykle powolny rytm, niczym u płynącego łabędzia (kostiumy: Flavia Ruggeri). Tylko Sganarello/Zakonnica (Michał Marek Ubysz) nie poddaje się temu tempu, jako wilsonowski „narrator” co rusz puszczając oko do widowni.
Słowami Oskara Miłosza o zderzeniach ciemności i światła, pod białymi palmami i błyszczącymi żyrandolami, między stylizowanymi drzewami, pomiędzy niedźwiedziem polarnym, łabędziami i małpami aktorzy krążą, jak jego fragmenty tekstów, z miejsca na miejsce, nie tworząc liniowej narracji. Jest w nich cierpienie i radość, śmierć i miłość, drwina i żart, jest też samotność i przemijanie człowieczeństwa. Kolejnego spektaklu Roberta Wilsona już więcej nie zobaczymy – przyjedźcie więc do Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, by zanurzyć się na półtorej godziny w jego ostatniej scenicznej fantazji.