Logo
Recenzje

Spektakl „Edith i Ja” poruszył widzów. Yael Rasooly zachwyciła publiczność

20.05.2026, 11:54 Wersja do druku

„Edith i Ja” Yael Rasooly z Nordland Visual Theatre ze Stamsund na 31. Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Lalkarskiej w Bielsku-Białej. Pisze Agata Rucińska w portalu bielskirynek.pl.

fot. mat. bielskirynek.pl

Niedzielny wieczór festiwalowy przyniósł spektakl, który wyraźnie poruszył publiczność. „Edith i Ja” Yael Rasooly, spektakl powstał we współpracy z norweskim Nordland Visual Theatre ze Stamsund – jednym z ważniejszych europejskich ośrodków teatru wizualnego i teatru formy. Nie jest to ani klasyczne przedstawienie lalkowe, ani recital z piosenkami Edith Piaf. To raczej osobiste spotkanie z bólem, pamięcią i sztuką, która pozwala odzyskać głos wtedy, gdy własny zawodzi.

„Edith i Ja”: lalka, która mówi to, czego nie da się wypowiedzieć

Rasooly wychodzi na scenę sama, ale bardzo szybko okazuje się, że samotna nie jest. Jej partnerką staje się lalka Edith Piaf – charakterna, ironiczna, czasem bezczelna, czasem czuła. Nie przypomina pomnikowej legendy francuskiej piosenki. Jest kimś bliższym duchowi, alter ego, wewnętrznemu głosowi, który nie pozwala bohaterce dłużej milczeć.

Głos, który zamilkł

Punktem wyjścia jest historia śpiewaczki, która nagle traci głos. Nie może występować, nie może śpiewać, nie potrafi też opowiedzieć o tym, co naprawdę ją unieruchomiło. W jej milczeniu kryje się doświadczenie przemocy, wstydu i bezradności wobec systemu, który zbyt często każe ofierze jeszcze raz udowadniać własną krzywdę.

Rasooly opowiada swoją historię przez sceniczne napięcie, przez muzykę i przez krótkie przebłyski humoru. Widz ma poczucie, że uczestniczy nie w wykładzie o traumie, ale w procesie mozolnego wydobywania słów z miejsca, w którym utknęły na długo.

Edith Piaf bez pomnika

Najciekawsze w tym przedstawieniu jest to, że Edith Piaf nie zostaje potraktowana jak święta ikona. Rasooly nie buduje sentymentalnej laurki dla artystki. Piaf jest tutaj energią przetrwania – kimś, kto potrafi przejść przez rozpacz z podniesioną głową, nawet jeśli ta odwaga bywa podszyta bezczelnością i czarnym humorem.

Lalka ma w sobie zaskakująco dużo życia. Jej gesty są ostre, szybkie, precyzyjne. Wystarczy drobny ruch głowy, zmiana ustawienia ciała, pauza – i już wiadomo, że na scenie pojawia się osobna postać, nie rekwizyt. Rasooly prowadzi Edith z taką swobodą, że po kilku minutach przestaje się patrzeć na technikę. Zaczyna się słuchać rozmowy dwóch kobiet.

Między recitalem a wyznaniem

Spektakl porusza się między teatrem lalek, koncertem, teatrem przedmiotu i autobiograficznym wyznaniem. Ta forma mogłaby łatwo się rozpaść, gdyby zabrakło dyscypliny. Rasooly trzyma ją jednak w mocnym rytmie. Potrafi w jednej scenie rozładować napięcie groteską, by za chwilę wrócić do ciszy, w której każde słowo waży więcej.

Muzyka nie jest tu ozdobą. Piosenki Piaf nie mają wywołać nostalgii za dawnym Paryżem. Są raczej narzędziem walki – z milczeniem, z pamięcią, z lękiem przed własną historią. Kiedy bohaterka próbuje odzyskać głos, nie chodzi tylko o śpiew. Chodzi o prawo do powiedzenia: to się wydarzyło, to mnie dotyczy, to nie może zostać ukryte.

Teatr lalek dla dorosłych

„Edith i Ja” może zaskoczyć tych, którzy teatr lalek wciąż kojarzą z bezpieczną konwencją albo przedstawieniami dla najmłodszych. Tutaj lalka nie łagodzi tematu. Przeciwnie – pozwala podejść bliżej do tego, co byłoby być może nie do zniesienia w czysto realistycznym dramacie.

Dzięki Edith bolesna opowieść zyskuje dystans, ale nie traci siły. Humor nie unieważnia cierpienia, tylko pomaga je udźwignąć. To jedna z największych zalet spektaklu: Rasooly nie każe widzowi jedynie współczuć. Zaprasza go do przejścia przez całą skalę emocji – od śmiechu, przez zakłopotanie, po milczenie.

Spektakl, który nie pozwala na obojętność

W festiwalowym programie „Edith i Ja” wybrzmiało jak przedstawienie osobne, niełatwe do porównania z innymi propozycjami. Nie było efektowną demonstracją techniki, choć technicznie jest znakomite. Nie było też prostym scenicznym świadectwem, choć jego osobisty wymiar trudno przeoczyć.

Najmocniej zostaje obraz artystki i lalki, które prowadzą ze sobą spór o przetrwanie. Jedna nie może mówić, druga mówi za dużo. Jedna się wycofuje, druga pcha ją z powrotem na scenę. Z tego napięcia rodzi się spektakl gorzki, chwilami zabawny, ale przede wszystkim uczciwy.

„Edith i Ja” nie daje komfortowego zakończenia. Nie udaje, że sztuka wszystko naprawia. Pokazuje raczej, że sztuka może stać się pierwszym miejscem, w którym człowiek znów odważa się usłyszeć własny głos. I właśnie dlatego niedzielny pokaz należał do tych festiwalowych wydarzeń, które zostają z widzem dłużej niż sam wieczór.

Tytuł oryginalny

Festiwalowy spektakl „Edith i Ja” poruszył widzów. Yael Rasooly zachwyciła publiczność

Źródło:

bielskirynek.pl
Link do źródła

Autor:

Agata Rucińska

Data publikacji oryginału:

19.05.2026

Sprawdź także