24.09.2020, 15:46 Wersja do druku

„Fedra” w labiryncie męskich słów i rekwizytów

fot. Dominik Werner

"Fedra" Jeana Racine'a w reż. Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru Wybrzeże w Gdańsku na 60. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Tomasz Domagała na stronie DOMAGAŁAsięKULTURY.

Z ciemności wyłania się tytułowa bohaterka i jej świat: ten zewnętrzny, widziany przez nas (znakomita scenografia i genialne światła Mirka Kaczmarka) oraz ten wewnętrzny, opisywany nam przez Fedrę, przełożonym przez Antoniego Liberę jedenastozgłoskowym wierszem, w miejsce słynnego aleksandrynu Racine’a. Oba światy są proste, precyzyjnie skomponowane, pozbawione wszystkiego, co zbędne. Zarówno zamknięta z trzech różnych stron wysokimi miedzianymi ścianami, robiąca klaustrofobiczne wrażenie przestrzeń pałacu Tezeusza, jak i pełna kłębiących się emocji dusza bohaterki, która odsłania się przed nami za pomocą strzępów kalekiego języka, wydobywającego ją z ciemności na światło sceny.

Na dodatek Katarzyna Figura ukrywa oczy za ciemnymi okularami, co potęguje wrażenie tajemnicy. Nie widzimy tego, co się w nich odbija – wszystko, czego się o stanie Fedry dowiadujemy, ma bowiem swoje źródło w słowach, a te wylewają się przed nami coraz szerszym strumieniem, żeby w pewnym momencie rozsypać się, niczym zerwane przez Fedrę korale w finale wstępnego monologu.

Następuje cisza, aktorka zdejmuje okulary, przez chwilę patrzy na nas, a my, widzowie, mamy wreszcie możliwość spojrzeć jej w oczy i naprawdę dotknąć tego, co ją trawi. Mimo, że widzieliśmy chwilę wcześniej krótki prolog, w którym Hipolit wyżywał się w grze na perkusji, zaznaczając jednocześnie w przestrzeni sceny i opowieści swój teren i instrumentarium, właściwy spektakl rozpoczyna się teraz, w momencie rozsypania się korali. Będzie więc niejako opowiadany od końca.

Obraz jest wstrząsający: pusta, miedziana przestrzeń, naga w swych uczuciach bohaterka, rozsypane wokół niej korale i leżąca gdzieś pod ścianą niepotrzebna nikomu lalka, przedstawiająca słynny posążek Wenus z Willendorfu. Akcja rusza dalej, eksploatując emocjonalny klincz Fedry, przerwany dopiero przez informację o śmierci jej męża, Tezeusza.

Paradoks tej sytuacji jest dla nas jasny, choć postaci dramatu nie mają o nim pojęcia. Fedra zaczyna myśleć głównie o tym, że otwiera się przed nią szansa na jakiekolwiek zbliżenie do pasierba, choć w gruncie rzeczy najważniejsze dla niej powinno być teraz przejęcie władzy. Namówiona przez męską wersję racine’owskiej piastunki, Enony (Krzysztof Matuszewski), rusza do ataku: spotyka się z Hipolitem i wyznaje mu miłość.

Ten – w jednej z najpiękniejszych scen, jakie ostatnio widziałem w teatrze – upokarza ją z zimną krwią, by po chwili triumfu porzucić. Fedra wyładowuje swoją złość i wstyd na Enonie, doznając przy okazji ataku zazdrości. Hipolit rzucił jej bowiem na odchodne koło ratunkowe: imię rywalki, którego Fedra mogła się uczepić niczym… noża, grającego w spektaklu ważną, symboliczną rolę. Doszliśmy więc do pereł, które rozerwano na początku, odkryto wszystkie karty, a emocjonalny klincz nie ustąpił. Wszystko wydaje się jeszcze bardziej zagmatwane.


mat. teatru

Druga część zaczyna się bardzo podobnie: Fedra mówi do nas monolog, po czym w jego finale roztrzaskuje o miedzianą ścianę szklankę. Kryształki potłuczonego szkła rozsypują się niczym korale, z tą tylko różnicą, że są daleko bardziej raniące niż gładkie koraliki. Dobrze to bohaterom nie wróży. Gra rozpoczyna się od nowa, gdyż – jak się okazuje – mąż Fedry, król Tezeusz, nie tylko żyje, ale i wraca do pałacu. Fedra, chcąc ratować swoją godność, znowu słucha podszeptów Enona (zamiast swojego serca) i doprowadza do wygnania Hipolita. Upokorzony przez ojca młodzieniec rusza w podróż, podczas której ginie; Fedra zaś, nie mogąc poradzić sobie z wyrzutami sumienia, popełnia samobójstwo, wypędzając chwilę wcześniej (w najlepszej scenie spektaklu) swojego najbliższego towarzysza, Enona. Jako że wydaje się on postacią kluczową do zrozumienia spektaklu Wiśniewskiego, warto poświęcić mu chwilę.

Enon (w micie oraz licznych dramatach – piastunka Enona), grany brawurowo przez Krzysztofa Matuszewskiego, ubrany jest w gustowny liliowy, założony na gołe ciało garnitur i buty na wysokim obcasie, co ciekawe – takie same, w jakich występuje Fedra. Wydaje się więc, że Enon jest poprzez te buty niejako tożsamy z Fedrą; gdy zobaczyłem ich razem, pomyślałem niemal od razu, że piastun głównej bohaterki nie istnieje naprawdę, że to integralna część jej osobowości. Fedra ma zatem swoją część kobiecą, pełną porywów serca, empatii, pejzażu ciągle zmieniającej się kaskady uczuć – oraz część męską, precyzyjną w planach i działaniu, zorientowaną całkowicie na osiągnięcie z góry określonych celów. Kochać może sobie po kobiecemu, ale już zdobywać swojego wybranka musi tylko w męskim stylu. Fedra/Fedra jest stosowną bohaterką w wątku miłości, Fedra/Enon to już ktoś, o kim jest teatr, zwany zdobywaniem władzy i polityką.

Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że te dwie wielkie siły we wnętrzu Fedry toczą jakąś walkę. Wprost przeciwnie – uzupełniają się znakomicie, rozgrywając różne sprawy w zależności od potrzeb i sytuacji. Wszak Fedra jest nie tylko kobietą, ale i królową. Gdyby nawet nią nie była, nie miałoby to i tak znaczenia, obie bowiem te natury są człowiekowi do życia i funkcjonowania niezbędne. Może dlatego tak poruszająco wypada scena, w której Fedra wypędza Enona, obarczając go winą za wszystkie swoje decyzje i wynikające z nich upokorzenia. Wypędza przecież wtedy część siebie, pozbywa się jakiegoś swojego duchowego organu. Niestety, za chwilę się okaże, że żyć ani bez Hipolita, ani bez Enona nie sposób. Pozostaje jej tylko wyznanie win i śmierć. Tak bowiem kończą kobiety, którym udaje się uwolnić od męskiego panowania – lalki Wenus porzucone gdzieś pod ścianą – w tym brutalnym, pełnym męskich słów i rekwizytów świecie. Od męskiej opresji nie ma bowiem ucieczki, czego dowodem los Fedry. Jedynym wyjściem z tego labiryntu wydaje się zatem bohaterce śmierć. Uwolni się więc od niego – i od siebie samej, niczym zabity niegdyś przez jej męża Minotaur. My zaś, poprzez łzy, doznamy ulgi. I choć to nie klasyczna grecka tragedia, pojawi się być może katharsis.

Zespół Teatru Wybrzeże jest wspaniały, tego spektaklu jednak by nie było, gdyby nie fenomenalne rzemiosło Katarzyny Figury i niezwykła emocjonalna podróż, w którą ta wielka aktorka (nie bójmy się kwantyfikatorów) zdecydowała się, mimo ogromnego ciężaru tego wyzwania, nas zabrać. Dzielnie wspiera ją w tym Krzysztof Matuszewski swoją stonowaną, acz skondensowaną emocjonalnie grą w roli Enona. Skutecznie buduje relację, która w finale rozsadza nie tylko świat Fedry, ale świat spektaklu w ogóle. Piękny to muszę przyznać półmetek Festiwalu SZTUKI AKTORSKIEJ, tych zaś którzy czasem pytają mnie, czym się ona różni od AKTORSTWA odsyłam do Katarzyny Figury i zespołu Teatru Wybrzeże. Mam nadzieję, że zdejmą na chwilę ciemne okulary!

Tytuł oryginalny

„Fedra” w labiryncie męskich słów i rekwizytów – o spektaklu Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru Wybrzeże w Gdańsku

Źródło:

www.domagalasiekultury.pl
Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data:

23.09.2020