EN
21.01.2022, 12:23 Wersja do druku

Fantazja antykatolicka

"Radio Mariia" wg tekstów Oksany Czerkaszyny, Oskara Stoczyńskiego, Joanny Wichowskiej i Krysi Bednarek w reż. Rozy Sarkisian w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Dzienniku Trybuna.

fot. Magda Hueckel

Prawdopodobnie spektakl „Radio Mariia” musiał powstać – i to właśnie w tym miejscu, Teatrze Powszechnym w Warszawie. Spektakl o radośnie obchodzonej 15 rocznicy upadku Kościoła Katolickiego w Polsce.

To przecież tutaj zaledwie przed kilku laty Oliver Frljić przedstawił swoją „Klątwę” (2017), spektakl inspirowany tragedią Stanisława Wyspiańskiego, będący manifestacją niezgody na trwającą wciąż opresję, której doznają Polacy, w szczególności Polki pod okupacją Kościoła Katolickiego. Celowo używam tu nader trafnego porównania tej ideologicznej presji, wspieranej przez aparat państwa, jaką wywiera Kościół i jego urzędnicy przyrównani przed wielu laty przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego do „naszych okupantów” (tytuł zbioru felietonów Boya, opublikowanych w roku 1932).

„Klątwa” wywołała istną furię w środowiskach radykalno-katolicko-nacjonalistycznych (Teatr czuł się w obowiązku przypomnieć w specjalnym oświadczeniu „że wolność twórczości artystycznej jest zagwarantowana w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”), co potwierdzało trafność zawartych w spektaklu diagnoz. Jak wiadomo, spektakl Frljicia był swego rodzaju probierzem i przypadkiem granicznym – potwierdzał, że mleko się rozlało, że już nie da się powstrzymać fali niezgody i protestu na trwająca od lat próbę zawrócenia historii.

Powszechny nie poprzestał na tej jednej premierze, ale w wielu swoich kolejnych przedstawieniach poświadczał swoją gotowość pozostania teatrem „który się wtrąca”, zgodnie z przywoływaną formułą Zygmunta Hübnera. Ostatnio wtrącił się najnowszymi premiery „Nastią” wg prozy Sorokina w międzynarodowej obsadzie z artystami białoruskimi na czele i wspomnianym na wstępie „Radiem Mariia”.

Co warte podkreślenia, gotowość ta manifestowała się także w jawnych nawiązaniach do owego przełomowego spektaklu, a potem następnych podejmujących podobną tematykę, wyrażających niezgodę na świat zdominowany przez ideologie przemocowe, skierowane przeciw wolności jednostki. Także niezgody na świat manipulacji politycznej i podporządkowania słabych silniejszym. Materiał trafnie rozpoznający te bolące sprawy i palące do rozwiązania problemy twórcy związani z Teatrem Powszechnym rzadko kiedy znajdowali w tzw. gotowej dramaturgii (tradycyjnych dramatach) czy specjalnie zamawianych utworach teatralnych. W dzisiejszym repertuarze Teatru Powszechnego można znaleźć właściwie zaledwie tylko jeden spektakl w pełni oparty na gotowym tekście dramatycznym – mam na myśli „Kuronia”, dramat napisany przez Małgorzatę Sikorską-Miszczuk na zamówienie Teatru Powszechnego. Oprócz tego spektaklu można by jeszcze wymienić „Sprawiedliwość” Michała Zadary, scenariusz napisany na podstawie publicystyczno-prawniczego śledztwa, które podjął reżyser wraz grupą współpracowników, idąc śladami hańby Marca 1968 roku. Jeśli uwzględnić także dwa spektakle oparte na (przetworzonych|) scenariuszach filmowych „Mefista” Istvána Szabó (spektakl nawiązujący do adaptacji Powszechnego sprzed lat w reżyserii Michała Ratyńskiego, 1983) i „Twarz a w twarz” Ingmara Bergmana, to wśród 36 tytułów pozostających na afiszu Teatru doliczyć się można tylko czterech opartych na tekstach specjalnie pisanych dla teatru lub na potrzeby realizacji filmowej. Reszta to scenariusze, adaptacje, wariacje oparte na utworach prozatorskich albo działaniach performerskich i własnych obserwacjach wykonawców.

Tego nie można uważać za przypadek – to wyraźne odwrócenie się od tradycji teatru dramatycznego i poszukiwanie inspiracji w innych rejonach. Teatr Powszechny nie jest w tej mierze jakimś wyjątkiem, wiele innych teatrów idzie podobną drogą, ale dodatkowym wyróżnikiem tej obranej metody jest wytyczona linia postępowania: koncentracja uwagi na sprawach naprawdę bolesnych, ważnych i trudnych. Także w pewnej mierze niebezpiecznych, bo stawiających nierzadko autorów spektakli pod pręgierzem zarzutów wysuwanych ze środowisk, które lubi się nazywać obozem „patriotycznym”.

fot. Magda Hueckel

A zatem „Radio Mariia” nie pojawia się z terenie nieprzygotowanym, przeciwnie, ma dobrze uprawiany grunt, który spulchniały takie spektakle (zrealizowane już po „Klątwie”) jak „Diabły” czy „Opowieści niemoralne”. W „Diabłach” Agnieszka Błońska (reżyseria) i Joanna Wichowska przedstawiły sugestywną opowieść o trwającej od wieków opresji kobiet, której patronuje Kościół katolicki. Stąd i motto tego spektaklu z pism św. Tomasza z Akwinu: „Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu… są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny… Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna”. Innymi słowy, może i z kobietami dałoby się ostatecznie wytrzymać, gdyby nie to przeklęte ciało. Ojcowie Kościoła, jak widać, i pomniejsi braciszkowie mają z tym nie lada kłopot.

O kłopotach tych co nieco mówią także „Opowieści niemoralne”, a zwłaszcza ich pierwsza część prezentująca obsesje seksualne księży katolickich – w spektaklu dają im upust podczas spowiedzi, molestując słownie spowiadającą się dziewczynę. To tylko przykłady z obszernego katalogu przekroczeń i roszczeń dotyczących dolnych partii ciała, na którego (owego katalogu) szczycie zalęgła się i zakorzeniła silnie w kręgach kościelnych otoczona szczególną ochroną pedofilia.

Kościół nie potrafi się z tym uporać, Wprawdzie nie idzie już całkiem w zaparte, jak do niedawna, ale wciąż szuka wykrętów. Niedawno opinie publiczną zgorszył moralnie wniosek adwokat kurii bielsko-żywieckiej do sądu badającego sprawę mężczyzny, który miał paść w wieku 12 lat ofiarą wykorzystania seksualnego przez księdza, o zbadanie, jaką orientację seksualną ma poszkodowany przed laty mężczyzna. Adwokatka wnioskowała też o sprawdzenie, czy intymne relacje z księdzem Janem W. mogły przynosić ofierze „między innymi korzyści materialne”. Podobnych wystąpień namnożyło się w ostatnich latach, nie wspominając o nadaktywności arcybiskupa Jędraszewskiego w walce ze „schizmą” LGBT.

Tak więc nie tylko i nie przede wszystkim tło teatralne, ale realne – przewiny Kościoła, nierozliczone sprawy i pazerność, nieprzejednanie w walce o przekształcenie kobiet w inkubatory do rodzenia – to wszystko to tworzy podatny grunt, na którym powstają coraz liczniejsze utwory wchodzące w konflikt z takimi praktykami Kościoła. Dość przywołać wyniki niedawno przeprowadzonych badań, z których wynika, że biskupi Kościoła Katolickiego są autorytetem tylko dla dwóch procent obywateli polskich. Jeśli więc ktokolwiek z hierarchów i ich obrońców będzie wytykał teatrowi takie pomysły jak ta fantazja o świecie uwolnionym spod okupacji Kościoła, to może mieć pretensje wyłącznie do siebie.

Jeszcze zanim się zaczyna już widać, ze sytuacja jest zgoła odmienna od tej, do której przywykliśmy; dewocjonalia, święte figury i sztandary, księgi spoczywają w bezładzie na środku podłogi, niczym sterta niepotrzebnych śmieci. Wkrótce wszystko się wyjaśnia; jesteśmy w przyszłości, jest rok 2037 i właśnie trwają radosne obchody 15 rocznicy szczęśliwego upadku kościoła katolickiego w Polsce. Z tej okazji odbywają się różne imprezy, m.in. rekonstrukcyjne, przywołujące czasy upadku Kościoła i jego przegrane bitwy, na wzór i podobieństwo ulubionych polskich zabaw po transformacji ustrojowej 1989 roku. Zresztą tych nawiązań do przekształceń obyczajów i mentalności po zwycięskich wyborach 1989 jest w spektaklu więcej, a m.in, głos Joanny Szczepkowskiej obwieszczającej, że skończył się… Kościół Katolicki. Na antenie Radia Marii (zbieżność nazwy z radiem ojca Dyrektora nieprzypadkowa), przekształconego w rozgłośnię-świecką fortecę triumfującą nad upadłym Kościołem trwa właśnie audycja wspomnieniowa, podczas której przewijają się rozmaite wypowiedzi, nad którymi panują prowadzący Oksana Czerkaszyna i Oskar Stoczyński, wcielający się w mecz rekonstrukcyjny Kościoła (Oskar) i Polski (Roksana), która ostatecznie ten pierwszy obala. Ale na początku, jeszcze zanim spektakl ruszy z kopyta a na ekranie pojawią się znane postaci z kręgów obalonej hierarchii, wśród nich poszukiwany listem gończym biskup Marek J, liderzy Ordo Iuris i ruchów antyaborcyjnych, m.in. Kaja G., Roksana w długiej litanii wymieni nazwiska polskich artystów, którzy narazili się Kościołowi, wyrażając swoimi dziełami protest przeciw jego praktykom.

Publiczność chwyta to wszystko w lot, najwyraźniej rada, że można sobie wreszcie na nietykalne święte krowy ponapadać (bezpiecznie, z teatralnego krzesła) i cichutko pomarzyć o czasach, kiedy to towarzystwo odpłynie w niepamięć. Zrobione to jest dość zabawnie, choć chwilami drapieżnie, wywózka dewocjonaliów i figur świętych w kubłach asenizacyjnych robi jednak wrażenie nawet na ateistach, nie mówiąc o niezadowolonych z hierarchów wierzących, takie są jednak prawa teatralnej fantazji-prowokacji, którą spina rozmowa z socjolożką, współautorką scenariusza Krysią Bednarek, komentującą zachodzące procesy świadomościowe po upadku Kościoła Katolickiego. Trudno nie zauważyć, że w tym miejscu wyobraźnia autorkę spektaklu zawodzi albo tak naprawdę nawet w fantazji nie potrafi sobie wyimaginować Polski bez Kościoła. Na koniec pojawia się jednak wartościowa scena, w której dialogują uczestnik Marszów Niepodległości i przeciwniczka Marszu z ruchu kobiet. Jakaś iskra nadziei w ich rozmowie się tli.

Tak czy owak, to nie jest prawdziwy koniec Kościoła katolickiego w Polsce ani nawet tej jego części, która tak ciąży kamieniem na polityce, zwłaszcza w sprawach kobiet, rodziny, edukacji, wolności. To jedynie fantazja teatralna. Choć, kto wie może to próba generalna albo samospełniająca się przewodnia?

Tytuł oryginalny

Fantazja antykatolicka

Źródło:

„Dziennik Trybuna” nr 15