EN
03.03.2022, 08:40 Wersja do druku

Falowanie

„Beton” Moniki Milewskiej w reż. Michała Derlatki w Teatrze Miniatura w Gdańsku. Pisze Katarzyna Tokarska-Stangret, członkini Komisji Artystycznej 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Piotr Pędziszewski

Gdański falowiec na osiedlu Przymorze znajduje się o przysłowiowy rzut beretem od Teatru Miniatura, gdzie powstał spektakl Beton Michała Derlatki na podstawie książki Latawiec z betonu Moniki Milewskiej. Blok wybudowany na początku lat siedemdziesiątych był drugim w Europie co do długości budynkiem mieszkalnym, przykładem architektury modernistycznej w socjalistycznym wydaniu. Tak jak osiedle Przyczółek Grochowski Zofii i Oskara Hansenów w Warszawie, opasany jest ciągnącymi się galeriami, łączącymi klatki. Ale o ile tamte tworzą splątany labirynt, o tyle falowiec ciągnie się przez 860 metrów, trzy razy załamując, by ustabilizować konstrukcję. W czterech segmentach „wijącego się wśród trawy węża” znajduje się szesnaście klatek. W pierwszej z nich autorka umieszcza mieszkanie Inżyniera – głównego konstruktora wieżowca, i czas rzeczywisty akcji – kilka ostatnich dni czerwca 1975 roku. Przebywający na urlopie Inżynier, wędrując galeriami, odkrywa, że jego blok nie tylko zakrzywia się w przestrzeni, ale też zakrzywia czas.

W segmencie pierwszym w klatce B mamy więc październik 1976, w klatce C czerwiec 1979, w D sierpień 1980 – patrząc dalej, kalendarz sięga niemal do dnia dzisiejszego (w ostatniej klatce świętowane jest czterdziestopięciolecie rozpoczęcia budowy osiedla). Kapitalny pomysł na podróżowanie w czasie głównego bohatera podsunęła autorce historia architektury – w założeniach Le Corbusiera, z których wyrastają falowce, odnaleźć można echa teorii względności. Milewska artystycznie przetwarzając teoretyczny kontekst, odnosi go do konkretnego bloku, będącego wypadkową peerelowskiej „racjonalizacji”. Rodzimej odmiany stylu, której wielkim architektem jest właśnie nasz bohater – doceniany i gratyfikowany przez władze wynalazca sześciometrowego pokoju i windy stającej co dwa – trzy piętra. To dlatego czas zatrzymuje się tu nieregularnie, jakby nagiął się do zdegenerowanej przestrzeni.

Spektakl sytuuje się na przeciwległym biegunie. To działająca bezbłędnie „maszyna do grania”, którą napędza wykonawca – Wojciech Stachura oraz ukryci za scenografią inspicjenci i technicy precyzyjnie operujący projekcjami i światłem. Bo żeby koncept Milewskiej – czyli ogromny wieżowiec i kilka ostatnich dziesięcioleci polskiej historii – upchnąć na małej scenie w formie monodramu na lalki i aktora, potrzeba było nie tylko dobrej reżyserii i adaptacji (Michał Derlatka świetnie buduje dramaturgię całości), ale też kunsztu inscenizacyjnego. A nawet fascynacji, którą widać choćby w szczegółach scenografii zawierającej rozmaite smaczki odsyłające do modernizmu w architekturze. Koncepcję lalek i scenografii wymyślił Stachura. Aktor wciela się we wszystkie pojawiające się scenariuszu postacie (w połowie scen w kilka naraz), co wymaga pomysłu i szybkich metamorfoz i stanowiłoby wystarczający powód. Ale może też dla kogoś, kto interesuje się konstruowaniem i budową lalek, teatrem formy i malarstwem, łącząca konstrukcję z awangardą idea Le Corbusiera, była po prostu pociągająca?

Akcja dzieje się w obrębie geometrycznego układu dwóch płaszczyzn, które – także dzięki wyświetlanym na nich projekcjom, ale przede wszystkim poprzez nawiązania do języka architektury – pozwalają eksplorować falowiec od zewnątrz i od środka. Na pierwszym planie widzimy przykryty białym papierem blat. Lekko nachylony w stronę widowni przypomina deskę kreślarską w pracowni. Stoją na nim telefon z wykręcaną tarczą, szklanka napełniona wodą i model w skali: cztery szare betonowe bloczki zetknięte skosami.

fot. mat. teatru

 Z tyłu usytuowano zamknięty prostopadłościan, którego regularny podział na sześciany odzwierciedla modułowość wielkiej płyty. Każdy kubik po otwarciu drzwiczek jest więc wnętrzem lokalu lub wyjściem na części wspólne, a ponieważ w trakcie spektaklu zawartość jest podmieniana, daje to iluzję przemieszczania się po całym bloku. Jako całość bryła ta tworzy meblościankę, kryjącą barek z zachodnimi koniakami i szafę na ubrania głównego bohatera – zbudowane z połączonych sześcianów.

Mieszkanie Inżyniera umeblowane jest więc skromnie, ale znacząco. Prywatny aparat służy w istocie do kontaktu z Bulbą z Komitetu i administracją bloku, a alkohol ma rozwiązać język koledze Andrzejowi Miotkowi, na którego Inżynier pisze donosy. Z dwudniowym zarostem i okularami na podklejonym plastrem nosie, uśmiecha się z samozadowoleniem do własnych myśli, które słyszymy z offu jak zamieniają się w propagandowe hasła: „Falowiec najkrótszą drogą w przyszłość!”. Z tą samą miną ćwiczył przemówienie z okazji wizyty na Przymorzu prezydenta Francji, po której spodziewał się pochwał i zagranicznego kontraktu. Marzenia modernistów o nowoczesnej architekturze wyrównującej podziały klasowe, które przytaczał, w jego ustach stawały się pustą ideologią.

Minimalistyczna i monochromatyczna forma wyjściowa scenografii oznacza więc przestrzeń głównego bohatera. Na nią nakładane są multimedialne warstwy pstrokatej, eklektycznej rzeczywistości kolejnych dziesięcioleci, w której manifestuje się gust i duch czasów. W latach osiemdziesiątych będą to na przykład powiewające flagi papieskie, zwiastujące święto w szarości, w dziewięćdziesiątych – talerze anten satelitarnych, symbolizujące kapitalizm. Docieramy i do podglebia, na którym wybudowano nowe osiedle, unicestwiając wiejskie domy, gdzie żyło się inaczej. Wychodząc ze swojej klatki, Inżynier poznaje te zmiany za sprawą spotykanych sąsiadów. Spotyka Babę z Dziadem – chłopów wysiedlonych do „walońca” (bo wszystko się w nim wali), będących przykładem tak zwanej ruralizacji wielkiej płyty, którzy przedstawieni są jako matrioszka i wystrugana figurka z Cepelii. Matkę z wózkiem, który musiała taszczyć po schodach – wirtualny powidok postaci wyciętej z papieru w kolorze magenty (mocnym emocjonalnie, ale nienacechowanym), która skandując „bubel”, zakłada lokatorski strajk przeciw falowcowi w okresie porozumień sierpniowych. Kobietę w berecie ukrywającą opozycjonistów (nie w pawlaczu, jak w książce, tylko w lodówce pod postacią jajek z namalowanymi buziami). Kolegę ze studiów, który od lat jest sparaliżowany, a utknął na piętrze bez windy w miniaturowym metrażu, gdzie nie można poruszać się na wózku (lalka i cała sceneria z wyposażeniem mieszkanka też będą więc pomniejszone). Kapitalistę, który kombinował w dawnych czasach i dorobił się w nowej Polsce, a śladem po agenturalnej przeszłości jest tylko sznur papieru toaletowego z przemielonych akt. W klatce D trzeciego segmentu – trafia do niej 11 września 2001 – odwiedzi wreszcie Miotka, który jeszcze nie wie, kto donosami zniszczył mu życie (w tej scenie to Miotek-ideowiec jest żywy, Inżynier-ideolog występuje w postaci popiersia z papier mâché z założonymi na nos okularami). Wreszcie w segmencie czwartym w klatce A, czyli kilka lat później, zobaczy dorosłą córkę Agatę – i usłyszy, że od Miotka, który przeprowadził kwerendę w IPN, wie o jego donosach.

 

fot. Piotr Pędziszewski

Droga Inżyniera jest więc nie tylko wyprawą w przyszłość, lecz zawiera szansę na ekspiację. Przekonuje się on bowiem, że istnieją wariantywne wersje rzeczywistości – choćby przykład zomowców, którzy cofnięci do dzieciństwa, w „drugim życiu” zostają dostawcami mleka (ta scena świadczy, jak bardzo liczy się dobry pomysł, żeby klarownie pokazać zabawy z czasem: aktor idzie w miejscu, trzymając poduszki, na których wyświetlone buzie milicjantów robią się coraz młodsze, on zaś coraz wyższy). Jakby rzeczywistość falowała dopóki nie zamurujemy jej w betonie, nie zasklepimy się w usztywniającym nas wyborze, jak w bańce, w której żyje bohater i której nie są w stanie rozbić nawet podróże w czasie.

Zwłaszcza że okażą się snem, na końcu którego pojawi się – obiecany kiedyś Agacie – latawiec obciążony ogonem z betonowego bloku. Inżynier sam jest jak szybujący latawiec mocno trzymany na sznurku. Tym sznurkiem raczej nie jest szubienica, tylko mamiące poczucie zadowolenia z siebie, którego w ideologicznej izolacji nie mąci mu ani bycie informatorem, ani ewidentne wady budynku. Dynda na ogonie talon na kolorowy telewizor, drogie produkty z Peweksu. „Każdy coś musi robić na boku, żeby przeżyć. Taki system. Nic się na to nie poradzi”. Ostatnie zdanie kończącej spektakl kwestii zostanie powtórzone. Jakby twórcy poddawali je pod rozwagę. Falowiec bowiem naprawdę zagina czas, tyle że w odwrotną stronę. Pozwala na wyprawę w przeszłość, która została w jego murach i raczej nie da się ich przemielić na papier toaletowy. Inspirują za to artystów i udane edukacyjne projekty, jak Falowiec, czyli podróż w historię, którego Beton jest częścią.

Monika Milewska BETON na podstawie powieści Latawiec z betonu. Adaptacja i reżyseria Michał Derlatka, animacje i multimedia Sebastian Łukaszuk, muzyka Sarapata Sound Workers, koncepcja scenografii i lalek Wojciech Stachura, konsultacje konstrukcyjne scenografii Beniamin Straszewski, reżyseria świateł Maciej Iwańczyk. Premiera w Teatrze Miniatura w Gdańsku 4 czerwca 2021.


Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne