„Europa” Wajdiego Mouawada w reż. Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie oraz „Porwanie Europy” Jarosława Marka Rymkiewicza w reż. Jarosława Gajewskiego w Teatrze Klasyki Polskiej. Pisze Jacek Sieradzki w „Odrze”.
…niby łosoś królewski, w dymie gazów bojowych wbita na złoty hak; żre się kucharz francuski z szefem kuchni niemieckiej, z ryby tak smakowitej co przyrządzić i jak. Żaden stary się przepis nie wydaje jej godny, tak czy siak, trzeba będzie rybę przeciąć na pół, już rozpruto podbrzusze, płynie z głębi jam rodnych czarny kawior narodów politykom na stół… Pamiętacie Państwo ten obraz Jacka Kaczmarskiego z Epitafium dla Brunona Jasieńskiego? Portretował sytuację sprzed stu lat, nie wszystko pasuje, ale ta tłusta ryba na rożnie, wędzarnicze dymy wokół, bezradna krzątanina polityków i wschodni cham z dalszych strof songu, niewzruszenie czekający na swoją tu ucztę – czy to nie ten malunek brutalnie zakłóca dziś sen?
Dwa teatry, tak biegunowo odległe od siebie w scenicznym świecie, że samo ich zestawienie w jednym komentarzu może się skończyć towarzyskim skandalem, miały ostatnio premiery z Europą w tytule. Wolno było liczyć, że wniosą coś do debaty, tkwiącej żałośnie na poziomie okładania się deklaracjami polexit versus euroamoria. Nie wniosły. No tak, może to nie ich funkcja rozdzielać zaklinowanych i klinujących się coraz mocniej demagogów. Ale czyja w takim razie?
*
Właściwie dlaczego najnowsza premiera warszawskiego Nowego Teatru nosi tytuł Europa? Czy tylko dlatego, że autor, Wajdi Mouawad, dał takie imię swojej bohaterce? Krzysztof Warlikowski w programie zdaje się co nieco ściemniać: Oczywiście w Grecji może to mniej zaskakiwać. Tam imiona znane z tragedii funkcjonują powszechnie do dziś, nietrudno spotkać Antygonę czy Orestesa. W Grecji? Warlikowski z Piotrem Gruszczyńskim, którzy adaptowali sztukę do swoich potrzeb, bardzo chcą zakotwiczyć ją bez reszty w rodowodzie antycznym; robią z Libańczyka niemal potomka Ajschylosa. Co im pozwala parę kwestii obejść bokiem. Nie zauważać na przykład, że imię wysłanniczki ONZ ścigającej po świecie staruszkę Europę, żeby ją nakłonić do zeznań w sprawie masakry, której była świadkiem w wieku ośmiu lat – że imię to brzmi Assia. Przecież nie przypadkiem. Ale implikacje byłyby mocno kłopotliwe, lepiej machnąć ręką: na scenie wysłanniczka jest elegancką europejską urzędniczką o rysach i sylwetce Magdaleny Cieleckiej.
Z ową greckością nie ma co zresztą przesadzać. Dramaturgia Mouawada zda się gatunkową hybrydą: klasyczna tragedia z jej przeznaczeniem, fatum, dziedziczoną winą jest u niego sparzona z melodramą w stanie czystym, krwawą, brutalną i rozdygotaną od emocji. Czego sztandarowym przykładem było Pogorzelisko, dramat o rodzeństwie poszukującym ojca i brata zaginionych w krwawej zawierusze jednej z bliskowschodnich wojen. Akcja trzymała w napięciu, dawała szanse na świetne sceny i role, a końcowe nawiązanie do motywu Edypa, owszem, dość grubo ciosane, dawało się jednak uzasadnić. Drukowaliśmy ją w „Dialogu” (2012) licząc, że teatry dostrzegą widowiskowy potencjał tego tekstu. Niedoczekanie, były raptem dwie premiery, a nakręcony na podstawie sztuki film Denisa Villeneuve’a, nominowany do Oscara, zamknął sprawę.
Natomiast Europa a właściwie Przysięga Europy, bo tak brzmi oryginalny tytuł Mouawada, jest niestety bladym cieniem tamtego dzieła, a może wręcz jego autorską, mimowiedną karykaturą. Osiemdziesięciolatka gromadzi trzy córki, nieznające się dotąd(!), by zwierzyć się im ze swojej winy, dziecięcej zdrady brzemiennej w przeraźliwą śmierć rówieśników. Ta wina zwichnęła jej życie, uczyniła z niej morderczynię wielu własnych potomków(!!), a te trzy kobiety ocalały tylko dzięki zerwaniu jakichkolwiek stosunków z rodzicielką. Teraz przyjeżdżają nie wiedząc po co, jedna ma dodatkowy kłopot: syn okazał się mordercą i jeszcze kanibalem(!!!). Takie to dziedziczenie traumy? Że wina matki idzie we wnuki? Potwornie to naciągane, nielogiczne i napuszone, choć Warlikowski z Gruszczyńskim zrobili wiele, żeby dzieło odbarczyć z nadmiaru gadaniny. Widowisko poprowadzone jest bez zarzutu, potoczyście, z mocnymi obrazami, z których zostaje w pamięci ten bez słów: filigranowy tancerz Claude Bardouil w rajstopkach dziecka, w masce strachu z dziurami zamiast oczu, kryjący się w plątaninie rusztowań pod sceną przed nieludzką egzekucją.
Grają stali aktorzy teatru Krzysztofa Warlikowskiego i trudno pozbyć się wrażenia, że grają tak, jak ich od dawna widzi i lubi widzieć lider. Europę kreuje Andrzej Chyra w czarnej chuście, ciemnych okularach i w futrze. Dlaczego? Żeby uzyskać efekt obcości, czy dlatego, że już tu grywał kobiece postacie? Zmęczenie, zszarzenie, ukrycie się pod kostiumem w jego wykonaniu jest profesjonalnie idealne, ale co tak pomyślana, zgaszona, zatrzaśnięta w sobie stara Europa chce mi przez rampę powiedzieć? Teatr podpowiada expressis verbis: zapytaj sam siebie, czy możesz czuć się niewinny. Dajcie spokój: w kontekście fabuły jak z marnego filmu i wygórowanych apetytów na tragedię nie widzę powodu zawracania sobie głowy tak manipulancko postawionym pytaniem. To się zresztą robi nie od dziś kłopot z Nowym Teatrem: spektakl jest perfekcyjny i człowiek wyszedłby na durnia, gdyby się czegoś czepiał – a jednocześnie opuszcza się gmach przy Madalińskiego w paradoksalnym poczuciu obcowania z czymś doskonale i pięknie obojętnym. Choć elegancka warszawska widownia, zaludniająca krzesła po ostatnie rzędy, pewnie takich dylematów nie podziela.
*
A Teatr Klasyki Polskiej, hołubione dziecko pisowskich wyobrażeń o teatrze, dziś odchudzony w dotacjach, objazdowy ansambl bez własnej sceny, przygotował w podziemiach warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych inscenizację Porwania Europy Jarosława Marka Rymkiewicza. Poeta z Milanówka jest dziś sztandarowym wieszczem prawicy, ale tę sztukę napisał w zamierzchłej młodości, kiedy umiał i żartować, i bawić się formą. „Dialog” publikował utwór w roku 1971, na prapremierę przyszło czekać aż do roku 2017 (Teatr Śląski, Katowice). Obecne przedstawienie jest drugą realizacją, można do niej wnosić sporo pretensji i nie wiem, czy reżyserującego rzecz Jarosława Gajewskiego trochę pocieszy fakt, że dziewięć lat temu wykopyrtnął się był na tym tekście artysta niepowtarzalny, zmarły przed chwilą Piotr Cieplak. Nawet błędy zrobili, śmiem twierdzić, podobne.
Sztukę występujące w niej postacie nazywają farsą, ale mnie się zdaje, że to prędzej schemat niemej komedii z lat dwudziestych, jakiegoś Chaplina czy Flipa i Flapa. Z postaciami-emblematami, rozpoznawalnymi na pierwszy rzut oka, z nieporozumieniami, ucieczkami, gonitwami, chowaniem się po szafach, przebierankami, doklejanymi brodami, wygłupami typu baba w negliżu, chłop w gaciach. Poza rzutem tortem w pysk mamy tu cały asortyment. Tylko trzeba go umieć uruchomić tak, by śmieszył; musi śmieszyć, bo jedynie wtedy rozbawiona publiczność kupi widowisko. Tymczasem na polskich scenach nie ma dziś żadnego speca od operowania slapstickiem, kogoś, kto potrafiłby czysto rzemieślniczo ustawić gagi (i nie wstydzić się ich niskości). Ewentualnie można destylować humor prosto z tekstu. Ale Rymkiewicz napisał swą komedię bezrymowym ośmiozgłoskowcem, dość mechanicznym terkotem, pełnym powtórzeń i pustych fraz służących wypełnianiu metrum. Jeśli się ich nie ożywi, nie podejmie trudu wyciśnięcia każdej okazji do uśmiechu, to zostanie monotonna, zrytmizowana gadanina. Nużąca niemal od pierwszych chwil prawie trzygodzinnego seansu.
I szansa na nieoczekiwany, niebłahy przekaz dusi się w zarodku. Opowiedzmy pokrótce tę fabułę. Wykwintne Pompadury (może nie trzeba stroić ich w rokokowe peruki, mamy współczesne atrybuty wyższych sfer) chcą wyswatać córkę imieniem Europa, absztyfikantami są przegięty angielski książę i wschodni kniaź, a tak naprawdę zamaskowany anarchista. W ich zakręcony slapstick wkracza z widowni niejaki Kicio, nasz gruboskórny kum z przedsiębiorczą żonką. I, jak to zwykle bywa, uznaje natychmiast, że świat ma służyć jego rozrywce: o, tu farsa, świetnie, niech nas bawią. Tylko że farsa go wchłania. Przebierany w wymyślne szapoklaki, wikłany w skarykaturowane sytuacje z europejskich schematów, traci się zupełnie. Przestaje wiedzieć kim jest, bo już nie samorozpoznanym, swojsko-przaśnym Kiciem przecież. Postać emancypuje się z farsy, Leszek Zduń gra ją serio, solennie, może nadto, boć to przecież obcesowy bubek, choć niegłupi. Niemniej w ogarniającym go bez reszty, niepowstrzymanym i bolesnym odczuciu obcości wobec czegoś, z czym się zderzył, przegląda się jedno z głównych społecznych nieszczęść naszego świata. To znaczy przeglądałoby się, gdyby widownia nie zdążyła przysnąć, ukołysana terkotliwym wielosłowiem.
W ostatniej scenie wnoszą stół z półmiskiem, spoczywa na nim Małgorzata Mikołajczak jako Europa w atrakcyjnym negliżu (Rymkiewicz chciał w didaskaliach, żeby była naga). Farsowe persony, poza zatopionym w dezintegracji rodakiem, zasiadają do konsumpcji. Trochę z sufitu ten pomysł dramatopisarza, nieprzygotowany, wykorzystujący kapryśną niepowagę farsy. Aliści całkiem dobrze rymujący się z tym obrazkiem z Kaczmarskiego, o którym była tu mowa na początku. Bo nie tylko mnie przecież gnębi lęk, że tę całą Europę – i tak ponętną jak u Rymkiewicza, i niechby nawet tak smętnie starczą, jak od Mouawada – prędzej czy później ktoś nam zje. Może uwędzoną, może sauté. I jak my się wtedy znajdziemy wobec armii bynajmniej nie farsowych Kiciów naszego podwórka?
EUROPA na podstawie PRZYSIĘGI EUROPY Wajdiego Mouawada. Adaptacja: Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński, przekład: Jacek Poniedziałek, reżyseria: Krzysztof Warlikowski, scenografia i kostiumy: Małgorzata Szczęśniak, reżyseria światła: Felice Ross, dramaturgia: Piotr Gruszczyński, Anna Lewandowska, Carolin Loach, muzyka: Paweł Mykietyn, choreografia: Claude Bardouil, wideo: Kamil Polak. Premiera w Nowym Teatrze w Warszawie 7 stycznia 2026.
Jarosław Marek Rymkiewicz PORWANIE EUROPY. Reżyseria: Jarosław Gajewski, dramaturgia: Antoni Winch, scenografia i kostiumy: Aleksandra Reda, muzyka: Antoni Wojnar, ruch sceniczny: Jarosław Staniek, reżyseria światła: Jędrzej Skajster. Premiera Teatru Klasyki Polskiej 21 lutego 2026.