18.05.2021, 11:24 Wersja do druku

Edward Wojtaszek: Alcest to molierowski Hamlet

Po długiej przerwie spowodowanej pandemią Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi wznawia działalność repertuarową. Zainauguruje ją długo wyczekiwaną premierą Mizantropa, która odbędzie się 29 maja na Dużej Scenie. O pracy nad tą jedną z najwybitniejszych, a zarazem najbardziej osobistą komedią Moliera opowiada reżyser przedstawienia, Edward Wojtaszek.

Realizacja Mizantropa w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi nie jest Pana pierwszym scenicznym spotkaniem ani z Molierem, ani z przekładami autorstwa Jerzego Radziwiłowicza. Co sprawia, że tak chętnie wraca Pan do komedii Moliera i to właśnie w przekładach Radziwiłowicza?

Molier to jedna ze skarbnic dramaturgii, z której należy czerpać, bo zawsze można w niej znaleźć coś, co dotyczy wszystkich ludzi bez względu na epokę i bez względu na miejsce, w którym rzecz się rozgrywa. Ja po prostu uwielbiam Moliera i uważam, że jest jednym z tych, którzy nas uczą, wskazują nam drogi. Mizantrop to moja piąta realizacja tekstu Moliera – pierwszą robiłem posiłkując się tłumaczeniem Tadeusza Boya-Żeleńskiego, druga była realizowana w oryginale po francusku, zaś trzem następnym spotkaniom z Molierem towarzyszyły tłumaczenia Jerzego Radziwiłowicza. Pierwszym z nich był Don Juan, sztuka pisana prozą, więc wydawać by się mogło, że jest w niej większa dowolność niż w wierszu. Realizując ten spektakl, miałem przed sobą tekst oryginału i tłumaczenie Radziwiłowicza. Cudownym odkryciem było dla mnie wówczas to, że oba te teksty są napisane dokładnie tak samo – słychać w nich, w którym momencie aktor może wziąć oddech, słychać, gdzie jest puenta, słychać niemalże kroki aktora na scenie. Radziwiłowicz dokonał tego przekładu na zamówienie Jerzego Grzegorzewskiego, tłumaczył ten tekst mając w głowie brzmienie oryginału. To był początek jego przygody jako tłumacza. Ponownie zetknąłem się z tłumaczeniem Radziwiłowicza przy Tartuffie w Teatrze Narodowym, którego byłem współreżyserem u boku Jacquesa Lasalle’a – Radziwiłowicz wpadł wówczas na cudowny pomysł, by dokonać przekładu jedenastozgłoskowcem, a nie – jak czyniono to wcześniej – trzynastozgłoskowcem, który jest miarą epicką. I znowu miałem okazję podziwiać, do jakiego stopnia wierne to jest Molierowi. Na dodatek jest to język bardzo współczesny, zrozumiały, który jednocześnie nie przestaje być językiem wysokim. To podstawowe walory, dla których po prostu jestem absolutnym zwolennikiem tych tłumaczeń.

W latach 60. Jan Kott stwierdził, że aleksandryn francuski, którym napisany został Mizantrop, i który zwykło przekładać się na trzynastozgłoskowiec, jest zupełnie nieteatralny – tak więc poproszony przez Zygmunta Hübnera o przetłumaczenie tej sztuki, zrobił to prozą, by nadać sztuce współczesności i lekkości. Czy wobec tego tłumaczenie Radziwiłowicza jedenastozgłoskowcem nie jest zrobieniem kroku w tył względem wersji Kotta?

Wersja Jana Kotta pisana jest prozą, przez co dla mnie stanowi coś, co jest podobne do Mizantropa, a co samo Mizantropem nie jest – jest to raczej tekst Kotta na kanwie sztuki Moliera. Molier napisał swoją sztukę wierszem nie bez powodu. Mógł przecież napisać ją prozą, ale zależało mu na formie wierszowanej. Nie chcę deprecjonować zamysłu Hübnera i Kotta, ale dla mnie właśnie forma jest równie ważna co treść. Co więcej, uwspółcześnienie tekstu przez Kotta zawierało mnóstwo aktualności odnoszących się do rzeczywistości lat 60. – a przecież nic nie starzeje się tak szybko jak bieżąca aktualność. Coś, co jest aktualne tylko dzisiaj, jest mniej uniwersalne niż klasyka, która ostała się kilkaset lat. Oczywiście można pokusić się o uwspółcześnienie Mizantropa i wystawić go tak, jakby Molier napisał go dzisiaj, ale według mnie lepiej wtedy po prostu wziąć tekst współczesny. Nie uważam zatem, żeby posłużenie się wierszowanym przekładem Radziwiłowicza było krokiem w tył – właśnie dużo ciekawsze jest dla mnie szukanie pewnej wierności w formie, oczywiście przy założeniu, że tekst ten ma być zrozumiały i ciekawy także dla współczesnego widza.

Mizantrop został napisany w 1666 roku jako satyra salonowa, satyra społeczna, w której szyderstwo zostaje wymierzone pod konkretnym adresem. W kogo dzisiaj zostaje wymierzone ostrze tej satyry i kim dzisiaj są bywalcy salonu Celimeny?

W Mizantropie nie chodzi jedynie o bywalców salonu Celimeny, ale o cały dwór, o ludzi kręcących się wokół dworu i wokół władzy. Słowo „dwór” pada w tekście sztuki wiele razy. Tak więc może nie adresatem, ale bohaterem na pewno, są dwór i salon. Są one bardzo dzisiejsze, współczesne. Ich przedstawiciele mają dzisiaj troszeczkę inne kształty salonów, może mniej gustowne, na czym innym także sam dwór polega, ale mechanizm się nie zmienił. Niezależnie od tego, gdzie dla nas znajduje się ten dwór, zawsze w jego centrum znajduje się jakiś król oraz ludzie, którzy są w stanie poświęcić wiele, by znaleźć się w jego pobliżu.

W didaskaliach sztuki w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego czytamy, że „rzecz dzieje się w Paryżu, w domu Celimeny”. Sprawa zatem rozgrywa się w konkretnych realiach i za ich pośrednictwem. Czy realizując Mizantropaw Jaraczu podejmujecie próbę odtworzenia tych realiów, czy staracie się je uwspółcześnić?

Staraliśmy się, żeby pewne cytaty z tamtej rzeczywistości delikatnie zaistniały także w naszym przedstawieniu, ale żeby była to jednak rzeczywistość wykreowana, która mogłaby się zdarzyć wszędzie i zawsze. Postawiliśmy zatem na zuniwersalizowanie realiów, a nie na odtworzenie ich jeden do jednego czy uwspółcześnienie. Nie chcę jednak zdradzać szczegółów – lepiej to wszystko zobaczyć na własne oczy.

Już pierwszym wystawieniom tego tekstu towarzyszył spór o to, kim jest Alcest: czy jest on wzorem cnót i człowiekiem, który za wszelką cenę domaga się prawdy, czy raczej niedoszłym tyranem zamykającym uszy na argumenty innych i oczy na własne błędy. Kim dla Pana jest Alcest, po której stronie tego sporu Pan stoi?

Alcest to molierowski Hamlet, człowiek, który ma wszystko przeciwko sobie. A jednocześnie ma dwie słabości. Po pierwsze, nie potrafi swoich racji i przemyśleń zastosować w życiu, są one głównie teoretyczne i przez to dla niego bolesne. A druga słabość Alcesta to miłość, wobec której jest bezbronny. Trafiło mu się zakochać akurat w osobie, która nie ucieleśnia cnót, o których on opowiada. Od dawna dyskutowano nad tym, czy Molier swój światopogląd włożył w usta Alcesta czy Filinta – i okazuje się, że najprawdopodobniej to podzielił. Filint na pewno jest bardziej pragmatyczny, bardziej dostosowany do życia, umie być elastyczny. Alcest nie potrafi – mimo że wszystko, co mówi, jest przecież prawdą. Właściwie podpisałbym się pod każdym słowem wygłaszanym przez Alcesta na temat dworu, pozorów, nieszczerości. Ale nie ma to znaczenia – życie jest, jakie jest i trzeba umieć tak wykonać ten slalom, żeby się nie pobrudzić, a jednocześnie żeby się w sobie nie zamknąć. Alcest tego nie potrafi i dlatego jest postacią tragiczną. Nie myślałem natomiast nigdy o nim jako o tyranie; zawsze był dla mnie egocentrykiem, człowiekiem bardzo skupionym na sobie, który chciałby, żeby wszyscy go docenili. Jednak nie znajduję w tej postaci tropów świadczących o tym, że Alcest chciałby mieć władzę nad pozostałymi. On chciałby mieć władzę nad Celimeną, ale to jest niestety niemożliwe.

Wspomniany wcześniej Jan Kott pisał o Mizantropie, że jest on komedią „nasyconą dramatem”, która jednocześnie komedią ani na chwilę nie przestaje być. Na czym zatem polega komediowość Mizantropa?

Trzy największe teksty Moliera to Don Juan, Tartuffe i Mizantrop. Nazwał je komediami, ale są to w gruncie rzeczy dramaty ze wpisanymi po mistrzowsku mechanizmami komicznymi. Niektóre dialogi czy sytuacje są tak napisane, że choćby nie wiem jak bardzo serio byśmy je grali, to one i tak muszą wywoływać uśmiech. Nie jest to wprawdzie śmiech, który każe nam boki zrywać czy klepać się po udach. Molier po prostu świetnie portretował, a w każdym portrecie można znaleźć jakiś pieprzyk, pryszcz czy ułomność, którą portretowany chce schować, a której schować mu się nie udaje. I chyba wtedy, kiedy rozpoznajemy w tym portrecie siebie, to wywołuje to nasz uśmiech.

Alcest to rola, którą do swojego repertuaru dołożyło wielu wybitnych twórców polskiego teatru, jak Janusz Warnecki, Zygmunt Hübner, Gustaw Holoubek czy już troszkę później Wojciech Malajkat. Każda z tych interpretacji była inna, inaczej rozłożono akcenty. A jaki będzie Alcest Krzysztofa Wacha?

To chyba najtrudniejsze pytanie. Pracujemy nad tym, żeby był szczery, nieporadny, żeby go bolało. Żeby nie umiał sobie dać z tym rady. I żeby był zakochany. Nad tymi rzeczami pracujemy, a co z tego wyjdzie jako portret – nie wiem. Na pewno nasz Alcest to młody człowiek, który ma swoje zasady i o nie walczy, ale walczy tak bezkompromisowo, że musi przegrać. Alcest to człowiek, który nie potrafi żyć wśród ludzi.

Po raz pierwszy współpracuje Pan z zespołem Teatru Jaracza. Jak w tych niełatwych, pandemicznych okolicznościach przebiega Wasza praca nad spektaklem?

Pracujemy, ale tej pandemii całkiem na bok odłożyć nie można. Pierwszy raz w życiu robiłem obsadę nie obejrzawszy aktorów na żywo – zmuszony byłem do spędzenia kilku dób przed komputerem i oglądania wszystkich spektakli, które były nagrane. To trudna, ciężka i bolesna praca. Musiałem wyobrazić sobie, że to, co słyszę, jest tak jak ja słyszę, że to, co widzę, jest tak jak ja widzę. Że dany aktor może jest lepszy w tym, a ten lepszy w tamtym. Do każdej roli miałem po pięciu, sześciu kandydatów i powoli ich skreślałem, jednocześnie nie wiedząc, czy dobrze skreślam. Wobec tego przyjście na pierwszą próbę było naprawdę stresem, nie wiedziałem, czy konkretnymi decyzjami trafiłem w szóstkę, czy jednak w zero. Teraz wydaje mi się, że trafiliśmy. Mam chyba takie szczęście czy – przepraszam, nieskromnie – umiejętność, która pozwala mi dobrać do współpracy osoby naprawdę tworzące zespół. To fantastyczne, że ci ludzie oglądają siebie nawzajem, po skończonej scenie nie schodzą do bufetu czy do garderoby, ale przyglądają się temu, co robią koledzy. Szanują nawzajem swoje starania i próby. Bardzo mi się to podoba.

Dla części aktorów to także pierwsze zetknięcie z klasycznym tekstem pisanym wierszem.

Tak, to prawda. Dwa pierwsze tygodnie spędziliśmy na czytaniu tekstu, bo choć widać w nim było jego współczesność, to nie było słychać płynności. Mizantropa trzeba czytać w sposób niesłychanie skoncentrowany. Mało tego, sam kilkukrotnie dzwoniłem do Radziwiłowicza i prosiłem, by powiedział mi ten tekst tak, abym zrozumiał akcenty i jego logikę – mimo że sekundowałem Jerzemu w tłumaczeniu tej sztuki i pracowałem nad nim niejednokrotnie ze studentami. Tak więc praca nad tekstem była na początku absolutnie najważniejsza, bo dopiero gdy aktor będzie wiedział, co mówi, to będzie wiedział, co gra. Aktor musi rozumieć, co myśli, czuje, słyszy, by móc to powiedzieć prawdziwie. To naprawdę ciężka praca.


OBSADA: Iwona Karlicka (Arsinoe), Natalia Klepacka (Elianta), Agnieszka Skrzypczak (Celimena), Mikołaj Chroboczek (Klitander), Radosław Osypiuk (Drewniak, Gwardzista), Krystian Pesta (Filint), Michał Staszczak (Oront), Łukasz Stawowczyk (Akast), Bogusław Suszka (Bask), Krzysztof Wach (Alcest).

REALIZATORZY: Edward Wojtaszek (reżyseria), Jerzy Radziwiłowicz (przekład), Weronika Karwowska (scenografia i kostiumy), Tomasz Bajerski (muzyka), Karolina Gębska (reżyseria światła), Karolina Gębska, Weronika Karwowska, Piotr Skórka (projekcje), Bogusław Suszka (asystent reżysera), Marta Baraszkiewicz (inspicjentka, suflerka).

Premiera spektaklu 29 maja 2021 roku na Dużej Scenie.

Kolejne zaplanowane przedstawienia: 30 maja 5/6/19/26 czerwca 2021 roku.

Źródło:

Materiał nadesłany
Teatr im. Jaracza w Łodzi