24.05.2021, 12:27 Wersja do druku

Amerykanie strzelają do Mewy

„Jestem mewą, spektakl/film Briana Mertesa The Chekhov Project, USA, na XXV MFT Kontakt w Toruniu. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku festiwalowym DOMAGAŁAsięKONTAKTU2021.

fot. mat. organizatora

Niedziela, 23 maja 2021, wieczór

Amerykanie strzelają do Mewy – o spektaklu/filmie Briana Mertesa „Jestem mewą”, zrealizowanym przez The Chekhov Project

Czechowowska Mewa zaklęta w filmie Briana Mertesa Jestem mewą zaczyna się niczym angielskie komedie szekspirowskie sceną beztroski i radości: trzy kobiety siedzą w kole nad jakąś wodą w towarzystwie dzieci i śpiewają wraz z nimi piosenkę o mewie. Dzieci dodatkowo tańczą w rytm muzyki, która jest bardzo żywiołowa i skoczna. Po chwili do towarzystwa przyłącza się młody mężczyzna ze strzelbą i również zaczyna tańczyć. Muzyka gra dalej, ale następny kadr przenosi nas w inne miejsce. Widzimy kobietę w słuchawkach, która z uniesioną w rękach strzelbą składa się do strzału. Wygląda, jakby była na strzelnicy – może uczy się strzelać, a może robi to dla przyjemności? Akcja znów przenosi się nad wodę, tym razem dzieci trzymają w rękach papierowe mewy na drucikach, a mężczyzna w tanecznym szale udaje, że strzela do nich ze swojej strzelby. Nagle scena wraz z muzyką się urywa i ponownie widzimy kobietę, która w absolutnej ciszy oddaje strzał. Następuje blackout, pojawia się tytuł filmu Jestem mewą, a ja nie mogę się otrząsnąć, gdyż dawno nie widziałem tak sugestywnego i niezwykle zwięzłego prologu spektaklu, który w formie fabularyzowanego reportażu z prób i eksploatacji przedstawienia mam właśnie obejrzeć. Jako że bohaterem Mewy jest młody i obiecujący reżyser, syn teatralnej gwiazdy Arkadiny, Konstanty Trieplew, a treść dramatu stanowią jego zmagania z matką, własną artystyczną kondycją oraz nieszczęśliwą miłością do aktorki, Niny Zariecznej, zakończone tragicznym strzałem, łatwo sobie wyobrazić, w jaką stronę podążą twórcy spektaklu, zwłaszcza, że mężczyzna ze strzelbą to Gabriel Ebert, aktor grający Trieplewa, kobieta zaś to Deirdre O’Connell, wcielająca się w Arkadinę. Będzie to więc stopniowy proces powolnego zapadania się głównego bohatera w niebyt, osadzony w kontekście amerykańskiego problemu z powszechnym dostępem do broni. Jeśli chodzi o samą interpretację Mewy, to wydaje się, że główny akcent w tym procesie „zabójstwa” Konstantego przez okrutny świat pada tu właśnie na rolę matki, a zarazem przedstawicielki pewnego typu twórczości artystycznej (wskazywałby na to właśnie prolog), z mniejszym naciskiem na wątek nieszczęśliwiej miłości do Niny Zariecznej.

Mnie porwała w tym filmie przede wszystkim dyskusja z tradycją wiszącej strzelby, która u Czechowa pojawia się na początku sztuki, żeby na końcu wystrzelić. U Mertesa strzela już w prologu, a potem jeszcze kilka razy; wstrząsający jest moment, gdy – tuż przed awanturą o konie – sielankę spotkania bohaterów ze sobą (a także z widzami spektaklu, bo przecież mnóstwo niczego niepodejrzewających, bezbronnych ludzi siedzi w plenerowym teatrze i ogląda widowisko) przerywa strzał Szamrajewa. Kontekst widocznego tłumu i jeziora od razu przypomniał mi norweską wyspę Utoya i podobne historie. Po filmie pomyślałem, że kula wystrzelona przez Arkadinę w prologu – paradoksalnie dosięga w finale jej syna. To moje kolejne odkrycie, możliwe dzięki skrótowi myślowemu, jaki za pomocą teatru serwuje nam tu reżyser czechowowskiego arcydzieła.

fot. mat. organizatora

Drugim ważnym tematem Mewy, którego nie sposób pominąć, jest teatr. Pomysł, żeby zrealizować film, portretujący spektakl, który dzieje się w plenerowej przestrzeni gry z widzami, pomieszany z tym, jaki wykuwa się w dziennej „sali prób” (będącej zarazem prawdziwym domem Sorina, w którym potem wieczorem pomieszkują bohaterowie spektaklu), jest znakomity, oglądamy bowiem nie tylko dyskusję dwóch przeciwstawnych typów teatru, reprezentowanych przez Arkadinę i Trieplewa, lecz także kulisy prawdziwego amerykańskiego teatru, no i przede wszystkim publiczność, która w ten sposób staje się dramatis personae sztuki Czechowa, a przede wszystkim filmu na niej opartego. Publiczności, która albo milczy (takie przynajmniej mamy wrażenie), albo się śmieje, przyczyniając się tym samym być może do tragedii Konstantego, a więc uosobionego w jego osobie niezrozumiałego poszukiwania sensu sztuki.

Inną zaletą filmu Mertesa jest różnorodność wykorzystanych elementów w procesie realizacji przedstawienia. Do ukazania pełni kosmosu swojego (czy też ogólnie amerykańskiego) teatru używa on bowiem nie tylko tekstu Mewy czy budowanych na jego bazie improwizacji, ale też innych fragmentów zapożyczonych z twórczości Czechowa. W tym kontekście znakomicie wypada wątek doktora Dorna, któremu jako jedynemu podobała się niedokończona sztuka Konstantego i który to wprost w tekście dramatu wyraża. Poprzez fakt, iż Dorn – będący podobnie jak Czechow doktorem – wspomina o swojej relacji z Olgą (fragment prawdopodobnie z listów Czechowa,  Olga zaś to imię jego żony), możemy odczytać w filmie tezę reżysera, iż Czechow w sporze o kształt teatru staje bezwzględnie po stronie Konstantego. Jest jego twórczością i sposobem myślenia szczerze zainteresowany. Obcym elementem w spektaklu/filmie jest też kojarząca się z Charonem i Styksem metaforyka śmierci, obecna w spektaklu Trieplewa i potem w finale opowieści. Przyznam, że te maski i wielkie rzeźby, nawiedzające surrealistyczną przestrzeń tragedii Konstantego, skojarzyły mi się z Kantorem, może dlatego, że przywodziły one na myśl śmierć, uosobioną pochodem jakiegoś milczącego chóru świadków. W tym kontekście sugestywnie wyglądała migawka, gdy Trigorin, niemający nawet dostępu do tej sfery sztuki, próbuje wpasować się w szereg postaci w maskach z kory brzozy, które brały udział w przedstawieniu Trieplewa, ale kompletnie do nich w swoim lamparcim wdzianku nie pasuje. To również jakiś symbol starcia eksperymentalnego teatru poszukiwań z „przemysłem gwiazd” (w Ameryce dużo silniejszym  niż w Polsce, patrz Broadway), oferującym widzowi łatwą, banalną rozrywkę. Urodę tego filmu dopełnia znakomite, realistyczne aktorstwo, które znacznie zyskuje na skutek filmowych zbliżeń, pokazujących nam z bliska wszelkie emocje kłębiące się w bohaterach tej „wesołej tragedii”. Ten paradoks filmu Mertesa (ale i teatru) dobrze oddaje wspomniany już przez mnie prolog: na scenie wszystko jest zabawą, ale gdy ktoś do kogoś strzela, oczywiście na niby, to jakimś cudem, zawsze znajdzie się później jakaś prawdziwa ofiara tego strzału, mewa, którą dosięgła przypadkowa kula. Warto o tym pamiętać.  

Film Jestem mewą to uczta, rzadko bowiem mamy do czynienia z tak pięknie i umiejętnie ułożonym kolażem różnych myśli, idei i form, tu dodatkowo posługującym się jedną z najpiękniejszych sztuk teatralnych o samym teatrze. Jeśli spotkacie go na swojej drodze, należy go bezwzględnie ustrzelić. Dla każdego bowiem, kto kocha teatr, pozycja to obowiązkowa, choć nie wiem, czy ze strzałów można jeszcze po filmie Mertesa robić sobie żarty.

Tytuł oryginalny

DOMAGAŁAsięKONTAKTU2021 – oficjalny dziennik festiwalowy

Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła