„Dom niespokojnej starości” Michała Buszewicza w reż. autora w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Uważam, że wąsy Michała Buszewicza powinny zostać wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jednocześnie rośnie we mnie obawa, że jest to case Samsona i jego włosów - kiedy Buszewicz straci wąsa to jego ciało opuści moc robienia dobrego teatru. Mam nadzieję, że to tylko moja foliarska teoria spiskowa, jednak warto wspomnieć, że przy tworzeniu „Domu niespokojnej starości” wąsy ewidentnie brały udział.
Buszewicz pochyla się -a my razem z nim – nad tematem starzenia się społeczeństwa i samotności osób starszych; zostawionych samych sobie, niechętnie odwiedzanych przez dzieci lub nieodwiedzanych wcale; żyjących z groźbą przysłowiowego przyrośnięcia do kanapy i gnuśnienia. Tę perspektywę obserwujemy przez pryzmat historii Heleny, która pewnego dnia, siedząc samotnie i czekając na nienadchodzącą wizytę córki, postanawia obdzwonić swoich przyjaciół i zaproponować im wspólne mieszkanie. Wszyscy są już w takim wieku, że ich partnerzy dawno opuścili ten świat i idea życia razem i dbania o siebie wydaje się być na początku pomysłem doskonałym, bez brania pod uwagę potencjalnych zgrzytów i różnic charakterów. Po wprowadzeniu się pod jeden dach, cała grupa energicznych emerytów i emerytek oddaje się wspólnym ćwiczeniom, rozmowom i figlom w ogólnej atmosferze słodko-pierdzącej. Wszystko wygląda doskonale, póki nie wydarza się to, co starszym się zdarza - czyli jedna ze współlokatorek umiera.
Buszewicz konstruuje „Dom niespokojnej starości” w bardzo typowy dla siebie sposób, historia jest pełna niewymuszonego ciepłego humoru, a momenty smutku zaskakują i jednocześnie nadal podane są bardzo delikatnie. Nie ma tutaj miejsca na przedramatyzowane sceny i ogromne egzaltacje - to jest żyćko i obserwujemy je tak, jak obserwujemy prawdziwe życie: z rosnącą, zimną gulą w brzuchu, ze świadomością do czego to wszystko zmierza. Reżyser tworzy bardzo proste, ale też wzruszające sceny; te, które zostały we mnie na dłużej i na pewno sobie jeszcze pomieszkają w mojej pamięci to genialna sekwencja wspólnej jogi uważności, w której seniorzy zajadają paluszki i porównują ten akt do swojego życia i odczuwania go. Bardzo delikatny, ale też poruszająco-przykry moment. Właśnie na takich niuansach i szarościach Buszewicz wygrywa emocje i takimi subtelnymi ukłuciami buduje „Dom niespokojnej starości”.
W sferze personalnej ten spektakl mówi o ważnej kwestii, której do tej pory nie rozważałem - o kurczeniu się z wiekiem grupy przyjaciół; jeśli przecież nie umrę pierwszy to będę musiał przeżyć odejścia wszystkich mi bliskich z wyboru osób - wizja o tyle straszna, bo przecież oczywista, na tym polega życie: na powolnym odchodzeniu. Jest w tym coś uspokajającego, że zna się zakończenie, ale pozostaje także ten dreszczyk suspensu: kto zostanie na końcu całkiem sam (biorąc pod uwagę to, że zajmuje się hobbystycznie polskim teatrem, to na pewno nie ja, bo mnie to wykończy nerwowo). Jest to spektakl o pogodnym umieraniu na własnych warunkach, ale też o życiu pełnią życia, dopóki chcemy, a nie tylko dopóki się da, chwytaniem życia nie rozpaczliwie, ale z ciągłą łapczywością i ciekawością dziecka - szczery i niebawiący się w zawoalowane metafory.
Z drugiej strony zyskujemy potwierdzenie, że wiek to jedynie liczba i, pomimo szwankującego organizmu i podupadającego zdrowia, w człowieku nadal kłębią się te same pragnienia i marzenia, potrzeba bliskości i bycia potrzebnym. Dodatkowo upewniamy się, że człowiek to zwierzę stadne i samotność zabija seniorów tak samo mocno jak nadciśnienie czy ciężarówki (one akurat zabijają też ludzi młodych).
Pod batutą reżysera cała ósemka seniorów dokazuje w sposób bezbłędny i tworzą super zgraną grupę przyjaciół pomimo różnic charakterów i temperamentów; dzięki kanapie na środku sceny czułem się momentami jakbym oglądał reunion serialu „Przyjaciele” po 50 latach. Niemniej jednak, najbardziej urzekła mnie swoją energią Anna Januszewska w roli Maryli. Super moc i dziecięcy entuzjazm w postaci seniorki w ogrodniczkach jest niepodrabialny; głęboko pod powierzchnią jest też ukryty strach przez zranieniem i zdystansowanie. Mega zniuansowana rola.
Dodatkowo fajniutkim elementem humorystycznym była muzyka grana na żywo przez grupę muzyków wyglądających w mojej głowie zupełnie jak ślepe myszy ze „Shreka” - w momentach śmiesznych wygrywali niemalże kabaretowe dżingle i zawodzące pogrzebowe tony w momentach smutnych. Zmyślne tło muzyczne do pełnokrwistej historii.
Nie będę ukrywał też, że nie jest to na pewno mój ulubiony Buszewicz, bo nie sponiewierał mnie emocjonalnie jak jego inne spektakle; owszem, wzruszyłem się, ale nie poczułem tego we flakach. Pewnie dlatego, że temat jest jeszcze przez chwilę dla mnie odległy, na pewno przypomnę sobie o tym spektaklu w odpowiednim momencie życia i mnie to ukłuje - jeszcze nie teraz, ale na pewno ten czas nadejdzie. Jednocześnie nie sądziłem, że będę ocierał łezkę słuchając piosenki Britney Spears, a udało się Buszewiczowi mnie do tego doprowadzić. „Dom niespokojnej starości” to kolejny triumf tego twórcy nad materią teatralną, skupił jak zawsze kwintesencję smutnej emocji i zamknął ją w takiej oblanej czekoladką żartu pigułce - jest słodko, póki się nam ona nie rozpuści na języku. Ale wtedy już jest za późno i wlewa się gorzkim haustem prosto w serce. Kocham pana, panie Michale, proszę dalej jechać walcem czułości po Polsce, bo takiego teatru chcę.
PS
Bardzo mocno rykłem w momencie, kiedy seniorzy wystawiali spektakl „Niepowodzenie na wszelki wypadek” - szanuję za autoreferencję.