„Atlantis. Fragmenty” Maxa Nowotarskiego w reż. Filipa Jaśkiewicza na 63. Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Mateusz Kaliński.
1.
Jeśli miałbym się podjąć karkołomnej próby wydestylowania tego jednego, kluczowego znaczenia, absolutnej gęściochy z Atlantis. Fragmenty Maxa Nowotarskiego, tobym musiał posłużyć się kluczowym elementem poetyki tego dzieła: jest to tekst o [utracone]. Dość to dziwaczne, zgoda. Być może trochę niepokojące. Zgubiłem [utracone]? Zaraz… czy nie mogę napisać o [utracone]? To o czym mogę?
Atlantis. Fragmenty trudno w zasadzie nazwać utworem dramatycznym – przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ten pocięty na 33 wypowiedzi tekst sprawia raczej wrażenie przypadkiem ocalałego katalogu po jakiejś katastrofie. Zbioru wypowiedzi, być może kartek z pamiętnika kilku lub kilkunastu osób (nie jest to takie pewne), które wydaje się łączyć porządek nie tyle logiczny, ile tematyczny: rozpad, wymazywanie, pamięć, wojna, lęk, śmierć. Są to przeczucia, wyrażone wprost lub przez powracające do autorów wypowiedzi natrętne wspomnienia i ujawniające się obsesje, sprawiające wrażenie losowości notatki zachowane w znalezionym telefonie, linijki kodu, którego nie da się odcyfrować, ponieważ utracony został do niego klucz, miejsca, których nazwy utraciliśmy, języki, którymi dawno przestano mówi
. Zagubiona została także wyraźna linia narracyjna i kontekst sytuujący te zapiski w jakieś zrozumiałej dla czytelnika formie. Tym, co prowadzi lekturę, jest ciąg numerów przypisanych każdemu artefaktowi, który miałby dowodzić istnienia zaginionego świata oraz jakaś nadrzędna instancja – Wielki Śledczy? – która te całości pozbierała i ułożyła w jakimś porządku, opracowała, a także określiła ich kompletność.
W tej niejednorodności gatunkowej jest oczywiście metoda. Przełamywanie bariery między klasycznymi rodzajami literackimi – dominuje bowiem proza, która momentami przyjmuje wymiar poetycki i metaforyczny, pojawia się też coś na kształt dialogu, lecz często zapiski wymykają się konwencji literackiej – podkreśla „ruinową” jakość tych tekstów. Bo są to nie tyle fragmenty same w sobie (kuratorowane, świadomie wycięte), ile w pewnym sensie ruiny większych całości wychodzące bezpośrednio z czyjegoś utraconego życia. Te teksty są trochę jak kupa kamieni, na którą patrzymy i próbujemy wyobrazić sobie zarys dawnych murów. Te wyrwy w tekście i znaczeniu są całkiem brutalne – tak, jak brutalna i gwałtowna musiała być katastrofa, która przerwała płynność zdań. Sama kwestia fragmentu natomiast także sprawia pewne problemy: z jakiej całości one pochodzą?
Wskazówkę mamy w tytule: Atlantis – Atlantyda. Mityczna, zaginiona wyspa, o której istnieniu ludzkość fantazjuje od tysiącleci. Jednak czy ona w ogóle istniała? Dla kogo istnienie (lub nie) Atlantydy ma największe znaczenie? Oczywiście dla mieszkańców Atlantydy. Nowotarski dokonuje tu całkiem ciekawego zabiegu: rzeczywistość, którą zdaje się znamy całkiem przyzwoicie, a przynajmniej znośnie, ustawia w kontekście drobnych resztek po niej samej. My sami stajemy się na wpół mityczni, na wpół legendarni dla kogoś, kto kiedyś nas odkopie i skataloguje. Jacy oni (my) byli?
Na pewno katastrofy, która ich (nas) zmiotła z ziemi się bali. Przeczuwali ją. Wydedukowali jej niechybne nadejście. Czym była katastrofa? Nie do końca wiadomo. Jak wyglądało życie bezpośrednio po niej? Wszystko wskazuje, że kiepsko. Jest to interesujący przykład literatury katastroficznej, która nie traktuje katastrofizmu w perspektywie przepowiedni, przeczucia czy nawet twardych faktów naukowych, lecz w przekroczeniu fatalnego dla ludzkości wydarzenia. Nie czyni to jednak Atlantis tekstem postapokaliptycznym, a przynajmniej nie w konwencji tego gatunku. Gdzieniegdzie dostajemy migawki o ludziach jedzących ludzi i popijających deszczówkę, jednak zdaje się, że zakładany czas lektury tych zapisków, perspektywa czasowa, w której Wielki Śledczy udostępnia opracowany przez siebie katalog, lokuje nas w jeszcze odleglejszym post-. Atlantis to, mówiąc terminologicznym potworkiem, post-postapokalipsa.
2.
Filip Jaśkiewicz, reżyser performatywnego czytania Atlantis. Fragmentów przyjmuje konwencję silnie inspirowaną praktyką policyjno-detektywistyczną z pewnym odrealnionym, surowym sznytem bezosobowości. Wszyscy możemy przywołać sobie jakiś thriller czy kryminał, w którym zmęczony detektyw w paskudnym nastroju rozpracowuje sprawę. W adaptacji tekstu Nowotarskiego do tej atmosfery noir dochodzi jeszcze pewna chłodna sterylność badania. Wszystko spowija zimne, niebieskawe światło, trochę jak jarzeniówka nad stołem do sekcji zwłok. Z jakiegoś powodu przypominają mi się sceny szpitalne z kolejnych części Psów Władysława Pasikowskiego, jednak tutaj nie ma Waldemara Morawca (Cezary Pazura), który by sygnalizował emocjonalne napięcie. Być może jakaś emocjonalność znajdzie się wśród artefaktów przeszłości. Na scenie znajduje się sześć krzeseł, globus, stojak do nut, telefon, jakieś szpargały, śmieci. Wszystkie odznaczone białą taśmą, niby obrysowane kredą policyjną – dowody w sprawie. Tylko jakiej? Kogo lub czego szukają detektywi w składzie: Paweł Gładyś, Józef Hamkało, Karol Kadłubiec, Karolina Kochańska, Justyna Król, Małgorzata Machowska?
Analiza śladów pozostawionych przez jakąś wersję ludzkości z czasów dawno zamierzchłych daje dość osobliwe, być może niezbyt pochlebne wnioski. Ci ludzie – kimkolwiek byli – strasznie obawiali się śmierci, ciągle przeżywali kolejne warianty kryzysów egzystencjalnych, napady lęku i niepewności, oczekiwania na najgorsze (biedacy mieli rację, najgorsze najwidoczniej przyszło), a w bezpośredniości katastrofy (oraz tuż po niej) zaczęli tracić to, co czyniło ich ludźmi. Nie oznacza to jednak, że nie było prób przeciwstawienia się tendencjom rozkładowym. Ponieważ jakimś kołem ratunkowym ma być działalność artystyczna, którą można w kontekście Atlantis rozumieć z jednej strony jako skarbnicę pamięci świata, a z drugiej twórczą, stwarzającą światy czynność, której nie da się zrekonstruować. Poeta – pewien symbol sztuki – staje się takim dziwacznym podmiotem postczłowieczym (termin zapożyczam od Katarzyny Kończal), który uczestniczy w rozpadającym się, procesualnie rujnującym (czyli popadającym w ruinę) świecie. Takie melancholijne przechadzanie się po resztkach i odpadkach. Do pewnego stopnia utrzymuje jakąś ostatnią w tym świecie żywotność, jednak prawdopodobnie nie jest w stanie oderwać swojego przerażonego wzroku od ruin. Angelus Novus.
3.
Trudno jest mi postawić Atlantis jakąś konkludującą ocenę. Jest to sprawnie napisany tekst, może tylko pewne metafory wydały mi się nieco karkołomne. Jako współmieszkaniec tego katastroficznego świata podzielam wiele spostrzeżeń Nowotarskiego. Bliska mi jest poetyka fragmentu i tekstualnych ruin, a także wyczuwalna melancholia i głęboka, szczera nostalgia za tym, co z tego świata bezpowrotnie znika. Z drugiej jednak strony – jako zawodowy melancholik i katastrofista – zazdrośnie strzegę i bronię własnych perspektyw rozpadu. Być może czasem zbyt zazdrośnie. Zabrakło mi w tekście Nowotarskiego… czegoś. Powiedzieć, że jestem mało precyzyjny, to nic nie powiedzieć. Jednak po lekturze tekstu, a także po obejrzeniu czytania performatywnego pozostało we mnie silne, drażniące poczucie niedosytu. Czym mogłoby być „coś”? Nie sądzę, by był to usunięty z premedytacją sens – to były najlepsze, świadczące o potencjale Atlantis momenty. Być może tym, co powinno wyraźniej tu zaistnieć, jest jakaś forma nadziei. Oczywiście nie mam na myśli nadziei na ocalenie ludzkości, nie chodzi mi też o eskapistyczne fantazje o czułości czy raczej jej zwulgaryzowanej wersji: czułostkowości.
Nadzieja w tym kontekście to raczej nadzieja na wytworzenie w obliczu katastrofy czegoś więcej niż lęk, poczucie zagrożenia i obsesja śmierci. Ta dodatkowa wartość nie musi być wielkim symbolem, deux ex machina w finale ludzkiego dramatu. Raczej myślę o drobnym, pobudzającym impulsie, który wyraża najgłębiej samo stwierdzenie istnienia jako takiego. Bo rozsiani po tekście Nowotarskiego katastrofiści wciąż znajdują się w świecie, który istnieje. Pewnie, zaraz szlag wszystko trafi, ale nawet nostalgia czy solastalgia – czyli poczucie nostalgii za utraconym środowiskiem naturalnym – poza poczuciem utraty ewokuje ruch przeciwko niej. Przypominają mi się wspaniałe wiersze Inger Christensen z tomu alfabet w przekładzie Bogusławy Sochańskiej:
1
antonówki istnieją, antonówki istnieją
2
borówki istnieją; i paprocie, paprocie
i brom istnieje; i wodór, wodór
3
cykady istnieją; cykoria, chrom
i cytrynowce; istnieją cykady;
cykady, cedr, cyprysy, cerebellum
4
drozdy istnieją; drozdy, lalki, marzyciele
istnieją zbrodniarze, i gołębie, gołębie;
dżdże, dioksyna i dni; istnieją
dni; dni śmierć
; i wiersze
istnieją; wiersze, dni, śmierć
To proste stwierdzenie istnienia, afirmacja bycia, póki jeszcze jest, nie tylko nie zaprzecza melancholii katastrofistów, lecz w mojej opinii ją w pełni wspiera. Bo z tego istnienia wprost wypływa głębokie rozdarcie względem świata w stanie rozkładu. Co więcej – jeśli ktoś kiedyś nas odkopie i przypadkiem trafi na ten wiersz, to nie tylko dowie się, że antonówki istniały, lecz że wciąż, uparcie istnieją zachowane w języku. Nawet jeśli nie będzie w stanie odczytać tego zapisku. U Nowotarskiego poeta, artysta wydaje się funkcjonować w podobnym polu skojarzeń i przekonań, jednak jego konkluzja jest bardziej pesymistyczna. Może i po katastrofie utracimy Van Gogha, ale mimo wszystko słoneczniki istnieją, istnieją. Ludzie Atlantydy być może „Istnieli albo nie istnieli./ Na wyspie albo nie na wyspie”, lecz w tej swojej mityczności i legendarności ich istnieją śmieje nam się w twarz.
Jednak – parafrazując jeszcze jednego poetę – innego końca świata raczej nie będzie: zostaną na nim tylko zatomizowani, ponuro usatysfakcjonowani katastrofiści, którzy będą się dyskretnie ignorowali, przekonani, że ich wizja katastrofy jest tą właściwą. Ale to już inna historia.